Kiedy patrzę na swoje podsumowania polskiej muzyki i porównuję je z tymi od innych redakcji/blogerów, to odnoszę wrażenie, że coraz trudniej mnie zadowolić. Ewentualnie polski mainstream z roku na rok zalicza coraz większy regres. Bowiem na mojej liście najlepszych albumów znad Wisły ciężko znaleźć nazwiska z nagłówków i te wielkie kapele. Było tak już rok temu, dwa lata temu też nieśmiało psioczyłem. Nie wiem gdzie leży prawda lub problem, ale… jakoś dobrze mi z tym. Nie po to prowadzę tę stronę, żeby musieć się dopasować do jakiejś „linii redakcyjnej” lub brać udział w jakichś głosowaniach, bo jedyną redakcją jestem tu ja i tylko ja tu oddaję głosy. To tyle tytułem wstępu, zajmijmy się teraz tym, jaka była dla mnie polska muzyka w roku pańskim 2025!
LISTA REZERWOWA:
czyli ta dziesiątka płyt, którym dosłownie niewiele brakowało do bycia najlepszymi, ale również je serdecznie polecam!
Kathia – Nie chcę być tu sama: za wokal, który wydobywa całe spektrum emocji z najprostszych słów i aranży.
Karolina Czarnecka – Matka: za udany follow-up do swego debiutu sprzed dekady i udowodnienie dojrzałości.
Wiktor Dyduła – Tak jak tutaj stoję: za sypanie niecringe’owymi hitami jak z rękawa.
Karolina Prasał – Karolina Prasał: za debiut, który obiecuje naprawdę sporo prostymi poprockowymi środkami.
Chrust – Przed Zmiechrzem: za nieuciekanie od tradycji i mądre mieszanie jej z dzisiejszym pojmowaniem muzyki ludowej.
Hajda Banda – Niepraudzivaya: za zabranie mnie na muzyczną podlaską wieś.
Twoosty Mayonez – Niezłe bagno: za niesamowite mieszanie w kotle wszystkiego jazzowego co się nawinie.
Sujka – 2: za udane i nawet przebojowe „wyjście z cienia” swego męża.
Ptaki Polski – Ptaki Polski: za nietuzinkowy pomysł na projekt iście edukacyjny, lepszy w działaniu niż niejedna ekranizacja lektury szkolnej.
Kasia Lins – Obywatelka K.L.: za godne oddanie hołdu spuściźnie Ciechowskiego we własnej wrażliwości.
A teraz – oto dwunastka moich najlepszych polskich albumów 2025 roku. Kolejność przypadkowa. Wszystkie pozycje znajdziecie na serwisach streamingowych po kliknięciu w tytuł.
Niechęć – Reckless Things
Są dwa gatunki o których nie umiem pisać, przyznaję się do tego bez bicia. I jednym z nich jest jazz. Ale nie taki w stylu Coltrane’a czy Davisa. Ten nowoczesny, który nie wzbrania się od użycia syntezatora czy gitary elektrycznej. Ten który jest impulsywny, nieprzewidywalny, pełen improwizacji nawet w wersji studyjnej. Taki jaki robi Niechęć na swoim ostatnim albumie. A potem powtarza to na żywo w wersji 300 razy mocniej. To jest ten jazz, który kocham.
Loveworms – Loveworms
Punk to dziś bardziej stan umysłu niż rodzaj uprawianej muzyki, ale nie w ich wypadku. Debiut tego trójmiejskiego zespołu przypomina o idei „trzy akordy – darcie mordy”. Trwa zaledwie 20 minut, ale wciąga na całe godziny i przypomina, że punk to przede wszystkim emocje, krzyk i krzyczenie w konkretnej sprawie. To jest coś, czego najbardziej potrzebowałem w 2025 roku. I tego też nadal potrzebuje dzisiejszy świat.
Fetysz – Miłości
Album, który mnie wziął z zaskoczenia od zespołu, którego wcześniej kompletnie nie znałem. A dziś do szczęścia brakuje mi tylko usłyszenia tego na żywo. Trójmiejski zespół wziął sobie do serca powiedzenie, że „każda piosenka jest o miłości”, więc nagrali album o wszystkich jej odcieniach w rytmach przebojowych synthów. Momentami brzmi to kampowo i ciut kiczowato, ale wszystko w zgodzie z całą estetyką. Słuchając tej płyty czuję jak znowu mam 20 lat i się zakochuje po raz pierwszy. Panowie, chcę was więcej i więcej.
