Najdłuższa przerwa wydawnicza w historii Closterkellera wreszcie dobiegła końca. Poprzedni album zespołu Anji Orthodox ukazał się osiem lat temu i szczerze mówiąc, dziś go już w ogóle nie pamiętam. Nie żeby Viridian był jakimś wybitnie złym albumem, ale jak się go słucha dziś, to trudno nie odnieść wrażenia że jego brzmienie zostało jakby… nie wiem, nadmiernie wygładzone. Na pewno nie był to ten sam Closterkeller który potrafił uwodzić mrocznym nastrojem w dźwięku i wokalu. Natomiast jedenasty album zespołu – tym razem w kolorze srebra – brzmi tak, jakby członkowie zatrzymali się w pod koniec XX wieku. I bardzo mi się to podoba.
Muzyka Closterkellera po 2000 roku to dziwna sinusoida. Najpierw niemal trip-rockowe i mocno elektroniczne Nero (są tam rzeczy zahaczające wręcz o Depeche Mode z czasów Violator). Potem Aurum który – w moim własnym mniemaniu – jest jednym z najlepszych dokonań Clostera, tam jest swoisty „the best of” możliwości brzmieniowych zespołu. Bordeaux miał na siebie jakiś pomysł i był to koncept grubymi nićmi szyty, ale muzycznie był to już zwykły pop-rock. A o Viridian to… na razie nie gadajmy.
Argento już od samego początku obiecywał o wiele więcej niż poprzednik. Pierwszy singiel Cień wilka daje skojarzenia jakby żywcem wyjęto go z sesji nagraniowych Cyan lub Violet. Te wokalizy Anji za pierwszym przesłuchaniem naprawdę wbiły mnie w fotel. Lepszej zapowiedzi całości nie dało się dostarczyć. Aż okazało się, że album skrywa jeszcze więcej tego za co się pokochało Closterkellera.
Otwierająca i romantyczna Sansara to kolejny pełnokrwisty Closter u którego nawet te balladowe utwory mają tę piękną gotycką nutę. Mój sen srebrny to potencjalny evergreen zespołu, z niemal zeppelinowską perkusją i partią gitary przypominająca mój ukochany hit Violette plus tekst o polowaniu na czarownicę. Nie obraziłbym się, gdyby był to kolejny singiel. Uwagę tez zwraca Marina von Hoche tworząca nastrój synthowymi klawiszami rodem z Kratwerk. Z kolei Mirun rytmicznie to młodszy brat W moim kraju (nieznośnie aktualny tekst). Białe wino z początku oparte na zapętlonym motywie gitarowym potem przeistacza się w rasowe rockowe granie. Zaś Koniec czasu to spadkobierca hitowego Ogrodu półcieni, czyli Closterkeller budujący napięcie i opowiadający wciągającą historię. Argento pod kątem brzmieniowym to ten zespół, który uwodził mrokiem i niepokojem jakby była to bezpośrednia kontynuacja Scarlet z 1996 roku lub Blue z 1992.
Z rzeczy dla mnie nieco niezrozumiałych znalazł się tylko Popiół, gdzie coś nie zagrało w wokalach – Anja głównie recytuje tekst do naprawdę niezłej linii basu i perkusji. Ma się wrażenie, jakby było to niedokończone demo.
Argento Closterkellera to po prostu rodzinne srebro znalezione w zakamarkach domowych pamiątek, wypolerowane na błysk i przywrócone do oglądania światu. Jasne, można się uprzeć, że są tam głównie pomysły które już nie raz i nie dwa słyszeliśmy w tym zespole. Ale czy ten zespół musi po niemal 40 latach istnienia (i niezliczonych roszadach stanowisk) wymyślać koło na nowo? Gdzieżby. Niech dalej trzyma się swego złotego znaku jakości. O, przepraszam – w tym wypadku srebrnego.


Miło, że zauważyłeś i poświeciłeś post Ich nowej płycie. Zwłaszcza, że to pierwsza płyta, którą wydali sami, myślę więc że zasługuje by tym bardziej o niej mówić, by dotarła do jak najszerszego grona. Przynajmniej ja tak myślę. Poza tym myślę, że warto, bo to naprawdę dobra płyta. Również słyszę kilka odniesień do starych nagrań, ale niekoniecznie tylko do tych z lat 90. To pierwsza ich płyta od czasu Aurum, której z przyjemnością mogę słuchać od początku do końca.
To się będzie zmieniać, ale póki co mój ranking ulubionych kawałków z tej płyty wygląda tak:
1. Xiomara
2. Sansara
3. Popiół
4. Mój sen srebrny
5. Białe wino
6. Argento
7. Koniec czasu
8. Marina
9. Mirun
10. Cień wilka
Pozdrawiam!
To moja kolejnosc:
1. Popiół
1. Koniec czasu
2. Mirun
2. Mój sen srebrny
2. Białe wino
2. Mirun
2. Xiomara
2. Sansara
2. Argento
9. Marina
10. Cień wilka
Pozdrawiam!