Spotify już nie chodzi o muzykę

Spotify już nie chodzi o muzykę post thumbnail image

Około 10 milionom ludzi w Polsce na hasło „streaming muzyczny” do głowy przychodzi Spotify – tylu mniej więcej użytkowników ma ten serwis w naszym kraju. Szwedzki gigant rządzi tym rynkiem również globalnie, bo pracował na tę pozycję przez całe lata. Po piętach depczą mu Apple Music i Tidal, o naszą uwagę walczy też YouTube Music (albo po prostu usługa YouTube Premium, pozwalająca oglądać filmy bez reklam i z wygaszonym ekranem telefonu), na horyzoncie też pojawia się aplikacja streamingowa od… TikToka.

Tymczasem moje relacje ze Spotify były bardzo… skomplikowane, że tak to ujmę. Co najmniej dwa razy tę aplikację porzucałem i do niej wracałem. Sprawdzałem Deezera, sprawdzałem Rdio, sprawdzałem Tidala – po czym wracałem do Spotify. Od dwóch lat siedzę na Apple Music, do którego się przesiadłem wraz z wymianą komputera na sprzęt Apple. A wiele z ostatnich ruchów Spotify które widziałem w ostatnich latach utwierdziły mnie w przekonaniu, że Spotify jest serwisem, do którego nie warto wracać. A przynajmniej nie dla kogoś, komu naprawdę muzyka leży na sercu. Czyli mnie.

U mnie rozchodzi się o rzecz, która może dla wielu jest nieoczywista – dobrostan artysty. Nie żebym miał jakieś duże związki ze środowiskiem artystów i muzyków, ale wiem, jak niektórzy muszą się mocno napracować, żeby to właśnie muzyka była ich źródłem utrzymania, a nie wszelkie inne prace dodatkowe lub chałtura. Żeby tak było, muszą otrzymywać godziwe wynagrodzenie za swoją pracę.

A do płacenia artystom porządnych pieniędzy, szwedzki serwis nie jest za bardzo chętny – nawet jeśli jedna z dyrektorek Spotify twierdzi inaczej. Jak donosi Związek Artystów Wykonawców STOART, aż 52% wykonawców nie otrzymało żadnego wynagrodzenia za korzystanie z ich muzyki w Internecie, a 26% wykonawców otrzymało mniej niż 100 euro rocznie – dane dostępne tutaj.

Stawki wynagrodzeń za streaming to żadna tajemnica handlowa i od lat wiadomo, że Spotify jest jednym z tych graczy, który – mimo swej potęgi rynkowej – płaci najmniej: 0.00318 dolara za odtworzenie. Czyli żeby zarobić jednego dolara, jedna piosenka musi dobić około 314 odtworzeń.

Dla porównania, jako autor na Amazon Music dostaniesz dolara za 249 streamów danej piosenki, na Apple Music ten dolar jest warty już tylko 125 odtworzeń, a na Tidal – zaledwie 78. Gorzej od Spotify płacą tylko YouTube (który – bądź co bądź – jest serwisem bardziej skupionym na wideo) oraz Deezer i Pandora (które są bardzo niszowe na rynku). A tego samego dolara należy jeszcze rozdzielić pomiędzy wszystkich autorów czy producentów streamowanej piosenki. Wniosek jest prosty – jak nie jesteś Edem Sheeranem czy Taylor Swift robiącymi miliardy lub głównym producentem/autorem wykonywanej muzyki, to nie licz, że na Spotify zarobisz chociaż na ciastko z kremem (dokładnie tak to podsumowała w 2015 Justyna Steczkowska).
Dokładne dane o stawkach znajdziecie tutaj.

Do tego serwis już niedługo dokłada dodatkową łyżkę dziegciu do tego bałaganu. Otóż już od 2024 roku piosenka na Spotify zacznie zarabiać dopiero gdy wygeneruje co najmniej 1000 odtworzeń w całości (wcześniej wystarczyło wysłuchać piosenkę do połowy). Serwis argumentuje te zmiany walką z utworami generowanymi przez sztuczną inteligencję, fałszywie nabijanymi odtworzeniami czy też twórcami „białego szumu”, którzy według serwisu „hakują” algorytmy by więcej zarabiać. Cel słuszny, natomiast metodologia – mocno dyskusyjna.

Chociaż nawet będąc streamingową fabryką hitów nie masz pewności, że Spotify będzie chętne do zapłacenia ci za to. Serwis w ostatnich latach nieraz pokazał na co chętniej rzuca pieniędzmi. Zgadniecie na co?

