Hayley Williams (znowu) dała mi w twarz

(Ten wpis miał się ukazać znacznie wcześniej, jednak moja sytuacja życiowa nie pozwalała mi go spokojnie skończyć. Publikuję go w styczniu 2026 przez wzgląd na to, jak wielki wpływ miał na mnie ten album w poprzednim roku kalendarzowym, jako rozwinięcie mego podsumowania 2025)

Moje przywiązanie do Paramore to stan którego nie umiem w stanie wytłumaczyć racjonalnie. Może poza faktem, że to właśnie był ten zespół z którym zacząłem się utożsamiać w wieku nastoletnim i który dojrzewał oraz zmieniał się razem ze mną. Więc „wspólnie” sobie asystowaliśmy w tym dojrzewaniu. Paramore przeszło fazę młodzieńczego buntu, wiele burzliwych rozstań (i powrotów), perturbacji showbiznesowych, by dziś skończyć jako zespół niezależny. A w międzyczasie jego wokalistka budowała swoje własne muzyczne emploi, w którym była równie zbuntowana i wiarygodna co na albumach zespołowych. Hayley Williams w 2025 roku postanowiła – po raz pierwszy jako artystka niezależna – znowu mi przywalić w ryj. Dosłownie i metaforycznie.

Samo wydanie nowej muzyki przez Hayley było również niezłym walnięciem, zarówno dla wielbicieli Paramore jak i dla wszystkich showbiznesowych standardów. I muszę wam to dokładnie streścić, bo to jest równie ważny element co zawartość muzyczna.

Od 2024 roku Hayley jest wolna od pierwszego kontraktu płytowego, który podpisała mając zaledwie 16 lat – obejmował on zarówno jej działalność zespołową jak i solową. Paramore ogłosiło wtedy, że pozostanie zespołem niezależnym. Zespół nie wydał od tamtej pory żadnej muzyki (nie licząc jednego coveru Talking Heads), jedynie wyruszył w trasę koncertową u boku Taylor Swift na The Eras Tour (gdzie zawitali również do Polski, po raz pierwszy od ponad dekady). Po zakończeniu trasy zapadła cisza, zespół zniknął.

Od 2016 roku Hayley jest również biznesmenką. Otworzyła wtedy własną markę kosmetyczną Good Dye Young, specjalizującą się w koloryzacji i pielęgnacji włosów. Fani, którzy wcześniej kupili coś z tejże firmy, otrzymali 28 lipca 2025 kod, który umożliwił odsłuch aż 17 nowych piosenek, które zostały bez ostrzeżenia wrzucone na stronę internetową wokalistki. Co istotne, Hayley sama zachęcała fanów, by udostępniali swoje kody innym fanom! Po dobie wszystkie utwory zniknęły, ale już 1 sierpnia trafiły na serwisy streamingowe… ale jako osobne single, nie jako album! Zaczęło się masowe tworzenie playlist i wielkie poruszenie nie tylko w fandomie, ale i w całym środowisku muzycznym.

„Czy to jest nowy album? Czemu taki sposób wydania? Czy coś te utwory łączy? Co to za sytuacje, o których tam śpiewa artystka?” Internet doszukiwał się ukrytych znaczeń/historii w tych tekstach i sposobie wydania. Fani także stworzyli stronę zbierającą wszystkie playlisty oraz swoje historie. Tworzące się teorie nakręcały marketing utworów, przy niemal zerowym udziale artystki. Hayley jedynie udzielała wywiadów, w których stawiała się jako obserwatorka zamieszania, które spowodowała. Sama też nie raz udostępniała w social-mediach różne interpretacje fanów i mediów, ale wciąż używała formułki „nie zaprzeczam, nie potwierdzam”. Ostatecznie, 28 sierpnia wszystkie single zostały połączone w album nazwany Ego Death at a Bachelorette Party… i doszedł jeszcze jeden utwór. Wystartował preorder egzemplarzy fizycznych, które zwiastowały kolejne dwa utwory. Jeden został udostępniony 24 października, ostatni w dniu premiery fizycznej, tj. 7 listopada. Ostatecznie mamy 20 tracków wydawanych regularnie od sierpnia do listopada.

okładka Ego Death at a Bachelorette Party

Jeden amerykańskich speców od marketingu nazwał to „marketingiem relacji”, gdzie stosunek artysta-fan jest budowany powoli, acz konsekwetnie, a sam artysta bardzo często nie stawia siebie na pierwszym miejscu. Zamiast tego dominuje konkretny przekaz, często wymagający wysiłku oraz konwersacja różnymi metodami (tutaj znajdziecie ciekawą analizę na ten temat). To wszystko robiła Hayley – począwszy od odsłuchu dostępnego tylko na jej stronie i skończywszy na udostępnieniu całego albumu do ściągnięcia za darmo. Ego Death at a Bachelorette Party okazało się nie tylko albumem, a projektem definiującym nową niezależność twórczą oraz biznesową Hayley Williams. Artystka pokazuje się tam nie jako idolka na piedestale, a człowiek zachęcający do wspólnego procesu twórczego – chaotycznego, wrażliwego i bardzo ludzkiego.

A sama zawartość muzyczna i tekstowa na albumie jest również bardzo ludzka.


Ego Death at a Bachelorette Party pod kątem muzycznym eksploruje te same powierzchnie co poprzednie solówki Williams. Czyli szeroko pojęty alt-pop, przypominający rzeczy spod znaku Thoma Yorke’a, Davida Byrne’a (dobrego przyjaciela naszej bohaterki, jak się ostatnio okazuje), St. Vincent czy Phoebe Bridgers. Ale genów nie wydłubiesz, dlatego znalazły się też utwory przypominające rzeczy z Paramore (Ice In My OJ, Mirtazapine, Parachute). Dominuje jednak alt-popowy feeling gdzie ostre synthy rywalizują z brzmieniami akustycznej gitary i pianina. Całość opiera się na takich kontrastach – od subtelnych loopów pojedynczych dźwięków do wręcz przesterowanego hałasu.

Zaś w tekstach mamy Hayley w stanie „kobieta na skraju”. Skraju wszystkiego – sławy, samotności, depresji, 20-letniej niewoli wydawniczej. Williams konfrontuje się przed samą sobą i swoim dziedzictwem. Uświadamia sobie, że była postrzegana tylko jako „laska z zespołu do robienia pieniędzy” (Ice In My OJ) i że „te gorsze czasy wtedy dziś widzi jako dobre” (Good Ol’ Days). W tekstach nie bawimy się w subtelności, jest walenie po ryju m.in. o psychotropach (Mirtazapine), syndromie oszusta (Negative Self Talk), traumach pokoleniowych (Kill Me), walce o miłość (I Won’t Quit On You), hipokryzji republikanów (True Believer) czy o toksycznej relacji (Discovery Channel, gdzie Hayley interpoluje… The Bad Touch Bloodhound Gang!). Nie raz i nie dwa mamy aluzje co do przyszłości Paramore i gdyby nie oficjalne dementi, to można by uznać że zespół już nie istnieje. Nie po tym o czym Williams tam śpiewa. Gdybym nie wiedział, że Hayley wciąż korzysta z usług terapeuty i farmakoterapii, to zacząłbym się o nią bać.

Słuchając Ego Death at a Bachelorette Party nie czuję się jakbym słuchał nowego albumu swojej wieloletniej idolki. Czuję się bardziej jakbym wysłuchiwał chowanych przez lata żali i pretensji znajomej, z którą się znam od lat licealnych. Bo w sumie już tyle lat spędziłem słuchając Paramore i Williams. Jednak tylko Hayley solowa potrafiła mi tak przywalić bez ostrzeżenia w ryj. W 2025 zrobiła to jako muzyk, jako artystka niezależna, a przede wszystkim – jako człowiek.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *