Nie raz i nie dwa wspominałem, że moje muzyczne życie zdefiniowały 4 kobiety – Katarzyna Nosowska z Hey, Shirley Manson z Garbage, Hayley Williams z Paramore oraz Taylor Swift. A z tą ostatnią mam prawdopodobnie najbardziej burzliwy love-hate relationship. W ostatnich latach wydawała nową muzykę jak automat, zdominowała jakieś 3/4 współczesnego dyskursu o popkulturze i prawach artystów, a o jej zagrywkach marketingowych można pisać prace naukowe. I wszystko kręci to się dookoła jej muzyki i jej prywatnego życia. Pamiętam moment premiery niemal każdej płyty, pamiętam pierwsze odsłuchania, moje pierwsze zachwyty i wkurzenia. Ponieważ mam wciąż niezłego kaca po ostatnim albumie, a dzień 20/10 to data w której po cichu sobie pozwalam na pisanie głównie o sobie – no to zapraszam na mój osobisty ranking albumowej twórczości Taylor Swift. Od najgorszego do najlepszego – w mej własnej opinii jako fana od lat nastoletnich.
miejsce 12: The Life Of A Showgirl
Minęły nieco ponad dwa tygodnie. Po kilkukrotnym przesłuchaniu 3 października, nie miałem ochoty wrócić do tej płyty choć raz. Zrobiłem to tylko teraz przy pisaniu tego rankingu. Nadal uważam, że to jakieś nieporozumienie. Już pal licho o to, na co się nastawiałem (i nie tylko ja) po zapowiedziach, w końcu Blondyna nie musiała swoim odbiorcom czytać w myślach. Ale The Life Of A Showgirl jest nie dość, że napisany leniwie i absolutnie nic nie wnosi w jej artystycznym rozwoju, to w tych tekstach widzę tylko – przepraszam za wyrażenie – pierwszy raz zakochaną gówniarę. A ponieważ mam po tym albumie świeżą ranę, to zapraszam do lektury recenzji.
najlepszy utwór: CANCELLED!, ale tylko dlatego że brzmi jak odrzut z reputation
najgorszy utwór: wszystkie pozostałe
miejsce 11: Lover
Dopóki nie nadszedł 3.10, to Lover był na dnie tego rankingu od… samej premiery. Był to pierwszy album Taylor przy którym poczułem rozczarowanie i znudzenie. Jest to zdecydowanie jej najbardziej rozwleczony album – 18 utworów i co najmniej siedem z nich niepotrzebne. Aranże w większości tak bardzo do siebie podobne, że trzeba było mi przesłuchać kilkanaście razy, żeby odróżnić niektóre utwory od siebie. Jedyne co daje tej płycie przewagę nad TLOAS, to teksty. Taylor naprawdę umiała pisać o miłości oraz szczęściu z klasą i bez nastoletniego cringe’u. Myślałem, że na koncertach się przekonam do tej płyty, ale ciężko było jak grane były głównie single, za którymi też nie przepadam.
najlepszy utwór: Soon You’ll Get Better
najgorszy utwór: ME!
miejsce 10: 1989
Zdaję sobie sprawę, że za umiejscowienie tej płyty tak nisko wiele ludzi przestanie ze mną rozmawiać, ale mogę z tym handlować. Jaki ja mogę mieć problem z tak świetnie zaaranżowanym popowym albumem, napisanym przez jednych z najlepszych autorów i producentów gatunku? Właśnie to. Im więcej mija lat od premiery 1989 i to jak zmieniło krajobraz popkultury oraz emploi artystyczne/wizerunkowe Taylor, tym bardziej odbieram ten album jako kompletnie… bez duszy. 1989 jest dla mnie jak zwykła odmierzona od linijki praca domowa i wręcz wykalkulowana na zrobienie wielkiego sukcesu. Ale byłbym hipokrytą, gdybym nie przyznał, że nie bujam się do Style czy Wildest Dreams. Co jak co, ale ten album coś zrobił Taylor i krajobrazowi ówczesnego popu: wywrócił go do góry nogami. I on tak stoi do dzisiaj.
najlepszy utwór: Blank Space
najgorszy utwór: Shake It Off (poważnie)
miejsce 9: self-titled (debiutancki album)
Najwięcej miłości mam do Taylor romansującej z country i tradycyjnym brzmieniem gitarowym niż tej popowej, co chyba idzie zauważyć. Debiutancki album, który za rok będzie obchodził 20. urodziny (i jest niemal pewne, że wtedy dostaniemy jego „Taylor’s Version”), wciąż jest kawałkiem naprawdę dobrze zaaranżowanego country-popu. Napisany przez 17-letnią wtedy Taylor ma w sobie sporo uroczej niewinności i romantyzmu, bardzo u niej wtedy naturalnego. I chyba wciąż ma za mało uwagi publiczności, a zasługuje na więcej.
najlepszy utwór: Should’ve Said No
najgorszy utwór: Tim McGraw
miejsce 8: Midnights
Album do którego przekonywałem się najdłużej, a pamiętam, że w dniu premiery byłem wręcz wkurzony i twierdziłem, że to brzmi gorzej niż Aquaria Dody (która wyszła tego samego dnia, tak jak ostatni Podsiadło). Musiało minąć około tygodnia słuchania i… czytania tych tekstów. Bo warstwa instrumentalna mnie zanudziła na śmierć, tak teksty i koncept „scenariuszy życia wypisanych podczas bezsennych nocy” jest tu najciekawszy. Doskonale znałem te chwile, kiedy mózg nie dawał spać i tworzył mi inny świat na kanwie moich przeżyć, żeby tylko rozmyślać. O tym właśnie są teksty na Midnights. I tylko one mnie przy tym albumie trzymają.
najlepsze utwory: You’re On Your Own, Kid, The Great War, Snow On The Beach, Lavender Haze
najgorszy utwór: Karma
miejsce 7: The Tortured Poets Department
Mój największy zarzut do tego albumu pozostał niezmienny – produkcja i aranże większości utworów wyprodukowanych przez Jacka Antonoffa. Do tego fakt, że ten album Taylor jest najbardziej umocowany przy jej ówczesnym życiu sprawia, że tylko fani i wnikliwi obserwatorzy życia Taylor mogą czerpać z niego frajdę. I tak, ta płyta też w pierwszym zetknięciu mnie znudziła i przez tę dziką ilość materiału (31 utworów!) prawie u mnie podzieliła los Lover. Musiało się stać to samo co miałem z Midnights – musiałem „przeczytać” ten album. Bo tam w tekstach objawia się naprawdę zdolna tekściarka opowiadająca naprawdę niezłe historie o swoich miłościach, wkurzeniach, życiu medialnym, byłych i obecnych.
najlepsze utwory: The Smallest Man Who Ever Lived, Who’s Afraid Of Little Old Me?, loml, I Hate It Here
najgorszy utwór: Fortnight
miejsce 6: evermore
Pierwszy w tym rankingu album Taylor, który dla mnie najwięcej zyskuje w całości. I ta zasada tyczy się już całej reszty dalej wymienianej dyskografii. evermore wyszło w tym specyficznym czasie, kiedy nie wiedzieliśmy czy można wyjeżdżać do bliskich na Boże Narodzenie, ale już byliśmy przyzwyczajeni do covida. evermore w swej warstwie instrumentalnej i tekstowej miało nas jakby otulić i powiedzieć „damy sobie radę”. Od razu słychać, że na tym albumie więcej zrobił Aaron Dessner niż Jack Antonoff i to okazało się ciut prorocze dla jakości kolejnych nagrań Taylor. Jasne, wszyscy wiemy, że evermore to bardziej „młodsza siostra” folklore i dlatego trochę mniej lubiana. Ale ona zasługuje na tyle samo miłości.
najlepsze utwory: champagne problems, tolerate it, tis’ the damn season
najgorszy utwór: coney island
miejsce 5: Speak Now
Taylor po wielkim sukcesie Fearless miała sporo do udowodnienia. Po tym jak wielu próbowało dyskredytować jej dokonania i jej umniejszać, postawiła wszystko na jedną kartę – napisała album w całości sama. I słychać, że sporo powstało w trasie – album na tle jej dyskografii wyróżnia się znacznie mocniejszymi gitarami rockowymi i orkiestralnymi partiami. „Taylor’s Version” tej płyty jest jeszcze bardziej podkręcona, bo momentami tam skręca w pop-punk i alt-rocka. A sama 20-letnia wtedy Taylor miała do opowiedzenia więcej niż historie o swoich ex (Dear John to eden z najlepszych tekstów o rozpadającym się uczuciu). Na Speak Now jest pełno dojrzałych historii o dorastaniu i życiu w świetle fleszy. Ten album z biegiem lat tylko zyskiwał w moich uszach. Bo będę szczery – za pierwszym razem kompletnie mi przeleciał beznamiętnie. Po wydaniu „Taylor’s Version” pokochałem go bez reszty.
najlepsze utwory: Long Live, Enchanted, Back To December, Haunted, Dear John, Castles Crumbling
najgorszy utwór: Mean
miejsce 4: Fearless
To miejsce w tym rankingu jest wyłącznie emocjonalne. Bo to była moja pierwsza Taylor. I ja ją pokochałem taką z miejsca. Nawet jeśli kompozycyjnie Speak Now bije ten album na głowę, w tekstach mamy głównie zranioną nastolatkę i pełno banałów – to ja nie umiem nie kochać tej płyty. Nie wytłumaczę tego i nawet nie próbuję, bo jestem zajęty wydzieraniem się do fortepianowej wersji Forever & Always.
najlepsze utwory: Today Was A Fairytale, Forever & Always, Come In With The Rain, You Belong With Me
najgorszy utwór: Superstar
miejsce 3: reputation
Wielu fanów i krytyków miało olbrzymi dystans do tej „edgy-Taylor”, flirtującej z rapem i wpływami elektronicznymi. Ja z kolei reputation pokochałem od razu. Bo to znowu było u niej coś nowego i intrygującego. A same backstory było równie interesujące co zawartość muzyczna – beefy z Kardashian i Westem, lincz medialny, zniknięcie z życia publicznego… Wszystko znalazło rozliczenie na tym albumie, który przywrócił jej pozycję jako supergwiazdy. A po latach słychać, że oprócz piosenek o zemście na showbiznes, to reputation jest… jednym z jej najbardziej miłosnych albumów. I nie, nie czekam na repTV – ten album miał swoje konkretne miejsce i czas, nie ma sensu wydawać jego nowej wersji (zwłaszcza że Blondyna odzyskała prawa do masterów). A po latach wciąż słucha się go tak dobrze jak w 2017.
najlepsze utwory: I Did Something Bad, Don’t Blame Me, Look What You Made Me Do
najgorszy utwór: Gorgeous
miejsce 2: folklore
Album którego miało nie być, wydany w czasie o którym najchętniej byśmy zapomnieli. A dziś nie wyobrażam sobie bez niego życia i całej dyskografii Taylor. Jeśli coś ocaliło rok 2020, to (oprócz Future Nostalgia) właśnie ten album. A po tym jak fatalny w moich uszach był Lover, to folklore zrobił coś jeszcze – przywrócił mi wiarę w Taylor jako artystkę. Bo tak jak wyżej wspomiane reputation, było to kolejne wyjście Taylor na nowe terytoria muzyczne. Trzeba było Blondynę zamknąć w domu, by odważyła się napisać do Aarona Dessnera i z nim pracowała zdalnie. Taylor udowodniła, że potrafi pisać nie tylko o sobie, ale też wymyślać własne światy i historie. folklore to czysty eskapizm i fantazje, jakich wtedy potrzebowałem. I chyba reszta świata też.
najlepsze utwory: exile, illicit affairs, my tears ricochet, mirrorball, the lakes
najgorszy utwór: betty
miejsce 1: RED
Opus magnum Taylor. Idealny pomost między korzeniami country, a nadchodzącą u niej wtedy popową rewolucją. Złamane serce przekute w najbardziej przeszywające teksty. Max Martin i Shellback po raz pierwszy za sterami producenckimi wyzwalają jej potencjał gwiazdy pop. Od stadionowych bangerów rockowych po wzruszające wyznania. A w gościach m.in. Pheobe Bridgers, Ed Sheeran i Gary Lightbody ze Snow Patrol. RED to po prostu The Best Of Taylor Swift.
najlepsze utwory: I Bet You Think About Me, Red, All Too Well, Nothing New, I Knew You Were Trouble
najgorszy utwór: Begin Again
PS. Tak, mam dziś urodziny, ale życzeń nie potrzebuję, wszystko u mnie prawie w porządku.







