Woodstocka nie ma, niech żyje Pol’and’Rock

Woodstock się skończył. To już nie jest ten sam festiwal. To już nie to samo co kiedyś. Komentarze i wpisy pojawiające się zawsze kiedy tylko ktoś napomni o tym festiwalu. I wiecie co? One mówią prawdę. Bo to jest oczywiste, że ten festiwal się zmienił i ewoluował. Nazwą, formułą, organizacją, miejscem. Tylko ja osobiście nie rozumiem, dlaczego te zmiany ktoś uważa za złe lub niepotrzebne.

W 2025 strzeliło mi dziesięć lat od mego pierwszego wyjazdu na Przystanek Woodstock. Widziałem imprezę w Kostrzynie nad Odrą pod starą i nową nazwą, uczestniczyłem w popandemicznej edycji w 2021, w tym roku miałem swój drugi raz w Czaplinku. Wracałem tam co roku i nie było mnie tylko w 2022 (pierwsza edycja w Czaplinku, odpuściłem przez inne zobowiązania) oraz w 2024 (przez warszawskie koncerty Taylor Swift odbywające się w ten sam weekend). Wszystkie zmiany które przez dekadę przeszły przez festiwal widziałem i przeżyłem na własnej skórze. I szczerze mówiąc – poza nazwą i miejscem położenia, żadne nie były jakieś drastyczne i zmieniające ten festiwal do góry nogami.

W tym roku Jurek Owsiak często przypominał jak wyglądał pierwszy Przystanek Woodstock. Miał on miejsce w Czymanowie, w 1995 roku. Kiedy patrzy się na ten nieco sielski obrazek, ciężko uwierzyć że z takiego małego zaledwie dwudniowego spędu festiwal stał się tym, czym jest obecnie.


Woodstock/Pol’and’Rock przeżył łącznie 5 przeprowadzek – z Czymanowa do Szczecina, ze Szczecina do Żar, z Żar do Kostrzyna nad Odrą, z Kostrzyna do Makowic i obecnie osiadł w Czaplinku. Jestem przekonany, że każda z tych przeprowadzek wiązała się z odmianami zdań „to już nie to samo”. I tak jak każdego festiwalu w tym kraju, który musiał zmieniać nazwę lub lokalizację – Open’er przenoszący się ze skweru Kościuszki na Babie Doły, Festiwal w Węgorzewie kiedy stawał się Seven Festivalem, Mystic Festival przeprowadzający się z Krakowa do Gdańska… W przypadku Woodstocka/Pol’and’Rocka mogę własnym doświadczeniem potwierdzić, że klimat imprezy tworzą ludzie. Nie miejsce w którym się odbywa.

Setki razy już się mówiło że „na Woodstock/Pol’and’Rock Festival się jedzie tylko raz, a potem się tam już tylko wraca”. Niby wyświechtane zdanie i może sobie je przypisać każdy do każdego miejsca na świecie w którym czuje się dobrze i jak w domu. Ale na tym festiwalu nabiera ono najpełniejszego znaczenia. Bo tam człowiek buduje na tydzień dosłownie nowy dom. I z tych domów tam zbudowanych powstaje całe miasto. Miasto miłości, przyjaźni, muzyki i akceptacji. Ono tam powstawało zawsze – nieważne czy w Kostrzynie nad Odrą na Woodstocku czy w Pol’and’Rocku na lotnisku Czaplinek-Broczyno.

Zmiany na festiwalu w ostatniej dekadzie wynikały z chęci rozwoju albo konieczności adaptacji do nowych warunków. Przyjeżdża coraz więcej rodzin z dziećmi? Osobne, dedykowane dla nich pole namiotowe. Nie ma gdzie kupić jedzenia? Lidl wpada i otwiera całodobowy sklep. Chcemy mniej śmieci na festiwalu? Wielorazowe kubki na piwo z kaucją i worki na śmieci dla każdego. I wszystko to nadal w atmosferze wzajemnego szacunku i współpracy festiwalowiczów z organizatorami festiwalu.

Po 2020 festiwal stracił „tradycyjną” Małą Scenę („tylko z nazwy!”) oraz Scenę Wioski Kryszny. W tym roku były plany powrotu pierwszej z nich, ale budżet był bezlitosny. Inflacja ostatnich lat widoczna jest również na festiwalu, chociażby w strefie gastro czy płatnych pryszniców. Ale czy jest jakiś festiwal w tym kraju którego ona nie dotknęła? Sami sobie na to możecie odpowiedzieć. A fakt, że tak olbrzymi festiwal wciąż od ponad 30 lat jest dostępny za darmo, jest sukcesem na skalę wręcz europejską. A pamiętajmy, że ta impreza z roku na rok zwykła rosnąć i rosnąć. Od niemal prowizorycznej sceny w Czymanowie do wręcz festiwalowego miasteczka złożonego z pięciu scen (tyle maksymalnie było w Kostrzynie nad Odrą), polowego Lidla i ogromu stoisk organizacji pozarządowych. I nadal była to impreza darmowa. I jestem przekonany, że gdyby były na to środki – identycznie by to zrobiono w Czaplinku.

Zwykły uczestnik festiwalu obecnie spędza na festiwalu do pięciu dni. Dłużej się nie da, bo bramy otwiera się dopiero we wtorek przed festiwalem, a w niedzielę należy opuścić miejsce do 12. Tu faktycznie jest różnica w porównaniu do Kostrzyna, gdzie pierwsi festiwalowicze potrafili się rozbijać nawet miesiąc wcześniej – bo mogli. Wolontariusze Pokojowego Patrolu i pracownicy siedzą tam od tygodnia do dwóch, ekipa techniczna jeszcze dłużej, żeby przygotować teren na przyjęcie kilkudziesięciu tysięcy osób. I co najważniejsze – nikt za to nie bierze pieniędzy, wszyscy tam są wolontariuszami.

Niemal każda z tych osób przed wyjazdem organizuje się i pakuje w sposób jakby się tu przeprowadzała na stałe. Materac 2×2 metry i większy, walizki ciuchów (z miejscem na nowe bo przecież co roku trzeba kupić nowy merch), rusztowania do stawiania altanek czy baldachimów, wszelkiego typu ozdoby czy banery oznaczające wioski, ładowarki i powerbanki, kosmetyki i makijaż, buty do chodzenia i klapki pod prysznic, kocyk, śpiwór, drugi kocyk, namiot lub kamper.

Rosną te namiotowe domy jeden przy drugim niczym kolejne osiedla. Obok nich czekają już gotowe całodobowe sklepy i gastronomia, a na wszelki wypadek też szpital i remiza strażacka. Bo najbliższy ośrodek miejski był/jest spory kawałek drogi, więc wszystko musi tu być pod ręką. No i oczywiście to wszystko co jest stricte festiwalowe – sceny, muzyka, warsztaty, rozmowy. I na kilka dni teren na codzień pustego starego lotniska zamienia się w żyjący całą dobę organizm miejski. Frekwencja jednej z edycji sprawiła, że festiwal stał się trzecim najbardziej zaludnionym miastem w Polsce (w 2019 lub w 2018). Czy taka ilość uczestników przyjechałaby na ten festiwal gdyby odbywał się w takiej formie jak chociażby w Czymanowie? Tak, Pol’and’Rock/Woodstock musiał się zmienić, by mógł trwać do dzisiaj. I by mógł w tym roku przyjąć pod swoje sceny kolejne tysiące uczestników. Zarówno tych stałych bywalców jak i całe mnóstwo nowych.

Na terenie lotniska Czaplinek-Broczyno powstaje od zera nowy byt. Nowe miasto. Nowe społeczeństwo. Coś co praktycznie nie istnieje na innych festiwalach w tym kraju, które otwierają swe bramy na dwie-trzy godziny przed startem koncertów i zmuszają do opuszczenia terenu o trzeciej nad ranem, kiedy kończą się atrakcje przewidziane w harmonogramie. Tutaj kiedy Jurek Owsiak po pierwszej-drugiej w nocy mówi uczestnikom „dobranoc, do jutra”, to tylko kończy koncerty. A festiwal niczym prawdziwe miasto żyje dalej. Wystarczy wejść na jeden z pasaży by znaleźć przynajmniej dwie osoby z gitarą, amatorskie stanowisko DJskie (czyli człowieka z głośnikiem), tańczenie poloneza, czy wężyka z ludzi biegnącego pomiędzy półkami polowego Lidla. Zaryzykuję stwierdzenie, że ten festiwal jest jak Nowy Jork – miasto które nie zasypia nigdy. Dokładnie tak samo nie zasypiał w Kostrzynie nad Odrą oraz na lotnisku w Makowicach.

Bo na Pol’and’Rock się nie przyjeżdża tylko po to by posłuchać na żywo Nocnego Kochanka, Royal Republic, Fear Factory, Paradise Lost i Ich Troje. Tu się przyjeżdża stworzyć nową społeczność. Otwartą na wszystkich ludzi równie otwartych na innych. I ta społeczność tam jest przez te kilka dni na przełomie lipca i sierpnia. Na kilka dni tysiące ludzi przyjeżdża na Pol’and’Rocka by urządzić tam sobie nowy dom. I dlatego tak niechętnie go opuszcza w niedzielę po festiwalu. I dlatego człowiek zawsze obiecuje sobie, że za rok się tam wróci i znów zbuduje ten dom. Razem z tysiącem ludzi wierzących w to samo.

Jasne, że Przystanku Woodstock już nie ma. Ale tylko dlatego, że Michael Lang (twórca amerykańskiego festiwalu Woodstock) w 2018 sprzedał prawa do nazwy innemu podmiotowi, który nie zgodził się na nieodpłatne używanie nazwy przez „nasz festiwal”. Bo chciano wtedy wskrzesić ten amerykański festiwal w 2019 z okazji jego 50-lecia. I co najlepsze – nie udało się, tamten Woodstock został odwołany. A u nas wciąż od 30 lat nieprzerwanie trwa historia tego festiwalu. Umarł Woodstock, niech żyje Pol’and’Rock.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *