Za dużo kuchni na jednym stole – „Uczta” Sanah

Kiedy w kilku miejscach w internecie miałem czelność napisać, że najnowszy album Sanah jest najgorszym albumem w jej karierze, to niektórzy artystki fani mieli ochotę co najmniej zjeść mnie żywcem za tę opinię. Przy czym nigdzie nie napisałem, że Uczta jest złym albumem. Ale na tle całej dyskografii Zuzy – jest dla mnie najgorszym. Chociaż dla mnie samo nazywanie tego „albumem” jest już nadużyciem. Bo więcej tu mamy ze składanki niż jednolitego i spójnego dzieła.

Na wstępie wypada złożyć Sanah gratulacje. Jeszcze trzy lata temu niewielu o niej słyszało, a dziś już nagrywa z całą plejadą polskiego mainstreamu popowego i nie tylko. Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło, Kwiat Jabłoni, Artur Rojek, Ania Dąbrowska, Grzegorz Turnau – podejrzewam, że całą tę zgraję nasza bohaterka na początku 2020 najwyżej podziwiała z ekranu komputera i miejsc w salach koncertowych, a dziś jest już dla nich „koleżanką z pracy” i współpracownikiem. Zwłaszcza współpraca z Dawidem jest w karierze artystki swoistą klamrą – najpierw ona coverowała jego piosenki, a teraz nagrywa z nim duety (sam Podsiadło się wygadał, że będzie jeszcze niejeden). Żeby do takiego statusu dojść w niecałe 3 lata, to trzeba mieć sporo uporu. I szczęścia. A jednego i drugiego Sanah nie można odmówić.

Przy czym ten upór naszej bohaterki objawia się głównie wypuszczaniem nowej muzyki w tempie taśmociągu, przez co coraz mniej było w tym jakości i świeżości. Wiele recenzentów już przy Irence narzekało na wtórność nowych nagrań (chociaż ja jej broniłem), a niektórzy fani czuli się oszukani, kiedy zostali naciągnięci na kupowanie drugi raz tych samych płyt – Królowa dram i Irenka po kilku miesiącach od premier doczekały się swoich „final edition” z dodatkowymi utworami. Żywię nadzieję, że artystka wydając tak mnóstwo muzyki w takim dość krótkim czasie ma jakiś głębszy cel niż ciągłe zarabianie.

Dobra, ale teraz pomówmy o Uczcie, na którą nas teraz – wraz z dziesięcioma znanymi gośćmi – zaprosiła Sanah. 11 utworów, wszystkie to duety. Po przesłuchaniu całości od razu wiem w czym polega mój problem z tym albu… poprawka! – składanką. Bo to jest ewidentnie składanka utworów pisanych pod gości, nie pod główną bohaterkę. Kojarzycie może taki album Eda Sheerana No. 6 Collaborations Project? Artysta zaprosił tam kolegów z branży od prawa do lewa – m.in. Justina Biebera, Camillę Cabello, Khalida, Bruno Marsa, Eminema, 50 Centa czy Skrillexa i z każdym nagrał numer idealnie pod jego stylistkę. Uczta Sanah jest dokładnie tym samym na polskim podwórku – zestawem piosenek spod niemal każdej bajki muzycznej, gdzie główną gwiazdą jest… właśnie zaproszony gość. Paradoksalnie, samej Sanah na tym albumie jest najmniej. Albo jest w kilku różnych, niepasujących do siebie odsłonach.

Żeby wam dokładniej zobrazować o co mi chodzi – przypomnijcie sobie Ale jazz!, a potem „wyciągnijcie” Vito z tego przeboju. Czy ten utwór się broni bez niego? Jak najbardziej, bo jest jak najbardziej „sanahowy”. Utwory z Uczty już tak nie działają, artystka wykonując je solo na nadchodzącej trasie będzie miała problem by pokazać je jako swoje własne (chyba że wzorem Miuosha zabierze całą ekipę gości w trasę koncertową, ale ciut w to wątpię).

Wystarczy posłuchać całości zgodnie z tracklistą, by wyczuć lekki dysonans. Raz mamy śpiewanie z Anią Dąbrowską wiersza Baczyńskiego, by zaraz potem zmienić klimat o 180 stopni na urban-popowe Audi. Jeszcze wcześniej mamy wesoło pląkające country z Dawidem Podsiadłą, a potem nagle wchodzi poruszające Mamo tyś płakała, które przypomina słuchaczowi, że za naszą granicą trwa krwawa wojna.

Może jestem nieco staroświecki, ale dla mnie album muzyczny powinien mieć jakąś spójną całość, jakiś klucz który go trzyma w całości. Tutaj niby tym kluczem są zaproszeni na Ucztę goście – ale na tej imprezie gospodyni jakby dała sobie wleźć na głowę i grała jak goście żądają. Z Anią Dąbrowską i z Grzegorzem Turnauem jest tak lirycznie i romantycznie jak na ich własnych nagraniach. Z Podsiadło i Zawiałow – popowo i przebojowo. W większości kawałków już po pierwszych taktach można zgadywać kto dołączy do Sanah, nikt nie wychodzi poza swoje muzyczne emploi. Zuzanna nie zaprosiła gości na swój album – zaprosiła ich na zrobienie im kawałka pasującego do nich samych, aniżeli do niej.

Bo o ile w tych delikatniejszych fragmentach płyty – jak w Czesławie z Natalią Grosiak czy w Sen o śnie z Turnauem – Sanah brzmi naturalnie i swobodnie, tak przykładowo w piosenkach z Mięthą i Vito Bambino próbuje melorecytować pod urban-popowy beat i jest to koszmarnie sztuczne. Z kolei w Szarym świecie rodzeństwo Sienkiewiczów tak zdominowało ten kawałek, że Sanah przy nich kompletnie blednie. Miałoby to sens, gdyby ten kawałek trafił na album Kwiatu Jabłoni z Zuzą jako zaproszonym gościem. I nie wszystkie duety można zaliczyć do udanych – Rojek i Ania Dąbrowska w swoich kawałkach są wręcz przezroczyści i kompletnie niewykorzystani przez Sanah.

Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to jest kilka rzeczy co najmniej przyzwoitych. Należą do nich świetnie rozwijające się Eldorado z Darią Zawiałow, Czesława z Natalią Grosiak opowiadająca o Violetcie Villas oraz Ostatnia nadzieja z Dawidem Podsiadłą ,które jest rasowym country-popem. I jest jedna perła – Mamo tyś płakała z Igorem Herbutem. Wiadomo, że wokalista LemOn jak ryknie, to słuchacza ciarki przechodzą. A w zestawieniu z tym tekstem to ma się je nawet pod skórą.

Całą Ucztę poznaliśmy w całości zasadniczo przed jej premierą – bo tylko finalny Święty Graal z tajemniczym Tym Stanem (plotki chodzą, że jest to narzeczony Zuzy) zostawiono na premierowy piątek, a pozostałe kawałki były wcześniej co kilka dni wypuszczane w eter. Żaden nie doczekał się teledysku czy jakiejś mocniejszej promocji w mediach. I chyba właśnie to daje nam klucz jak należy traktować Ucztę – jako zbiór piosenek, singli. Nie jako cały, jednolity album. I tak do niego podchodzę ja. Pojedyczne piosenki rzucone luzem nawet mi wchodzą. Uczta jako całość – kompletnie nie.

Jeśli miałbym wzorem Sanah polecieć tu alegoriami kulinarnymi to porównałbym Ucztę do suto zastawionego stołu, na którym obok pizzy stawiamy… bigos i sajgonki. Co z tego, że wszystko nam nawet smakuje, jak zjedzenie wszystko na jedno posiedzenie może nas przyprawić co najmniej o zgagę? Bo jak doskonale wszyscy wiemy – co za dużo, bywa niezdrowo. Również jeśli chodzi o nagrywanie trzech albumów w trzy lata.

6/10

Najlepsze albumy 2021 – sekcja polska

No dobra, wiem – zdecydowanie za późno to publikuję. Na swoją obronę mam dwie rzeczy. Pierwsza – praca. Dwa – dużo wewnętrznych sporów o to zestawienie. Pierwotnie było tu ponad 20 albumów z naszego podwórka, niektóre postanowiłem wprowadzić ostatecznie dopiero tydzień temu, z jednym do dziś się biję wewnętrznie czy jednak się nie należało. Ale wiecie co? Cieszy mnie to, że mam takie dylematy. Bo jeszcze dwa lata temu w życiu bym nie podejrzewał, że będę tak ochoczo myślał o rodzimej muzyce.

No to jedziemy – 16 moich najlepszych polskich płyt 2021.

Pies – Na więcej nie mam sił

Jeśli nie znacie tej poznańskiej kapeli, to prędko nadróbcie. Ich debiut, który wyszedł w marcu tego roku to piękny soft-pop, którego ich biografia na Spotify całkiem nieźle podsumowuje jako „przełom lata i jesieni zamknięty w piosenkach”. Mimo, że nie zawsze z tekstów wylewa się optymizm („Dorosłość to same obowiązki/Chciałbym zrobić coś dla siebie” z Mija czas codziennie daje mi z liścia w twarz), to jest to rzecz, która została nagrana dla waszego pokrzepienia i komfortu. To jest muzyka, która leczy. Poważnie mówię.

Sanah – Irenka

Płyta, której się obawiałem. Kiedy po zawładnięciu w 2020 polskim mainstreamem Sanah produkowała kolejne single jak taśmociąg, zaczynało wiać nudą. Na szczęście Irenka jeszcze ma w sobie tę krztynę przebojowości i zajebistej szczerości w tekstach, która była i na debiucie, ale wtedy na niektóre kawałki brakowało miejsca. Dlatego trzeba było wydać drugą płytę rok po pierwszej. A po więcej argumentów zapraszam do mojej recenzji Irenki.

Arek Kłusowski – Lumpeks

Mainstreamowy pop i electro-pop jest w tym kraju zdominowany przez kobiety. Facetom w mainstreamie na ogół zostaje tylko rock, rap, fucha producenta lub pop bardziej zrobiony na modłe kolejnych klonów Piaska produkowanych przez programy typu The Voice. Dlatego każdy taki pan próbujący cokolwiek odmiennego ma moją aprobatę. I jednym z tych panów jest właśnie Arek Kłusowski, który na pierwszym albumie próbował udawać Rojka czy Podsiadłę -ale na Lumpeksie dowala mocno przebojowym electropopem przy tym bawiąc się oszczędnie słowami i nie zostawiając suchej nitki na np. polskim systemie edukacji, polskiej mentalności która chce wpychać nos w cudze sprawy czy oczekiwaniach rodziców. Takiego polskiego popu chcę jak najwięcej w radiach.

Michał Anioł – U

No to teraz schodzimy do polskiego niezalu. Poznajcie kolejnego debiutanta w tym zgromadzeniu – Michała Anioła, którego odkryłem, po tym do współpracy zaprosili go Wojtek Urbański i Sonar Soul na album Rysy. Niedługo potem znalazłem jego debiutancki album, na którym kipi od gęstych beatów w stylu house z domieszką dance i trapu. A nad tym wszystkim głos Michała, który śpiewa jakby od niechcenia i wyśpiewuje swoje nerwy. Jest tu nawet kilka przebojowych i wręcz tanecznych kawałków (Potrzebuję was czy Splash), a nad wszystkim jest atmosfera niepokoju i lekkiego smutku, doskonale rozumianego przez moje pokolenie.

Marta Bijan- Sztuka płakania

Jeśli nie znacie tego nazwiska, to znaczy, że nie oglądaliście czwartego sezonu polskiego X-Factora, gdzie zajęła drugie miejsce. Udało się jej potem wydać debiutancki album w Sony, który był bardzo nijaki. W 2021 wróciła z materiałem w klimacie… progresywnego rocka, metalu i shoegaze! Poważnie! Jednak nie znajdziecie tu hardkorowych riffów i krzyczenia – chyba że tego metaforycznego, bo śpiew Marty i teksty o bólu, mroku i końcu świata są jakby niewypowiedzianym do końca wołaniem o pomoc. Jeśli wkrótce ma się wydarzyć jakiś koniec świata, to ten album będzie jego idealnym soundtrackiem pod napisy końcowe.

Niemoc – Kilka najlepszych dni w życiu

Od zespołu złożonego ze szkolnych kolegów do muzyków zapraszających na album Michała Wiraszko czy Kachę z Coals. Niemoc w błyskawicznym tempie awansowali z ciekawostki do jednego z najlepiej zapowiadających się przyszłościowo post/prog-rockowych zespołów. Kilka najlepszych dni w życiu to materiał napchany gęstymi beatami klawiszowymi podparte o mocne riffy i kilka naprawdę wyśmienitych występów wokalnych.

Zdechły Osa – Sprzedałem dupę

Osa swoim pierwszym legalem zdzielił mi w twarz. I poprosiłem o więcej. Do dzisiaj słuchając Sprzedałem dupę zastanawiam się czy to jeszcze rap czy już nu-metal? Czy Osa będąc tam dobitnie szczery w swojej wulgarności przesadza czy to po prostu jego styl wyrazu? Dlaczego tam jest więcej przesterowanych gitar niż potężnych beatów i sampli? I dlaczego jego koncerty przypominają bardziej występy Dezertera niż Pezeta? Zdechły Osa tym albumem ciągle prowokuje mnie do zadawania pytań i odkrywania nowych warstw jego patologicznej twórczości – i o to chodzi.