Stara Rzeka – Wynoś się z mojego domu
Obserwowanie bańki „niezalu” i polskiej alternatywy sprawia, że docierają do mnie płyty, które w normalnych warunkach by mi przeszły obok nosa. Nie mam pojęcia kim jest Kuba Ziółek, który stoi za projektem Stara Rzeka, ale wiem że koleś potrafi zrobić angażujące piosenki mając duszę metalowca. Wynoś się z mojego domu jest tym, czego najwięcej szukam w muzyce – eksperymentów, fuzją różnych środków wyrazu, muzyką której nie da się nazwać po prostu „alternatywą” – bo to pojęcie jest tu niewystarczające. Miesza się tu folkowe brzmienia z ambientem, piosenki z formami instrumentalnymi, wysokie wokale z szeptem i pogłosem, akustyczna gitara z drone music… Brzmi na papierze jak niemożliwy do ogarnięcia chaos? A jednak tutaj powstało jedno z najlepszych dzieł muzycznych 2025, które dotarło tylko do nielicznych. Właśnie dlatego ja nigdy nie robię podsumowań roku przed jego końcem. Żeby nie przegapić tak genialnych płyt (ten album wyszedł 5.12).
Wiktoria Zwolińska – Przebłyski
Życzyłbym sobie więcej takich debiutów. Wiktoria w swoich piosenkach zapisuje swój proces dorastania, szukania swej tożsamości i bolesnych przeżyć – czuje się, że nie chce śpiewać o niczym, tylko o tym co sama przeżyła. Ten album wyciąga ją z szuflady „smutnej dziewczynki z TikToka” i tymi oszczędnymi środkami muzycznymi stawia ją na czele nowej nadziei polskiego popu. Ten album to naprawdę przemyślana całość, warta waszej uwagi.
The Small Town Kids – Nieboskłon
Ta płyta stanowi ważną część mego stanu psychicznego na 2025. Filip Wojtal i Michał Świder stworzyli pamiętnik z czasów kiedy miałem dwadzieścia parę lat, jakąś wizję na życie (i na cały świat też), zakochania w których chciałem wszystkiego, a to wszystko ubrane w tak zaraźliwe popowe melodie i hooki, że w idealnym świecie Eska i RMF puszczałyby te kawałki na okrągło. I trochę mi uświadomili, że mentalnie nadal jestem tym nastolatkiem, bo z niemal każdą linijką mówiłem sobie „ku*wa, panowie, mam dokładnie to samo”.
Immortal Onion – Technaturalism
Kolejne jazzowe cudo w tym zestawieniu. Również takie które nie ucieka od sampli i syntezatorów, ale nawet bardziej niż wyżej wymieniony Niechęć. Mamy tu 8-bitowe brzmienia, wpływy minimal-techno, ambient, industrial… W sumie ciężko to nazwać jazzem, bo ten gatunek jest tylko pretekstem do stworzenia „muzyki przyszłości” i w zasadzie zdekonstruowania tego gatunku. I to zrobili panowie z Immortal Onion na tym albumie. Jak będziecie kiedykolwiek mieli okazję posłuchać ich na żywo – zróbcie to.
Dawid Grzelak – DAWID GRZELAK DOES IT BETTER
Czekałem na ten album, od kiedy Bluza trafiła do moich uszu, a jeszcze wcześniej jak poznałem jego EPki. Dawid Grzelak w swojej muzyce nie ucieka od szufladki „pop”, ale traktuje muzykę tylko jako środek wyrazu artystycznego – bo pewnie samymi zdjęciami (których wykonał mnóstwo, robiąc sesje dla m.in Mery Spolsky, Ralpha Kaminskiego czy Marii Peszek) nie umiałby opowiedzieć historii o przywiązaniach, rozstaniach, dziwnych spojrzeniach, namiętnościach, fatalnie ulokowanych uczuciach i potrzebie bycia zauważonym. Więc musiał napisać piosenki. Niesamowicie chwytliwe i które w swojej treści podsuwają nam konkretne obrazy. Czuje się, że Dawid jest artystą mocno wizualnym i o taki efekt mu chodziło. Tak, Dawid Grzelak robi to lepiej.
Mlecze – Maruda
Wzięło z zaskoczenia. Kwartet, którego debiutancki album nagle wpadł mi na skrzynkę mailową i którego odsłuch zacząłem bez przekonania, okazał się niesamowicie angażującym dream-popowym albumem. Ten zbiór historii o dojrzewaniu, miłości i szukaniu swojego miejsca w świecie w tych nieco leniwych rockowych aranżach z głosem Karoliny Prasał potrafi jednocześnie przytulić i zmusić do pogowania. Jednocześnie. Najciekawszy debiut polskiej wśród polskiej muzyki niezależnej. Odkrywajcie niezależne labele, one tam mają mnóstwo takich „kwiatków”. Mlecze z Marudą to jeden z tych najpiękniej pachnących.
Zuta – To dopiero początek
Zuta i Maks Mikulscy (świeżo upieczone małżeństwo, wzięli ślub tuż po premierze) nagrali album napędzany swoją miłością, a brzmieniowy ociekający klimatem retro w nowoczesnym, produkcyjnym sosie. Gęste inspiracje Maanamem, teksty pełne intymnych wyznań i słodkich docinek, głęboki głos Zuty, synthy obok dęciaków i pianina – wszystkie elementy składowe stworzyły krążek którego słuchanie przywraca wiarę w polską muzykę popularną wszystkim którzy ją stracili.
Wiraszko – Tak młodo się nie spotkamy
Czy po 40 roku życia i ponad 20 latach kariery ze swoim zespołem można debiutować solowo i wciąż mieć sporo do powiedzenia? Odpowiedź brzmi: tak, ale trzeba być Michałem Wiraszko. Lider Much postanowił przemówić do swoich równolatków i millenialsów potężną, ale nie skalkulowaną nostalgią. Przy czym wciąż patrząc w przyszłość i z niesłabnącym zaciekawieniem na „dni, które przed nami” (cytując tytuł jednego z singli). Słuchając tych tekstów czułem się bardziej jak na pogawędce z kolegą ze szkolnej ławki podczas reunionu, a nie słuchając jednego z moich idoli lat małoletnich. A to wszystko w aranżach dobrze wyprodukowanego indie-rocka. Wiraszko, kocham cię.
Oberkas Travel – Oberkas Travel
Wytwórnia Tańce to obowiązkowy punkt dla każdego kto chce odkrywać nieznane terytoria muzyki ludowej/tradycyjnej/regionalnej (wiem, każdy to nazywa inaczej). Ten kwartet w którego składzie są m.in. Piotr Zabrodzki i Jan Emil Młynarski (tak, to drugie nazwisko mnie do tego projektu przyciągnęło) przez lata podróżował po kraju, żeby zgłębiać wszystkie oblicza oberka i zawrzeć je na tym albumie. Na bazie melodii spod Przysuchy czy Opoczna zrobili ich fuzje z fortepianem jazzowym czy muzyką etniczną z Afryki. Oberkas Travel ujawnia skoczną i wesołą naturę historycznej Polski i jej ducha wiecznej zabawy. Jak chcecie się dowiedzieć, jaka była pierwsza „muzyka taneczna” – to posłuchajcie tej płyty.
Na co czekam w 2026?
Zważywszy na to, że bardziej pochłonęły mnie wydawnictwa zupełnie nowe i od twórców wcześniej mi nieznanych, tak chyba niespecjalnie mogę mieć oczekiwania do polskiej muzyki na 2026. Ale jest kilka pozycji, których doczekać się nie mogę. Np. drugi album Oysterboy (Piotrek coraz śmielej teasuje nowości w social-mediach), nowy projekt Margaret (artystka zapowiada 3 EPki), drugi album Dziarmy (zaczęła rok nowym singlem), kolejny album od Sw@dy i Niczos (bo liczę, że zeszłoroczne single nie były robione bez celu) niech Kayah wreszcie wyda album na swoim, liczę na nowości od Łony, Natalii Nykiel, Ewy Farnej, Ani Szlagowskiej czy Edyty Bartosiewcz, wciąż stęskniony czekam na powrót Arka Kłusowskiego, Gaby Kulki, Hey, Marii Peszek i Brodki, a w kolejce już czekają świeże albumy od Jazzpospolita, .bHP oraz Hańba Hioba Dylana. Ale pewnie znowu najbardziej zachwyci mnie coś, czego się kompletnie nie spodziewałem. I tego sobie – oraz wam – życzę w polskiej muzyce na 2026.
