Dobre pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Bittersweet Festival, debiutujący na polskiej mapie festiwalowego lata, miał przed sobą trudne zadanie – przyciągnąć ludzi, wyrobić sobie markę i zachęcić do spędzenia długiego weekendu przy gwiazdach z niekoniecznie szczytów dzisiejszych przebojów. Ale ludzie z Good Taste Production wiedzieli co i jak należy zrobić, by ten festiwal okazał się takim sukcesem, że do dziś jest mocno chwalony przez uczestników.

Termin sierpniowy został wybrany idealnie. Przełom lipca i sierpnia to dylemat między np. OFF Festivalem, Pol’and’Rockiem czy Sunrise i w kraju jest bardzo głośno. Natomiast dalej w miesiącu następuje posucha. O powrocie Kraków Live Festival ani śladu, o FEST Festival nie ma co gadać. Wszechobecne w kraju imprezy z gatunku Męskiego Grania, Zorzy czy Rockowizny oferują głównie koncerty polskich wykonawców. Bittersweet doskonale wiedział, że w sierpniu publiczność wciąż łaknie światowych gwiazd. Zaryzykuję stwierdzenie, że poznański festiwal przyciągnął wszystkich tych stęsknionych za festiwalowym Krakowem i festiwalowym Parkiem Śląskim.
Sam teren festiwalu i jego zaaranżowanie też momentalnie kojarzyło się z Fest Festivalem. Wszechobecne światła i iluminacje, podwieszone kule dyskotekowe, dekoracje parku – Cytadela nie została tylko zapchana foodtruckami i scenami. Chodziło się po niej jeszcze przyjemniej niż na co dzień… gdyby nie tłok. Już pierwszego dnia odniosłem wrażenie, że poznański Park okazał się za mały na te 70 tysięcy uczestników (oficjalne dane organizatora). Albo za rok zwiększą przestrzeń dostępną dla festiwalowiczów albo trzeba będzie się wynieść z Cytadeli. Znamienne jest to, że zapowiedziana edycja 2026 jeszcze nie ma potwierdzonego dokładnego miejsca. Czekam co będzie dalej.
Polskie standardy festiwalowe są wysokie i mamy już wyrobioną specyficzną kulturę tychże imprez w Polsce. Uczestnikowi nie wystarczy tylko ściągnięcie jego ulubionej gwiazdy i postawienie dla niej sceny koncertowej. Organizatorzy zdawali się doskonale wiedzieć czego mogą oczekiwać uczestnicy. Zdali sobie sprawę, że na festiwalu ważna jest muzyka i wielkie gwiazdy, ale nie są one ich jedyną składową. Dlatego na Bittersweet oprócz czterech scen muzycznych wypełnionych artystami z list przebojów pojawiły się też sceny DJskie, darmowa woda pitna dla wszystkich czy też miejsca do wyciszenia się i rozmów z psychologami.
Ale w końcu tego festiwalu nie zrobili amatorzy, tylko ludzie mający doświadczenie w organizacji np. Jarocina, Next Festa, Salt Wave czy Letnich Brzmień. Był to jednak dla agencji Good Taste Production pierwszy raz, żeby zrobić festiwal muzyczny o takiej skali „u siebie” – w Poznaniu. Po tych trzech intensywnych dniach można stwierdzić niemal jednogłośnie – udało im się to bardzo dobrze.
DZIEŃ PIERWSZY
Imprezę otworzyli Tempesst na Scenie Enea. Zespół nie miał ułatwionego zadania – kapela wciąż nieznana szerokiej publiczności miała zagrać w piękącym słońcu na otwartej scenie. Sam poszedłem sprawdzić zespół tylko z ciekawości. Nagrania studyjne dawały mi vibe „sennego Editors” i to wrażenie zostało podtrzymane. Technicznie i muzycznie nie było się do czego przyczepić, zespół dobrze wykonał swoją robotę. Tylko umiejscowienie nie dało rady.


W międzyczasie scenę główną otworzyła Julia Wieniawa. Muzyka i sceniczny wizerunek Wieniawy sprawiają czasami wrażenie pt. „mamy Duę Lipę w domu”. I nie piszę tego prześmiewczo, Julia jest ewidentnie zainspirowana światową gwiazdą i chce robić popowe show na takim właśnie poziomie. Wychodzi jej naprawdę przyzwoicie. A publiczność widocznie chce i potrzebuje takich gwiazd, co udowodniło wyśpiewane przez wszystkich na finał przebojowe Nie muszę.
Gdy ogłoszono Melanie C (bodajże w pierwszym rzucie wykonawców), ale nie jako koncert, a DJ set to byłem odrobinę zdziwiony. Po pierwsze – nie wiedziałem, że Sporty Spice też bawi się w robienie DJsetów, a robienie takowych przez coraz większą ilość gwiazd pop to ostatnio temat na magisterkę. Po drugie – czemu nie regularny koncert, który przecież idealnie wpisywałby się w nostalgiczną ideę Bittersweeta? Ostatecznie Mel C zagrała raptem godzinny set w pełnym słońcu na otwartej scenie, gdzie obok Spice Girls (wiadomo!) poleciały też Madonna, Charli XCX czy Beyonce, a artystka ostro zagrzewała do zabawy. Miło było, ale następnym razem poproszę Sporty Spice w pełnym wydaniu koncertowym.


Pierwszy koncert Natashy Bedingfield w Polsce był zapowiadany jako jeden z najjaśniejszych punktów festiwalu. Sam przyznaję, że czekałem z jednego powodu – by poczuć ciarki jak wielotysięczny tłum śpiewa Unwritten czy Pocketful of Sunshine na całe gardła. Artystka też zdawała sobie sprawę, że ten tłum przyszedł właśnie po hity i je nam dała… ale nie tylko swoje własne. Między swój repertuar wplotła też piosenki np. Billie Eilish czy The Cranberries, żeby również dać je pośpiewać ludziom. I przy okazji pokazała naprawdę potężny głos. Koncert Natashy miał być właśnie tą nostalgiczną podróżą – i nią zdecydowanie był.


Ale wszyscy chyba się tu zgodzą, że najważniejsza tego dnia miała być Nelly Furtado. Triumfalny powrót do Poznania po 17 latach i pamiętnym koncercie przerwanym przez burzę (powtórzonego następnego dnia przez życzliwość artystki). Zaczynając od negatywów – opóźnienie wynikające z problemów technicznych oraz przeziębienie artystki dały się we znaki na tym bardzo oczekiwanym koncercie. Ale moje millenialskie serduszko bardziej cieszył sam fakt usłyszenia na żywo Say It Right, Try, Manos al aire oraz Promiscous i Maneater. Ten koncert miał być spełnieniem marzeń tych pamiętających lato 2006 spędzone do przebojów Nelly z Loose. To był jeden z tych „bittersweet moments” które nam obiecywał festiwal od kwietnia 2024. Nawet jeśli trzeba było niektóre partie wyśpiewać za artystkę, której przeziębienie nie ułatwiało sprawy. Ale Furtado dała z siebie z wszystko i uśmiech nie schodził jej z twarzy przez cały koncert. Oby na jej powrót do Poznania nie trzeba było czekać następnych 17 lat.
Na set Salvatore Ganacci namówili mnie znajomi, tak samo na Duke’a Dumonta. Dwa zupełnie różne formy występu djskiego i w tym zestawieniu bardziej kupił mnie Salvatore. Impreza w jego wykonaniu była bardziej dzika i była bardziej dopasowana pod publiczność (i nie mam na myśli tylko puszczenia Zenka Martyniuka). Dumont też rozerwał, ale… w mniejszym stopniu niż Ganacci. Bo Salvatore wręcz zachęcał publiczność do odpięcia wrotek (co sam robił), a Dumont jedynie bitami wydawał rozkaz „tańcz jak ci zagram”.
DZIEŃ DRUGI
Miałem wrażenie, że tego dnia liczyły się tylko dwa występy. Przede wszystkim – Empire Of The Sun. I to nie był zwykły koncert. To był wręcz spektakl, w którym wszystko było doskonale zaplanowane. Światła, kostiumy, wizualizacje i muzyka. Na samą myśl o tym tłumie który wręcz wykrzyczał „we are the people that rule the world”, przechodzą mnie ciarki. Zespół też udowodnił, że ma w anturażu więcej równie mocnych koncertowo utworów. Aż poczułem chęć sprawdzenia ostatniego albumu grupy, który stanowił lwią część setlisty. To było popowo-elektroniczne show do odczuwania wszystkimi zmysłami. Chętnie bym się wybrał jeszcze raz.


Drugim najważniejszym był headliner – Post Malone. Artysta obecnie ma swój najlepszy prime-time: duety z Taylor Swift i Beyonce, zaskakująca wolta twórcza, headlinerowanie m.in. Coachelli i Szigeta. Zatem pojawienie się go na polskiej ziemi akurat na debiutującym festiwalu w Poznaniu należy już uznać za spory sukces Good Taste Production. Będę szczery – wybierałem się na niego bez przekonania, a wręcz z nastawieniem że szybko wyjdę znudzony. Ale już po pierwszych dwóch utworach byłem kupiony naturalnością artysty, jego charyzmą, a przede wszystkim utworami i aranżacjami. Tak, nie znałem kompletnie Malone’a. Ale teraz stałem się wręcz jego fanem.
Inne występy tamtego dnia oglądałem tylko fragmentami: Ella Eyre, która otworzyła główną scenę ze swoim potężnym głosem, zadziorna i niepokorna Nxdia na scenie Next Fest, Jann ze swoją teatralnością (której wciąż nie kupuję, sorry) i Bedoes 2115 z którego wyszedłem po dziesięciu minutach (to było moje trzecie podejście do tego typa, czwartego już nie planuję).



Najciekawsze rzeczy zadziały się za to na scenie Eventim. Tego dnia pojawili się tam aktorzy z poznańskiego Teatru Muzycznego i odegrali fragmenty spektaklu Kombinat, który powstał z inspiracji tekstami Kafki, Orwella i Huxleya, a za punkt wyjścia przyjął muzykę i teksty Obywatela G.C i Republiki. Surrealistyczne musicalowe widowisko, które pasowało na ten festiwal jak nigdzie indziej! A na koniec dnia jeszcze występ… chóru Teatru Wielkiego w Poznaniu. Spodziewalibyście się czegoś takiego na tym festiwalu? Ja nie – i wyszedłem zachwycony.
DZIEŃ TRZECI
Line-up dnia trzeciego był chyba najbardziej od sasa do lasa. Główną scenę otworzyła Loreen, która zaprezentowała dokładnie ten sam repertuar co trzy miesiące wcześniej na Orange Warsaw Festival. I tamten występ wypadł jakoś lepiej… może dzięki temu że wtedy pogoda nie rozpieszczała i artystka śpiewała w deszczu. Bo w pełnym słońcu jakoś nie czuło się tej scenicznej magii. Podobnie Sara James na Enea Stage – odegrała to samo co na OWF i tak samo w pełnym słońcu jakoś się nie czuło tej energii.


Później na scenie głównej pojawiło się Hurts. Duet odwiedził nas z okazji trwającego obecnie 15-lecia debiutu. Jeśli coś miało być kolejnym „bittersweet moment”, to właśnie ten koncert. I nim był. Mimo że sam nie słuchałem zespołu już od wielu lat, to byłem zaskoczony że wciąż znam na pamięć teksty Miracle, Some Kind Of Heaven, Voices czy Somebody To Die For. Nie mówiąc też oczywiście o nieśmiertelnym już Wonderful Life, kiedy to – nie ukrywam – się trochę wzruszyłem. Niektórzy moi znajomi twierdzili, że w świetle dziennym ten występ nie miał takiej mocy jaką by mógł mieć w warunkach klubowych lub halowych. Ale ja się z tym nie zgodzę. Hurts przyjechali głównie obudzić piękne wspomnienia w polskiej publiczności. I jeśli ktoś je miał z nimi i tymi przebojami – to mu wystarczyło. Serio, ja nawet nie wiem dlaczego ja wciąż znam te numery!
Potem na Enea Stage zaprezentowali się Viagra Boys, którzy – bądźmy szczerzy – na ten festiwal pasowali jak pięść do nosa. I żeby było jasne – ich występ był świetny. Ten punkowy „chaos kontrolowany” na gitarach, saksofonie i pod przewodnictwem rozebranego do pasa Sebastiana Murphy’ego był koncertem wartym zobaczenia dla wszystkich którzy lubią gitarowe granie. Ale frekwencja na ich koncercie pokazała, że nie było takich osób za wiele na Bittersweet.



Przed koncertem Taco Hemingway’a zastanawiałem się kiedy ja go ostatnio widziałem na żywo. I przypomniałem sobie – ten słynny Open’er 2022, kiedy to zaczął śpiewać Duę Lipę (i tak wtedy się urwałem przed końcem, więc słyszałem to tylko na nagraniach). Koncert na Bittersweet miał być wyjątkowy – bo jedyny w tym roku. No i był nie tylko dlatego. Taco zrozumiał jaki jest statement festiwalu aż za bardzo – siegnął mocno do przeszłości wykonując takie klasyki jak Następna stacja, 6 zer, Nostalgię (zmiksowaną z Birds of a Feather!) i Polskie tango, a z ostatniej płyty poszło zaledwie 5 kawałków.
Ale największą petardę spuścił na finał i wykonał cały Trójkąt Warszawski w całości na żywo po raz pierwszy! Taco zrobił to co należało – dał nam tym koncertem kolejne „bittersweet wspomnienie”, o którym wszyscy tam obecni będziemy pamiętać za 10 i za 15 lat. Reszta wieczoru na festiwalu była już stricte imprezowa – scenę główną zamknęła Peggy Gou swoim mocno basowym setem, a scenę Enea widowiskowo zamknął Apashe z projektem Brass Orchestra.
Kiedy Taco Hemingway ledwo zszedł ze sceny, to Bittersweet potwierdził datę festiwalu na 2026. Co chyba należy odczytywać jako „sukces, udało nam się, dzięki i wpadajcie za rok”. Nawet bez tego widać było, że dobre pierwsze wrażenie się udało. Festiwal oficjalnie zapowiedziany już w kwietniu 2024 był bardzo długo oczekiwany i zapowiadany. Następny będzie miał jeszcze trudniejsze zadanie – przebić i zostawić jeszcze lepsze wrażenie. Ale jestem myśli, że to się uda i znowu Poznań rozbrzmi nostalgią na tysiące gardeł.