Brodka – BRUT

O ile Clashes było dla Brodki próbą napisania siebie od nowa (moim zdaniem, niezbyt udaną), tak BRUT jest tych prób zwieńczeniem – nad wszech miar udanych. Lawirowanie między rock’n’rollem i trip-hopem, inspiracjami cold wave, a nad tym wszystkim jeszcze świetna strona wizualna w teledyskach i występach Moniki na żywo. BRUT jest dziełem kompletnym, które należy podziwiać w całości – nie tylko samą muzykę. Artystka udowodniła, że jest na naszym rynku klasą samą w sobie, do której dzisiejsze debiutantki bedą się wielokrotnie odwoływać.

Ifi Ude – LUDEVO

Jak łączyć Polskę z Nigerią? Ifi Ude doskonale to wie i na LUDEVO robi to bez obciachu czy sztucznego nadęcia. Budowanie napięcia poprzez skrzypce, ludowe perkusjonalia i dźwięki sitar (a przynajmniej wydaje mi się, że je słyszałem parę razy) na tym albumie są w stanie odczarować dla każdego poczucie, że „muzyka ludowa” musi być przaśna. A nad tym wszystkim śpiew Ifi nafaszerowany emocjami (posłuchajcie chociażby Tato, tato). Nominacja do Paszportu Polityki była zasłużona.

WaluśKraksaKryzys – ATAK

Z małego niezależnego labelu Trzy szóstki do ulubieńca krytyków muzycznych i festiwali pokroju Męskiego Grania, Jarocina czy Pol’and’Rocka. WaluśKraksaKryzys. Kariera muzyczna Walusia to klasyczny przykład from zero to hero osiągniętego wyłącznie muzyką. ATAK udowadnia mi, że rock wcale nie jest martwy – trzeba go napisać na niego inny przepis. Czasami trzeba zmieszać z punkową agresją, czasem połamać konstrukcję zwrotka-refren-zwrotka, jeszcze gdzieś zaprosić Króla i zabawić się basem, a przede wszystkim – być szczerym do bólu w tekstach jak Waluś, rozprawiający się ze swoimi słabościami. Węszę tu Fryderyka w kategorii Album Rock.

Maria Peszek – Ave Maria

Maria zapowiadając ten album mówiła, że „to najpewniej najpiękniejsza płyta jaką nagrała”, a w wywiadach przebąkiwała że kolejnej może już nie być. Jeśli faktycznie ma to być jej pożegnanie ze sceną, to jest ono pełne żalu i agresji. Agresji pod bezkompromisowymi bitami oraz tej ukrytej pod tekstami. Pośród tych drugich mamy zarówno bezpośrednie walenie w nos (singlowe Barbarka oraz Jebię to wszystko) i jak i całkiem zgrabnie dobrane metaforami (Viva La Vulva). Nawet jeśli z Ave Maria wyłania się obraz pt. „Polski już nie ma”, to ten obraz jest wciąż piękny.

Mapa – Wzywam cię

Płyta która pod koniec roku wzięła mnie z zaskoczenia. Debiut Magdy Pasierskiej to pozycja która przeszła niemal bez echa, a powinna być we wszelkich możliwych rankingach. Wzywam cię to opowieść o lękach i wyobcowaniu ubrana w electro-trap-popowe bity. Momentami kojarzyło mi się z debiutem Billie Eilish, czasem gdzieś idzie usłyszeć Björk z czasów Post czy Debut – spróbujcie posłuchać Przejdź do pozycji dziecka czy utworu tytułowego i uniknąć skojarzeń z autorką Human Behaviour. Mapa niby chce nas wyciągnąć na parkiet, ale z duszą na ramieniu. Ja się daję wyciągnąć bez proszenia.

Dziarma – Dziarma

Osobiście zapamiętam 2021 w polskiej muzyce jako początek przejmowania mainstreamowej rap sceny przez kobiety. Ryfa Ri, Margaret, Gonix, Young Leosia, Oliwka Brazil oraz Dziarma, która na koniec roku wpadła i pozamiatała. Raperka długo dojrzewała do tej płyty i to słychać – wie kiedy musi być delikatna i subtelna (Najlepsza, Velour, Drzazga), wie kiedy musi być głośna i energiczna (Czarny Bez, Bomby), a zgraja producentów oraz gości idealnie jej w tym pomaga, często tworząc idealny kontrast. Mieliśmy w 2021 głównie imprezowe rap dziewczyny, a Dziarma jest dla nich lekką opozycją – jako narratorka i twórczyni historii. Ja to kupuję. W dzień publikacji tego zestawienia Dziarma trafiła na spotifajowy billboard na Times Square. Jeśli to dopiero debiut, to ja niecierpliwie czekam co Dziarma zrobi dalej.

Szczyl – Polska Floryda

Tylko dwie rapowe płyty w tym roku wywołały u mnie poczucie „WOW, ale to świeże”. Pierwszą był Zdechły Osa, a drugą właśnie Szczyl. Polska Floryda to przede wszystkim doskonałe produkcje które zgrabnie skaczą po wpływach soulowych i r&b, a nawet post-punkiem. Chwilami ma się wrażenie, że to album rodem z zachodniego wybrzeża USA, dopóki nie wchodzi nawijka Szczyla. Nawijka, która momentami jest nieco niewyraźna i zagłuszona, ale czuć w niej pełno szczerości. Osobiście odnajduję w Szczylu tego samego chłopaka, którym sam byłem będąc w jego wieku (i również mieszkając w Trójmieście, skąd pochodzi). „Szczyle mają w łapach cały świat”, rapuje autor na sam koniec i trudno mu nie życzyć powodzenia by ten świat w jego rękach został.

Sokół – NIC

NIC to portret rapera świadomego swojej pozycji, doskonale wiedzącego że nie musi nikomu nic udowadniać i że nikt mu nie odmówi feata (bez konkretnej przyczyny). Bo w sumie NIC nie przynosi u Sokoła rewolucji – te same tematy co na solówce trzy lata temu, a flow oraz formuła doskonale znane i wypracowane. Muzycznie też praktycznie nie da się przyczepić do niczego, a jedynie wychwalić kto miał bardziej angażujące pomysły – jak np. Sampler Orchestra z tłocznym klimatem, Steez i Janicki samplujący Bajm czy Duit z synthwave’ami. A wisienką na torcie jest tu gościnny udział… chóru dziecięcego Fasolki. Pucowanie własnego pomnika? Tak, ale trzeba dbać by pomniki nie pokryły się rdzą i dalej zachwycały. Tak jak Sokół zachwyca z NIC.

Tola Szlagowska – Subtitles

Nie, obiektywny to ja tu raczej nie jestem. Ale nawet się nie silę. Bo kiedy idol z lat nastoletnich, który uformował cię jako człowieka wreszcie wydaje płytę (po ponad 10 latach!), to kalkulacje i chłodna krytyka muszą iść na bok. Zwłaszcza kiedy wychodzi płyta, która z emocji jest utkana. Bo takie właśnie jest Subtitles – co usłyszy nie tylko taki hardkorowy fan Szlagowskiej jak ja. Bezpośrednie w słowach, w śpiewie Toli która zdaje jakby stała dosłownie obok i wyrzucała z siebie wszystkie nerwy oraz aranżach popowo-jazzowych. Nie ma tu spełniania czyimś oczekiwaniom czy gustom. Mamy po prostu Szlagowską komunikującą wprost co jej chodziło po głowie przez całe życie po Blog 27.

Najlepsze albumy 2021 – sekcja zagraniczna

albumy 2021 zagraniczne

Dookoła w mainstreamowych mediach i niektórych blogach widzę głównie narzekania, że 2021 nie dostarczył za wiele muzycznie. No to znowu wchodzę ja z tak dużą ilością zachwytów, że w tym roku musiałem złamać własne zasady odnośnie podsumowań rocznych. Wcześniej robiłem tylko jedno zestawienie albumów, bo nie było ich za wiele. W 2021 miałem tyle dobrego słuchania, że zdecydowałem się oddzielić muzykę zagraniczną od polskiej. Oto moje 20 najlepszych albumów 2021 spoza Polski.

Garbage – No Gods No Masters

Poprzedni album Garbage – Strange Little Birds z 2016 – wydarzył się tuż po tym jak zespół Shirley Manson i Bucha Viga obchodził 20-lecie debiutu i wpływy tego debiutu mocno było słychać na kolejnym długograju. I podobny case jest z zeszłorocznym No God No Masters. Z tym, że tutaj słychać mocno czasy drugiego albumu Garbage – Version 2.0, którego 20-lecie zespół świętował wcześniej. Z tym, że jest tu bardziej industrialowo (Godhead i Wolves brzmią jak żywcem wyjęte z albumów Nine Inch Nails), nieco mniej chwytliwie, ale za to wyśmienicie wyprodukowane. I nie zamierzam tutaj oskarżać Shirley i panów o autoplagiat, a jedynie pochwalić za świetne oddanie hołdu własnej przeszłości. Swoją drogą, zastanawiam się ile osób w Polsce jeszcze interesuje się tym zespołem w równie wysokim stopniu co ja – w sensie, żeby zamawiać przedpremierowo album w wersji deluxe na CD i limitowanego winyla.

Danny Elfman – Big Mess

Jeden z najbardziej rozchwytywanych kompozytorów filmowych świata miał w 2020 wystąpić na Coachelli z koncertem podsumowującym jego karierę. Miał też tam zaprezentować swoje nowe autorskie utwory. Coachella z wiadomych powodów się nie odbyła, ale jak Elfman siedział w domu i zaczął pisać… to powstał z tego właśnie ten wielki chaos – Big Mess. Materiał momentami wręcz metalowy, z Dannym śpiewającym kąśliwie i pociągająco zarazem, a w tekstach pełno goryczy, wkurzenia na pandemię i degenerację społeczno-polityczną świata. Strona wizualna albumu też robi niesamowitą robotę, że nawet ona pokazuje że dzieje się coś bardzo dziwnego. I pięknego zarazem. Aż się prosi powiedzieć „pandemio, dziękuję ci za album Danny Elfmana”.

Wolf Alice – Blue Weekend

Po zdobyciu Mercury Prize to w sumie można już osiąść na laurach. Ale Wolf Alice widać nie mieści się to w głowie, bo Blue Weekend nie tylko dorównuje genialnemu Visions of Life, ale też na swój sposób rozwija poprzednika. O ile tamten album był bardzo mroczny i surowy, tak Blue Weekend wnosi sporo światła i nowej, bardziej punk-popowej energii w dyskografii Wolf Alice – czego singlowe Smile było świetnym przykładem. Skutek? Pierwsze miejsce na brytyjskiej liście sprzedaży, podium zestawień roku u NME i Guardiana oraz kolejna nominacja do Mercury Prize. I najlepszy album w karierze Wolf Alice.

Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club

Wydane pół roku później Blue Banisters było już zapchajdziurą ewidentnie złożoną z odrzutów po poprzedniczce, bo brakowało tam spójności. Spójności, która jest siłą Chemtrails Over The Country Club. Spójności, dzięki której ten album najmocniej działa słuchany od początku do końca. Spójności, w której hasło „Too Lana Del Rey” nie jest obelgą – jest siłą. Po więcej argumentów zapraszam do mojej recenzji.

Shortparis – Yablonnyj Sad (Яблонный сад)

Muzyka Shortparis jest dla mnie niewytłumaczalna i nie chodzi mi tu tylko o barierę językową. Nie potrafię wyjaśnić co takiego jest w tej mieszance rocka, elektroniki, etno i industrialu z tym jęczącym nieco wokalem, że nie potrafię się od tej muzyki oderwać. Może to myśl, jak bardzo fascynująco by to brzmiało na żywo? Nie wiem. Ale Yablonnyj Sad jest pozycją niesamowicie ciekawą. Dajcie im choć jedną szansę.

St. Vincent – Daddy’s Home

Czy Jack Antonoff w ogóle śpi? Od 2020 zrobił mnóstwo piosenek na cztery albumy Taylor Swift, po albumie dla Lany Del Rey, Clairo i Lorde, w 2021 wyszedł nowy album Bleachers, a on jeszcze w międzyczasie zrobił St. Vincent album, który jest jest pierwszym który kupił mnie w całości. Jasne, że to nie jego pierwsza współpraca z Annie Clark, ale dopiero ten klimat obecnego na Daddy’s Home psychodelicznego soul-popu zmieszanego z klimatem jazzowego Nowego Orleanu sprawił, że pokochałem St. Vincent bez reszty. Płyta z 2021, ale totalnie brzmiąca jak Pink Floyd na kwasie.

London Grammar – Californian Soil

Że co?! London Grammar nagrało album przystępny? Skoczny w brzmieniu? Wręcz PRZEBOJOWY?! Już przy samych singlach musiałem sprawdzać czy przypadkiem przez ostatnie 4 lata Hannah Reid nie wywaliła całego zespołu, ale nie – to wciąż to samo London Grammar… No dobra, wcale nie to samo! Zdecydowanie bliżej klimatów Lorde i The XX niż Massive Attack, więcej drum’n’bassu niż quasi-orkiestrowych aranży (które przecież były siłą poprzedniego Truth Is a Beautiful Thing) i mnóstwo chwytliwych refrenów o które powinny bić się gwiazdy pop. W życiu bym nie pomyślał, że kiedyś będę mógł tańczyć do London Grammar, a teraz to robię z ochotą.

Joy Crookes – Skin

Amy Winehouse żyje i ma się nieźle. Reinkarnowała się w postaci 23-letniej londyńskiej wokalistki o bangladeskich korzeniach. A już tak serio – to głos Joy Crookes momentami brzmi tak bliźniaczo do Winehouse – zwłaszcza w 19th Floor czy singlowym When You Were Mine – że naprawdę można ją pomylić z autorką Back To Black. Ale nie ma mowy o bezmyślnym kopiowaniu – jest tu sporo własnej tożsamości Crookes, biorącej garściami z tradycji jazzowych i R&B. I pełno opowieści o tejże tożsamości, które chwytają za serce. Trzymam kciuki, by pandemia nie powstrzymała nadchodzącego koncertu Joy w warszawskich Hybrydach.

Moby – Reprise

Kiedy dowiedziałem się, że Moby wydaje album z reinterpretacjami swoich utworów na orkiestrę (i to jeszcze w samym Deutsche Grammophon!) to autentycznie krzyknąłem na środku ulicy „NAJWYŻSZY KURWA CZAS!”. Mimo, że ostatnich studyjnych dokonań Moby’ego nie słuchałem wnikliwie, to jego przeboje z dawnych lat już dawno prosiły się o takie wykonania jakie dostaliśmy na Reprise. Natural Blues zyskało na mocy (duża zasługa głosu Gregory Portera), Lift Me Up i Porcelain do momentu wejścia wokali są nie do poznania, przepiękna interpretacja Heroes Bowiego, We Are All Made Of Stars zdolne do wyciskania łez… Tak, te numery zasłużyły na takie odświeżenie.

Arlo Parks – Collapsed in Sunbeams

Po pierwszych dwóch EPkach Arlo mój balon oczekiwań miałem naprawdę porządnie napompowany. Oczekiwałem coś jakby eksplozji. I wbrew pozorom, dostałem ją. Album Arlo wydany w styczniu okazał się emocjonalną bombą trudnych tematów – artystka śpiewa o depresji, otwartym mówieniu o swoich uczuciach, o związkach jednopłciowych, portretuje bezbłędnie generację Z – które mają jak wybrzmieć w tych stonowanych, spokojnych neo-soulowych rytmach. Słyszymy tylko lekkie gitary, bity i nastrojowe klawisze. Daje to klimat tak uniwersalnego albumu, że zarówno zimą wchodził do głowy, jak i latem dawał jeszcze więcej ciepła. Wierzcie mi na słowo, Mercury Prize 2021 trafiło w dobre ręce.

Roosevelt – Polydans

Zacząłem kompletować to zestawienie niedługo po premierze albumu Roosevelta. Byłem pewien, że tu trafi. Bo to najlepsza pop-dance’owa płyta tego roku, która w idealnym świecie byłaby tak popularna co Future Nostalgia w 2020. Wokal Roosevelta z tymi funkowymi gitarami, basami i wszędobylskimi Rolandami robią tu genialną imprezę. Słuchając chociażby Feels Right czy Forget nie umiałem powstrzymać się od tańczenia na środku ulicy. I słychać że sam artysta też robił ten album do tańca i zabawy. Dajcie mu się porwać w to szaleństwo.

Billie Eilish – Happier Than Ever

Poprzeczka wisiała wysoko. Po zdobyciu wszystkich możliwych nagród i topów list przebojów za poprzedni album, potencjalny upadek drugiej płyty brzmiałby boleśnie, a powiem szczerze – pierwsze single nie zapowiadały rewelacji. Za to cały album okazał się… naprawdę niezłym rollercoasterem gatunkowym. Billie romansująca z jazz-popem (Billie Bossa Nova, Your Power) i downtempem (Everybody Dies, Getting Older), potem dowalająca electropopem (Oxytocin, NDA, Therefore I Am) i rockiem – no to nie jest coś co spodziewałem po autorce Bad Guy. O ile debiutancki album był ewidentnie zbiorem singli i słuchanie na wyrywki nie przeszkadzało w odbiorze – tak Happier Than Ever jest już pełnym albumem: opowieścią od początku do końca.

Ashnikko – DEMIDEVIL

Pop, rap, punk i rewolucja seksualna. W dużym skrócie to jest DEMIDEVIL. Debiutancki Mixtape Ashnikko jest tym wszystkim, czego oczekiwałoby się od artystki wychowanej na przełomie tysiącleci walczącej o wolność ekspresji płci i twórczości niesklasyfikowanej gatunkowo. Bo na DEMIDEVIL jest praktycznie wszystko – od samplowania Kelis i Avril Lavigne, nieskrępowane śpiewanie o orgazmach i seksie (w duecie z równie nieskrępowaną Princess Nokia) po punk-popowe gitary i rzucanie „fuckami” na prawo i lewo. Jedynym minusem jest to, że trwa niecałe pół godziny. Bo chciałoby się tego więcej.

Hayley Williams – Flovers For Vases/descansos

Często się zastanawiam czy w przypadku twórczości Hayley Williams umiem być obiektywny. Bo to niełatwe, zwłaszcza kiedy ona robi mi takiego psikusa z albumem bez zapowiedzi, dla którego zarywam nockę. I w zamian dostaję po raz kolejny Hayley rozebraną z emocji, ale tym razem tłem są tu akustyczne instrumenty, folk i americana. Subtelne niczym Folklore Taylor Swift, ale równie szczere co Petals For Armor.

Little Simz – Sometimes I Might Be Introvert

Donda? Dajcie spokój. Najlepsza i najbardziej rozbudowana rapowa płyta 2021 przyszła tydzień później. Little Simz udowodniła, że sukces GREY Area nie był przypadkiem, a jedynie wstępem do budowania potęgi. Ponad godzinna, niemal filmowa w narracji Sometimes I Might Be Introvert ma w sobie wszystko – od rozbuchanych aranżacji, po soul-popowy płynący leniwie rytm, musicalowy feeling, funkujące electro i Rolandy, aż do tekstów które otwarcie wzywają do wojny o lepszy świat. I nie ma tu pustych frazesów – bo w technice raperskiej Little Simz nie czuć fałszu. Dzieło totalne. Płyta, która będzie przykładem dla przyszłych pokoleń raperek i raperów.

Halsey – If I Can’t Have Love, I Want Power

Twórczość Halsey zwykle leżała poza granicami moich zainteresowań. Jej pierwszy album brzmiał mi jak epigonka po Ellie Goulding, kolejne zwyczajnie nudziły. Ale kiedy zapowiedziano, że nowy album został wyprodukowany przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa, to nie było opcji – trzeba było przesłuchać. Dostałem tak pasjonujący materiał, że do końca roku nie mogłem się od niego oderwać. Para producencka nie przyćmiła Halsey, a jedynie odkryła z niej nowe warstwy. Bo artystka sprawdziła się jako pop-grunge’owa wokalistka, jako miłośniczka hard-rocka, jako electro-rockowa dusza głośno manifestująca prawo do własnej siły i słabości, śpiewająca o trudach i radościach bycia w ciąży. Te częste zmiany tempa na albumie nie dają wrażenia, że każdy utwór jest „z innej parafii”, wprost przeciwnie – daje to kompletny obraz nowej Halsey oraz uniwersalnego mistrzostwa produkcji Reznora i Rossa.

Arca – KICK ii / KicK iii / kick iiii / kiCK iiiii

Jak widać, KiCK i z 2020 był tylko rozgrzewką. Arca postanowiła za jednym zamachem (wszystkie albumy ukazały się w przeciągu czerech dni, jeden po drugim) dokończyć swój cykl o seksualności, granicach ciała i umysłu. „Jedynka” była klasycznym (jak na Arkę) dekonstruktem muzyki electro i clubu, mocno kojarzące się z hyperpopem. Za to kolejne części to już jazda po bandzie – „dwójka” i „trójka” biorą garściami z reggaetonu i latino, „czwórka” brzmi jak niekontrolowany house/trance’owy DJ set, a finałowa „piątka” to ambientowe wyciszenie emocji po wcześniejszych rollercoasterach. Arca ewidentnie stworzyła ten cykl z myślą, by był słuchany po kolei, album po albumie. Wtedy on rezonuje jako kompletne, producenckie dzieło. Ale trzeba uważać, bo potrafi mocno potrzepać.