Zakochana i nudna: Taylor Swift „The Life of a Showgirl”

Kiedy Taylor Swift w grudniu zakończyła swoje największe tournee w karierze, to ja miałem nadzieję, że da nam przynajmniej rok świętego spokoju od siebie. A patrząc na to jak się wyeskploatowała od 2019 do 2024 – przydałoby się jej to. Podsumujmy: 5 premierowych albumów studyjnych (jeden trwający aż 2 godziny!), 4 nowe wersje dawnych wydawnictw (z premierowym materiałem), reżyseria 12 teledysków, 2-letnia światowa trasa koncertowa w której jedno show trwało aż 3 godziny… Są wykonawcy którzy takiej ilości materiału nie dają w 10 lat! Więc gdyby 2025 byłby rokiem bez nowej Taylor Swift – nie płakałbym. Ale ona ewidentnie cierpi na pracoholizm, bo już w sierpniu oznajmiła, że ma gotowy nowy album. Mało tego – nagrywany jeszcze w trasie koncertowej!


Sam tytuł i zapowiedzi wizualne – wraz z typowym dla Taylor marketingiem – dawały poczucie, że artystka opowie nam jakie to jest jej The Life of a Showgirl – ciągle na świeczniku, w wielkiej trasie koncertowej, na ustach całego świata. Co z tego wyszło? Niestety, tego „życia show dziewczyny” za wiele tam nie ma. Zasadniczo tylko Opalite i utwór tytułowy (z dobrze dobraną do tematu Sabriną Carpenter) odnoszą się do tego tematu. Bo motywem wiodącym albumu jest… Taylor zakochana niczym nastolatka.

I nie piszę tego z czułością dla autorki. Jak to określiła moja znajoma: „czuć brokatowy długopis do Travisa”. Teksty, choć na pozór romantyczne, głównie ociekają żenadą, metaforami na poziomie ostatniego albumu Sabriny Carpenter i egzaltowanymi wyznaniami, o które byśmy nie podejrzewali 35-letnią kobietę. Kiedy się porówna je chociażby do tekstów z TTPD, to ciężko mi uwierzyć, że napisała je ta sama osoba. No i na dobitkę – Actually Romantic bedące wprost dissem na Charli XCX. Nie sądziłem, że kiedykolwiek Taylor Swift wywoła u mnie ciarki żenady, a tym tekstem to zrobiła.

Już nawet You Belong With Me które powstało spod ręki zaledwie 19-letniej Taylor brzmi dojrzalej niż takie Wood, opowiadające o przyrodzeniu Travisa Kelce (serio!) czy infantylne do bólu Honey. Swift na poprzednich albumach nawiązywała do Stevie Nicks czy Patti Smith. Na The Life of a Showgirl pisze że „robi interesy z diabłem, bo ma większego fiuta” i że widzi w wyobraźni swego faceta w domu z ogródkiem i boiskiem do kosza. Litości.

Już przy Midnights (a potem przy The Tortured Poets Department) wielu fanów i krytyków twierdziło, że kompozycje produkowane przez Jacka Antonoffa – stale współpracującego z Taylor od 2017 roku – brzmią coraz bardziej wtórnie, a muzykę Swift określano też jako „bezpieczną” i „zachowawczą”. I być może to narzekanie coś dało. Bowiem Taylor nagrywając album nr. 12 zwróciła się do ojców sukcesu przełomowego 1989 – Maxa Martina i Shellbacka.

Sęk w tym, że ta zmiana jest niemal niewyczuwalna. I wtedy doszedłem do przykrego wniosku: że to sama Taylor jako współproducentka albumów jest najmocniej zakopana w swojej stylistyce. To ona widocznie ma najważniejsze słowo. I nieważne czy za deckami jest Antonoff czy Martin – ona po prostu nie dopuszcza do siebie nowych brzmień. Woli siedzieć w bezpiecznej synth-popowej strefie komfortu. Młodsza Taylor miała widocznie więcej zaufania do producentów chcących ją wyprowadzić na nowe rejony muzyczne.

I to jest mój największy zarzut do Taylor już od dobrych paru lat – to zakopanie się w tym samym popowym feelingu, który u niej robi się wręcz przewidywalny. W porównaniu do chociażby Miley Cyrus, Billie Eilish, Ariany Grande czy nawet Seleny Gomez które przy swoich ostatnich albumach przynajmniej próbują eksperymentować i wprowadzać nowe elementy – tak Taylor od lat nie robi ze swoją muzyką nic. Zaczynam się coraz mniej dziwić jej taktyce nie wypuszczania singli przed premierą albumu.

Wyjątkiem od tej sytuacji były albumy folklore i evermore, które jak dobrze wiemy, wydarzyły się zupełnie nieplanowane. Swift jest tą osobą w showbiznesie której pozycja jest niezachwiana, więc fakt że nie chce podjąć jakiegokolwiek ryzyka i pójść w, dajmy na to, rock czy elektronikę – jest naprawdę dobijający. Zwłaszcza że nawet po kilkunastu przesłuchaniach mało z tego Swiftowego popu zostało mi w głowie. A nadrzędnym celem popu jest to, żeby zapadał w pamięć. Nie przeczę temu, że wiele z tych kawałków ma potencjał przebojowy i nawet nada się na puszczenie w klubie. Ale ja nie tego oczekuję od artystki z takim dużym dorobkiem i tak dużymi zasobami.

Dobra, ale czy na The Life of a Showgirl się cokolwiek broni? A owszem. Otwierający track The Fate of Ophelia ma w sobie tę przebojową ikrę, którą słyszało się u Taylor jeszcze za czasów 1989. Nie dziwota, że został pierwszym singlem. CANCELLED!, mimo że zakrawa o plagiat Yellow Flicker Beat Lorde, bardzo szybko wpada w ucho i mimowolnie kojarzy się z czasami reputation. A utwór tytułowy to ten storytelling za który najmocniej pokochałem Taylor i za taką najmocniej tęskniłem przez cały czas trwania albumu.

I żeby było jasne – kumam, że Taylor jest wreszcie szczęśliwa i chce to muzyką wykrzyczeć światu. Zrozumiałe i normalne, jako fan cieszę się jej szczęściem. Tylko niech ta muzyka będzie warta tego by ją pamiętać w kolejnych latach jej kariery i życia. Bo ta tytułowa „Showgirl” bardziej brzmi tu jak zapatrzona w idola smęcąca nastolatka, niżli kobieta która w ostatnich latach dosłownie podbiła świat. Da się o sukcesach i radości śpiewać bez cringe’u. Jej tym razem nie wyszło.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *