Najlepsze zagraniczne albumy 2025

Tak jak z podsumowaniem polskiego rynku muzycznego jest u mnie z roku na rok coraz bardziej niszowo i z dala od list przebojów, tak ta lista zagraniczna często jest u mnie… do przewidzenia. Wystarczy wyłuskać kilka najpopularniejszych premier danego roku, wiedzieć jacy są dla mnie najważniejsi artyści i o kim najwięcej gadałem w internetach w przeciągu ostatnich 12 miesięcy. Zatem biorę na klatę to, że poniższe zestawienie nikogo nie zaskoczy. Ale każdego z tych wydawnictw będę bronił jak lwica. Bo 2026 może i był nudny w mainstreamowym popie – ale na wszelkich innych polach dostarczył całe pokłady świetnych albumów.

LISTA REZERWOWA:

czyli ta ósemka wydawnictw tylko niewiele gorszych od finałowej piętnastki, również warta waszej uwagi!

jasmine.4t – You Are The Morning: za wyciągnięcie najlepszych nauk od Phoebe Bridgers i zaserwowanie ich z własnymi doświadczeniami.
Lisa – Alter Ego: za dowód iż jest kimś więcej niż dziewczyną z k-popowego girlsbandu – jest materiałem na globalną solową gwiazdę.
Miley Cyrus – Something Beautiful: za olewanie list przebojów i robienie tego co jej w duszy gra, z niesamowitym skutkiem.
Rose Gray – A Little Louder, Please: za nieskrępowane disco-elektro szaleństwo.
Lorde – Virgin: za manifest hedonizmu i seksualności w gęstym, dusznym popowym sosie.
Sam Fender – People’s Watching: za rozwój w kierunku Gallagherowskim i potencjał na podbijanie stadionów.
Wolf Alice – The Clearing: za artystyczną pewność siebie, która pozwala zachwycać hałasem jak i spokojem.
Olivia Dean – The Art Of Loving: za wrażliwość, ciepło i intymność, których dziś bardzo potrzeba.

No to przed państwem – lista moich 15 najlepszych zagranicznych albumów 2025. Kolejność przypadkowa, a linki do streamingów po kliknięciu w tytuły.

FKA twigs – EUSEXUA + EUSEXUA Afterglow

Jeden album to było za mało, jej się chciało zrobić aż dwa. I oba tak samo dobre, razem tworzące jednolite dzieło z ekosystemem, którym jest tytułowa EUSEXUA: czyli seksualność jako wyższy stan świadomości, niemal transcendentny. Ta popowa elektronika czerpiąca garściami z techno i ambientu, plus ten głos traktowany przez artystkę jako kolejny instrument. Ból i traumy z poprzedniego albumu przepracowane, teraz idziemy w pełen hedonizm. Ja w to wchodzę. Na obu albumach. I proponuję wam sobie skompilować utwory ze wszystkich części EUSEXUA na jednej playliście (niżej załączam moją) i słuchać wszystkich 27 tracków na jednym posiedzeniu. Wtedy wsiąknięcie najmocniej w ten świat.


Jade – THAT’S SHOWBIZ BABY!

Czy to jest najlepszy debiut tego roku? Najpewniej tak. Doświadczenie nabyte w Little Mix pozwoliło Jade rozprawić się z mitem sławy na solowym albumie, udowodnić swoją sprawczość jako artystka samodzielna i przy okazji pokazać swój świetny warsztat wokalny. Ona nie bawi się w cudzą grę – ona teraz sama ustala zasady tej zabawy. I robi to wyśmienicie.


Lily Allen – West End Girl

Jej wytwórnia tak nie wierzyła w ten powrót, że nawet nie wytłoczono CD na premierę. Kiedy jednak Lily weszła brutalnie ze swymi opowieściami o rozpadzie małżeństwa, to wszystkim opadły szczęki. Ta szczerość i bezkompromisowość okazały się – po raz kolejny – jej największą siłą. A po więcej zapraszam do swej recenzji.


Sudan Archives – The BPM

Wzięło mnie z zaskoczenia i do teraz trzyma w szoku. Kojarzyłem Sudan z muzyką bardziej soulową, a ona nagle wydała album brzmiący niczym Renaissance Beyonce na sterydach. Klubowy maksymalizm, brzmienie wręcz stworzone do złożonych sound-systemów i głośnego słuchania, a wszystko to w służbie śpiewania o wyzwoleniu, emancypacji czarnych i futuryzmie. I to jeszcze niemal w całości przez nią napisany i wyprodukowany. Kobieto, przyjedź do Polski, chcę tego posłuchać na żywo.


Self Esteem – A Complicated Woman

Kobieta od której powinniście być uzależnieni – w popowym rozmachu bije się z patriarchatem, walczy o swoją kobiecość, nie ucieka od swoich wad, jest równie przekonująca w dialogu co w stadionowym krzyku, a to wszystko jeszcze w parze ze świetnymi hookami. Właśnie tak sobie wyobrażam Charli XCX po czterdziestce – jako tę silną, dojrzałą, szczerą do bólu Self Esteem. Poznajcie ją koniecznie, jeśli jeszcze nie znacie.


Lola Young – I’m Only Fucking Myself

Nagły wiralowy sukces ją przytłoczył i niemal zniszczył emocjonalnie. A ona to zmieniła w swoją siłę i niemal od razu nagrała album, który udowadnia jej wartość jako artystki. Po więcej zapraszam do recenzji z października.


Garbage – Let All That We Imagine Be The Light

Na pytanie „czy oni mnie kiedykolwiek zawiedli?” zmuszony jestem odpowiedzieć przecząco. Poprzedni album był gniewem i wyrazem sprzeciwu – ten jest o refleksji i poszukiwaniu światła w obecnych, bardzo mrocznych czasach. Shirley Manson zrozumiała, że jej doświadczenie w branży jest jej siłą i ze swoimi bliznami mówi nam „trzymajcie się razem, a wytrwamy, ja jestem w tym z wami”. A muzycznie – dobrze wymieszany koktajl rocka, trip-hopu, grunge’ u orkiestrowych tekstur, które brzmią jak soundtrack do jakiegoś psychodelicznego filmu science-fiction. Kocham tę bandę, nie wiem czy to się zmieni. Do zobaczenia 30 maja na Letniej Scenie Progresji.


David Byrne – Who Is The Sky?

Tak jak uwielbiam go w Talking Heads, tak nie umiałem się do niego przekonać solowego. Aż do teraz. Na Who Is The Sky? Byrne dalej bawi się w obserwatora świata – ironicznego, trochę gawędziarskiego wujka, zastanawiającego się co się odwala z tym światem. Ale tutaj używa zupełnie ciekawszego instrumentarium. Nowojorska Ghost Train Orchestra współtworząca ten album wprowadza swoim klasycznym instrumentarium klimat wręcz kameralny. American Utopia była rozbuchanym manifestem, a Who Is The Sky? jest jak spacer po Central Parku. Ten drugi Byrne przemawia do mnie wyraźniej.


Little Simz – Lotus

Simbi wreszcie uwierzyła, że jest królową. Zamiast wychodzić naprzeciw ostrym bitom, tym razem jej flow płynie na świetnych inspiracjach jazzowych, afrobeatowych i całej gamie żywych instrumentów. Simbi – tak jak tytułowy kwiat – rozkwita i oświadcza „wygrałam wojnę z showbiznesem i swoimi demonami”. Na Sometimes I Might Be Introvert walczyła o to, by świat ją usłyszał. Tutaj świat już jej nie przeraża, bo nauczyła się, że najważniejszy dialog toczy się w jej własnej głowie. I zamienia to w swoje królestwo. Cardi czy Nicki mogą jej najwyżej buty czyścić.


Turnstile – NEVER ENOUGH

„Make punk rock great again” – to powinno być hasło dzisiejszych rockowców. Na razie usłuchali się tego głównie Fontaines DC i właśnie Turnstile. Oba zespoły na ostatnich wydawnictwach sięgnęły po nowe środki wyrazu, z czego Turnstile poszło… w stronę słońca i synthów. Może to będzie dziwne stwierdzenie, ale NEVER ENOUGH to album który mógłby być równie dobry na mosh-pit co na dyskotekowym parkiecie. I jedyne czego teraz potrzebuję, to sprawdzić ten album na jednym i drugim.


Lady Gaga – MAYHEM

Ten album jest jej powrotem do popowej chwały za czasów The Fame Monster. Lady Gaga udowodniła, że nawet w bardziej industrialnym czy art-rockowym anturażu (ale wciąż popowym) zna się na hookach lepiej niż masterzy od radiowych playlist. I przy tym wciąż angażuje historiami o sławie i miłości. Chromatica była eskapizmem, którego potrzebowaliśmy w 2020. MAYHEM przypomina, że żyjemy w tytułowym chaosie, ale też uświadamia, że sami jesteśmy panami (i stwórcami) tego chaosu.


Wet Leg – Moisturizer

Jak po pierwszej płycie wygrywasz Grammy i Brit Awards, a na swoje trasy zabierają cię Foo Fighters i Harry Styles, to poprzeczka wisi w kosmosie. Dziewczyny z Wet Leg postanowiły więc przestać być tylko duetem i przygarnąć muzyków z trasy na pełnoprawnych członków. I to ewidentnie dało brytyjskiemu zespołowi nowe perspektywy. Skutek? moisturizer jest pełne przesterów, większej punkowej agresji, ciekawszych tekstur elektronicznych, a całość tak surowo brzmiąca jakby została nagrana na żywo podczas koncertu. I nad tym wszystkim Rhian znacznie dosadniej krzycząca swoje nerwy i obsesje.


Ethel Cain – Willoughby Tucker, I’ll Always Love You

Lubię te albumy, które są stworzone do słuchania w całości, a artysta zawiera w nich konkretną opowieść. Ethel Cain stworzyła całe uniwersum, w którym nie ma chodzenia na łatwiznę. Są za to 10-minutowe rozbudowane kompozycje post-rockowe, wielowątkowe narracje fabularne, klimat kaplicy z południowego USA i opowieści brzmiące jak niewysłane listy. Ethel po zdobyciu statusu międzynarodowej gwiazdy mogła odpuścić i nagrywać kolejne American Teenager. Nic z tego – pozostała sobą, tą nawiedzoną poetką i twórczynią, która wciąż od odbiorcy wymaga więcej. Wsiąknijcie w ten lore, tam jest mnóstwo rzeczy do rozebrania (z pozdrowieniami dla Partyturiady).


Hayley Williams – Ego Death at a Bachelorette Party

I tutaj pragnę was zaprosić do osobnego wpisu na temat mojej dokładniejszej relacji z tym albumem, jak i z samą Hayley Williams. Bo – jak może wiecie, a jeśli nie to się dowiadujecie – jest to jedna z najważniejszych kobiet mego życia i o niej mam zawsze sporo do powiedzenia. A na dokładkę dodam fakt, że na tej liście są trzy albumy z jej udziałem – słyszycie ją również u Davida Byrne’a i Turnstile. Tak – to jest mój najważniejszy i najlepszy album 2025 roku. Bo nagrany przez nią? Być może.


Na co czekam w 2026?

Oj, już się boję tego roku, bo słuchać będzie co niemiara! Z tych oficjalnie zapowiedzianych na pewno Charli XCX z soundtrackiem do nowych Wichrowych Wzgórz (13.02), Robyn (27.03), Kim Gordon (13.03), Gorillaz (27.02), Raye (27.03), Jessie Ware (10.04), Harry Styles (6.03), producencki album Danny’ego Harle (13.02, a wśród gości Dua Lipa, Caroline Polachek i Kacha Kowalczyk), Peaches (20.02), Gogol Bordello (13.02), Ladytron (20.03) i Charlie Puth (27.03).
Z tych pozostałych to Madonna zwiastująca kontynuację kultowego Confessions on a Dance Floor, Doechii obiecująca wydanie debiutanckiego albumu, Bring Me The Horizon którzy – mam nadzieję – jadą w trasę z myślą o promocji nowego materiału, coraz głośniej się plotkuje o „trzecim akcie” od Beyonce i mam nadzieję na album od Grimes po ostatnim singlu. I mógłbym tu jeszcze wymienić sporo moich dawno niesłyszanych ulubieńców, ale byłaby to za długa lista. Ale już wiem, że w 2026 nie ośmielę się napisać czy wypowiedzieć zdania „nie mam czego słuchać”. Bo już teraz wiem, że będzie.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *