Tokio Hotel i twoja tolerancja

Tokio Hotel i twoja tolerancja post thumbnail image

To był fenomen, w którym nie mogliście zajmować stanowiska „pomiędzy”. Albo staliście w bramce odpierając te wszystkie ciosy, albo je zadawaliście. I wcale nie musiały być wielkimi bluzgami, mogły być tylko zwykłym „nie, dziękuję”. Bo bramkarze strasznie mocno te słowa przyjmowali. I w rezultacie też atakowali.  Nie ukrywajmy – Tokio Hotel coś nam wszystkim zrobiło. Przede wszystkim, sprawdzało naszą tolerancję.

Bill i Tom Kaulitz obecnie

Bill i Tom Kaulitz obecnie

Fenomenu zespołu braci Kaulitz był swego czasu zgłębiany przez wielu psychologów. Ja w swojej teorii tłumaczę to tak, że TH było pop-rockowym zespołem z cechami typowego… boysbandu. Bo oto mamy teksty wykonywane (dawniej) przez nastolatków o gorzkich problemach nastoletnich, z melodiami dość łatwo dla nich przystępnych. A w zespole – „dla każdego coś fajnego”, jak w wyprofilowanym na potrzeby rynku boysbandzie. Ekscentryczny i charyzmatyczny wokalista z nieco androgenicznym wizerunkiem. Niegrzeczny gitarzysta z wizerunkiem hiphopowca pieprzącego wszystko co się rusza i na drzewo nie ucieka. Pewny siebie długowłosy basista. A na finał nieśmiały, cichy prywatnie perkusista. Czy to nie brzmi jak zalążek nieźle sprzedającego się boysbandu? W tym zespole każda fanka (fanów płci męskiej ten zespół miał naprawdę niewielu) znalazła jakiegoś dla siebie do uwielbienia.

I tu był jeden pies pogrzebany. Takiego zespołu nie można było traktować serio. A jeśli nie da się traktować serio, to trzeba ich wyśmiać. Obecne Belibierki i Directionerki mogłyby brać lekcje „jak reagować na antyfanów” od fandomu Tokio Hotel (nie miał on swojej własnej „nazwy”, dopiero wiele lat później członkowie zespołu zaczęli swoich wielbicieli nazywać „Aliens”). TH było chyba pierwszym zespołem, którego „hejtowanie” odbywało się na wielką skalę całej Europy. Zasługę miał w tym niewątpliwie szybki rozwój internetu w tych latach, gdzie każdy mógł napisać co chce. Korzystali z tego zarówno fani, jak i antyfani. Jedni i drudzy byli nieustępliwi w swoich stanowiskach. Piszę wam to z perspektywy dawnego „hejtera”, a później oddanego fana. Poznałem na własnej skórze obie strony tej barykady.

Co można było nienawidzić w Tokio Hotel? Po pierwsze (nikogo tu nie zadziwię) – image’u zespołu, a zwłaszcza mocno androgenicznego Billa. Włosy nastroszone na wszystkie strony, oczy podkreślone konturówką, blade jak papier policzki, pomalowane paznokcie i pojawiająca się z czasem chuda sylwetka. Dla kontrastu jeszcze jego bliźniak, wyglądający jak z zupełnie innej bajki. To były czasy, kiedy takie mocne wyróżnianie się z tłumu nie było hołdowane przez masy (zresztą, czy teraz jest?…). Subkultura emo, którą lider TH mocno spopularyzował, była pierwszym sprawdzianem tolerancji nastoletniej Europy XXI w. na masową inność. Sprawę mocno podgrzewały inne zespoły z tego nurtu jak My Chemical Romance, nasze rodzime Blog 27, a także rozhisteryzowane media wołające z przerażeniem „dokąd zmierza to pokolenie”. W pewnym momencie sprawa robiła się polityczna, bo Rosja już przygotowywała przepisy by zakazać nurtu emo.

Ale wracamy do Tokio Hotel. Dorzućmy do powyższego masę plotek na temat rozwiązłości Toma Kaulitza – gitarzysta miał mieć zwyczaj po każdym koncercie zapraszać do swego pokoju fankę w ramach spędzenia upojnej nocy –  i domniemanego homoseksualizmu Billa (które teraz sam lider podkręcił w klipie do singla „Love Who Loves You Back„).

Kolejną rzeczą, która mogła wielu ludziom przeszkadzać i dać pretekst to znienawidzenia grupy, była jej wielka popularność. Tak jak kilka lat temu publicznie hejtowano Justina Biebera, bo miał czelność osiągnąć międzynarodowy sukces swoimi piosenkami, tak wcześniej niejednego mogła piec zawiść że grupie się udało. Bo zespół był dosłownie wszędzie – na wszelakich rozdaniach nagród, na każdej okładce Bravo i Popcornu, wylatywał z teledyskami co chwila w TV (MTV i VIVA jeszcze wtedy puszczały muzykę), więc niektórym pewnie strach było lodówkę otworzyć.

Co w takim razie lubili w nich fani? Coś, czego większość antyfanów nawet nie sprawdzała – muzykę. Sam byłem jednym z tych, który nie znosił zespołu za samo jego istnienie – nie za jego hity i teksty, bo… nie chciałem ich słuchać. Wystarczało mi że „wyglądają pedalsko”. Częste było to, że przeciwników zespołu nie interesowała muzyka. A jeśli tak – to kiedy tylko trafiła się jakaś krytyczna – nawet najbardziej konstruktywna – opinia, to zaraz do akcji wkraczały oddane fanki nie pozwalające na jakąkolwiek obrazę swojego ukochanego zespołu. Może to przykre i durne, ale taka była prawda. I jasne że nie tylko muzyka grała najważniejszą rolę. Tak jak wśród fanów One Direction każdy ma swojego ulubieńca, tak samo tutaj tworzyły się obozy i dyskusje pod tytułem „który z chłopaków jest ładniejszy”.

A jak jest z Tokio Hotel AD 2014? Na temat ich fanów z dawnych lat wiadomo tylko jedną oczywistość – zmienili się, dorośli, są zupełnie innymi ludźmi. Ale czy akceptują nowe Tokio Hotel? O to należy zapytać każdego z osobna. Zespół bowiem przeszedł wielką transformację muzyczną. Nowy album „Kings of Suburbia” jest mocno nacechowany elektroniką – mamy tu trochę house, trochę popu, nawet nieco EDM. Za to gitar i perkusji nie słychać wcale. Sam wokalista jest aż za mocno puszczony przez syntezator, a miejscami piszczy jak kastrat. Nie mam najlepszego zdania o tej płycie. Co – jak na dawnego fana – nieco mnie boli i wkurza. Naczekało się wiele lat milczenia i niespełnionych obietnic, by później dostać naprawdę miałką płytę.

A wy? Gdzie leżała wasza granica tolerancji dla tego zespołu? Nie mówcie że „nie macie zdania”, bo nie uwierzę. Na pewno mieliście cokolwiek w tym temacie do powiedzenia.