Najlepsze polskie albumy 2023

Najlepsze polskie albumy 2023 post thumbnail image

Rok temu miałem spory problem żeby wyłonić choćby 10 dobrych polskich albumów z 2022. Tym razem role się odwróciły… i musiałem zrobić naprawdę ostrą selekcję. Na naszym podwórku obrodziło mnóstwem albumów od moich ulubionych artystów, więc nie było mi łatwo kierować się rozumem i obiektywizmem nad sercem. Wszystkie pozycje które wymieniam niżej – zarówno w ławce rezerwowej jak i TOP 10 – miały miejsce w moim sercu (oraz w uszach) w 2023 roku.

Ławka rezerwowych

Te albumy z 2023 którym w mojej opinii niewiele brakowało do miana tych najlepszych, w kolejności alfabetycznej:
Ala Zastary – Potwory
Arek Kłusowski – Zaległości w miłości
Egipcjanie – Czas dla siebie
Mona Polaski – Oryginał
Nita – Nitki
Oysterboy – Ody do letnich dni
Pola Rise – Hikikomori
Ptakova – Wesoła dziewczyna z sercem często smutnym
Rosalie. – Motherlode
Zdechły Osa – Breslau Hardcore


Dobra, to teraz 10 najlepszych polskich albumów 2023 roku. Kolejność losowa

Afro Kolektyw – Ostatnie Słowo

Album, o którym prosi się napisać „tak brzydkie, że aż piękne”. Bo „nawijka” Afrojacka najpierw odpycha, potem zmusza do palnięcia się w czoło, jeszcze indziej skłania do myśli że jej autor nas obserwuje z ukrycia i wykorzystuje jako inspirację liryczną. A to wszystko ubrane w dźwięki acid-jazzowe, z przemyceniami electropopowymi (serio, Ausser Betrieb to wręcz radiówka!), gdzie mamy ochotę tańczyć pod te perkusje i dęciaki. Po tym jak wydane 9 lat wcześniej 46 minut Sodomy mnie odrzuciło w całości, nie sądziłem że pokocham odrodzony Afro Kolektyw. Słuchać i chłonąć niczym historię współczesną.

Kasia Lins – Omen

Jak mówi klasyk, najpierw powinno być trzęsienie ziemi, a potem dalej rosnąć napięcie. Wierzcie lub nie, ale to idealna definicja Omen. Kasia Lins stworzyła piękne, minimalistyczne w środkach (zarówno instrumentalnych jak i tekstowych) miłosne crime-story, które rozpoczyna subtelny wybuch pełen sączącego się basu, a potem atakują nas opowieści o śmierci, nożach i pistoletach w klimacie noir pełnego gitar. Album do słuchania wyłącznie w skupieniu od początku do końca.

Daria Ze Śląska – Tu Była

Myslovitz are dead, long live Daria Ze Śląska. Wiem, że nazywanie artystki „kobiecym Rojkiem” to strasznie duże uproszczenie, ale nic nie poradzę – bo tak właśnie jest. Daria robi dokładnie to samo co niegdyś Myslovitz z Arturem, z tym że przepuszczone przez filtr obecnej dekady i dzisiejszych środków muzycznych. I nad tym wszystkim ten subtelny głos Darii, która nie musi głośno śpiewać, by jej przekaz wybrzmiał i uderzył słuchacza w twarz. Przynajmniej jeden Fryderyk się za ten album należy (albo przynajmniej w kategorii Najlepszy Debiut).

Jan Emil Młynarski i Brass Federacja – Narkotyki

Dajcie mi Janka Młynarskiego śpiewającego cokolwiek, a ja to wezmę bez pytania. Dodajcie do tego tego samego Janka wygrzebującego z otchłani historii piosenki mocno zapomniane, a tym bardziej się zakocham. I jeszcze wszystkie traktujące o używkach, to już dosłownie klęczę na kolanach i służę. Dobra, a do rzeczy – jest to rzecz wręcz obowiązkowa do zrozumienia tego jak nasi przodkowie myśleli o używkach. A do tego ubrana w fantastyczne dźwięki instrumentów dętych. Lepsze niż niejedna lekcja historii w szkole.

Wacław Zimpel – Train Spotter

Warszawskie industrial-techno, że tak ujmę. Brzmi dziwacznie? Tak i właśnie dlatego to niesamowicie fascynuje. Można stawiać zarzuty, że Wacław Zimpel celuje w „muzykę tła”, ale jest to tło przemyślane, odpowiednio skomponowane i mające umocowanie w czasie oraz przestrzeni. Po prostu to włączcie, byle w dobrych słuchawkach.

Lech Janerka – Gipsowy Odlew Falsyfikatu

Wszyscy chcieli, on nie musiał. Przyszedł i zrobił swoje. I pewnie teraz znowu na długo się pożegna. Jeśli to ma być pożegnanie (a zważywszy na wiek artysty, może tak być; czego mu oczywiście nie życzę!), to będzie ono godne legendy. Ale nie patetyczne. Bo Lech Janerka nie robi tu wielkich szarży, a wprost przeciwnie. Używa niesamowicie prostego języka, ale serwuje go w sposób niebanalny i prowokujący do swobodnych interpretacji. Tak samo muzycznie nie odpala fajerwerków, a polega na prostych riffach i niewymuskanej produkcji. Panie Janerka, kłaniam się w pas.

Łona, Konieczny i Krupa – TAXI

Gdybym miał to zestawienie układać od najlepszego do najgorszego – TAXI byłoby numer 1. I nie przepraszam, bo Łona w nowej kooperacji z Kacprem Koniecznym i Andrzejem Krupą dosłownie zdeklasowali całą tegoroczną konkurencję. Pomysł na przedstawienie tkanki społeczeństwa z perspektywy taksówkarza brzmi z jednej strony niesamowicie prosto, a z drugiej słuchacz się zastanawia dlaczego nigdy wcześniej taki album nie powstał. Chyba właśnie dlatego, że musiał się za to zabrać ktoś, kto jest świetnym narratorem takiej rzeczywistości, a tego Łonie odmówić nie można. Za to „zdradzenie” Webbera na rzecz jazzujących panów Koniecznego i Krupy sprawiło, że w tym anturażu te opowieści nabierają większego wyrazu. Powiem może bluźnierczo – Album Roku.

Swiernalis – Stoicki Niepokój

Klonów Dawida Podsiadły mamy już teraz od groma i jestem skłonny założyć się, że będzie ich jeszcze więcej. Tymczasem ja bym polecał wszelkim debiutantom poznać Swiernalisa i iść jego śladami. Zwłaszcza po tym co odwalił na Stoickim Niepokoju. Bo ludzie kochani, czego tu nie ma! Trap, rock, pop, piosenka poetycka, rapcore… Brzmi jak niemożliwy do ogarnięcia bajzel? Nie dla Pawła! On po prostu ubiera swój przekaz o miłości, o patriotyzmie, o lękach i bólu w to co mu się nawinie. Swiernalis, wiem że już to pisałem, ale powtórzę – kocham cię.

Jazzpospolita – Obiekt

Na pytanie czy ten zespół mnie kiedykolwiek zawiódł, jestem zmuszony odpowiedzieć przecząco. Zabrzmię może trochę poetycko, ale dla mnie Jazzpospolita na każdym albumie „szyje inny świat”. Ten na Obiekcie jest światem przyziemnym, nawet trochę pospolitym. Życie wypełnia szara egzystencja, która tylko czasem jest przerwana jakimś „bum!”. A potem znowu szarość. Inaczej tego nie umiem wyjaśnić. Ja właśnie tak odbieram ich muzykę.

Hania Rani – Ghosts

Pracoholizm tej kobiety wywołuje u mnie kompleksy. Co prawda, Ghosts sama zainteresowana nazywa swoim trzecim albumem, ale od Esji z 2020 (również wyróżnionej przeze mnie wśród najlepszych) wyszło spod jej ręki tak wiele współprac, kompilacji i muzyki filmowej, że ja już naprawdę dawno straciłem rachubę w śledzeniu dyskografii. I nie wiem czy ona to wyczuła, bo tym razem nagrała coś nieco odmiennego. Nawet na Apple Music Ghosts podpisany jako „muzyka elektroniczna – i to fakt, więcej tu synthów i przesterów niżli tradycyjnych fortepianowych kompozycji, jak to zwykle u Hani. Jest bardziej trip-hopowo, nawet jakieś wpływy house’owe się znajdą, drum’n’bass też ma tu swoje miejsce… A nawet wokalnie Hania zaskakuje (chyba najbardziej jej wyśpiewany album), używając nieco wyższych tonów oraz różnych efektów. Nasza królowa post-klasyki zdecydowała się ubrać w nowe szaty. Ze skutkiem wręcz wybitnym.


Uff, udało się. Moje TOP 10 z polskiego podwórka wybrane, nie bez problemu. To na 2024 życzę sobie mieć taki sam dylemat, żeby nasi twórcy nie zasypiali gruszek w popiele i tworzyli tak dobre dzieła, jak wyżej wymieniona dziesiątka z 2023 roku. Bo takie problemy to ja mogę mieć z przyjemnością