Spoiler: nie na muzykę.

Po pierwsze – Joe Rogan. Na początku 2022 Spotify postanowiło mieć na wyłączność audycje wzbudzającego spory rozgłos podcastera, który w swoich programach m.in. poddawał w wątpliwość pandemię i pozwalał na transfobiczne czy rasistowskie komentarze swoich gości. I byli gotowi zapłacić mu za to aż 200 milionów dolarów! Na widok tej sumy podniosła się kolejna dyskusja pt. „dlaczego serwis w zamierzeniu muzyczny więcej płaci podcasterowi niż muzykom”. W konsekwencji tego kilku artystów usunęło swoją muzykę ze Spotify jak np. Neil Young, Joni Mitchell i zespół Failure. To był dla mnie pierwszy moment, w którym się zacząłem poważnie zastanawiać o co tak naprawdę chodzi Spotify.

Po drugie – książę Harry i Meghan Markle. Tak, „enfant terrible” brytyjskiej rodziny królewskiej i jego małżonka też mieli swoje interesy w Spotify. Pod koniec 2020 ogłoszono umowę z byłą brytyjską parą książęcą na stworzenie autorskich audycji na wyłączność, opiewającą na łączną kwotę 20 milionów dolarów! Powstało kilkanaście odcinków podcastu Harrego i Meghan, w którym wystąpiły takie gwiazdy jak Mariah Carey, Paris Hilton i Serena Williams. W czerwcu 2023 oficjalnie zakończono tę współpracę – rzekomo przez to, że para książęca nie wyprodukowała takiej ilości materiału jaki byłby zadowalający dla Spotify. Ostatni odcinek ukazał się w… listopadzie 2022! Nawet jeśli skończyło się jak skończyło i Harry z Meghan nie zobaczyli tych pieniędzy (a podejrzewam, że przynajmniej nie w całości), to sam fakt, że Spotify było skłonne zapłacić aż tyle tej atencyjnej parze już mnie mocno odpycha.

Po trzecie – FC Barcelona. Przyznam szczerze, na wieść o tym dealu sponsorskim się we mnie zagotowało. A dokładniej, to na wieść o pieniądzach które za tym stoją. Otóż kwota 310 milionów dolarów, którą Spotify rzuciło na kilkuletni kontrakt sponsorski z hiszpańskim klubem piłkarskim, to pieniądze jakich ten serwis nie wypłacił nigdy żadnemu artyście!

Nie wierzycie mi? To pora na szybkie obliczenia. Skoro jeden dolar na Spotify jest warty mniej-więcej 314 odtworzeń, to żeby serwis wypłacił 310 milionów, to należy wygenerować łącznie ponad 97 i pół miliarda streamów. A na Spotify nie ma ani jednego wykonawcy, który dobiłby do tego progu. Artystą z największą ilością odtworzeń na serwisie jest Drake, który w chwili publikacji tego tekstu ma niecałe 69 miliardów streamów, co dawałoby mu kwotę „zaledwie” 220 milionów dolarów zysku i to bez dzielenia tej kwoty na współautorów jego muzyki. Twarde dane mówią jasno: Spotify więcej pieniędzy rzuciło dla klubu piłkarskiego na 3 lata niż w ciągu 17 lat swego istnienia dla jakiegokolwiek muzyka. Dla mnie ten deal jest całkowitym zaprzeczeniem powtarzanych wręcz do znudzenia słów szefów Spotify że „muzyka jest najważniejsza”.

I na dokładkę, po czwarte – prywatne interesy Daniela Eka, CEO Spotify. Otóż, nie jest tajemnicą, że współzałożyciel serwisu pieniądze zarobione na naszych abonamentach inwestuje w przemysł zbrojeniowy oparty na technologiach AI. Pewnie powiecie, że „to jego sprawa na co wydaje własne zarobione pieniądze”. I macie rację. Ale dla mnie muzyka nie powinna być paliwem do inwestowania w szerzenie przemocy.

Jasne, że na samym początku tej muzycznej rewolucji sytuacja dla artystów była jeszcze gorsza. Jej apogeum było to, jak twarzą kontrrewolucji przeciwko streamingom została sama Taylor Swift, która w 2014 usunęła wszystkie swoje albumy ze Spotify. Niedługo potem Portishead odważyło się głośno powiedzieć, że za ponad 34 miliony odtworzeń dostało od serwisu zaledwie… dwa i pół tysiąca dolarów.

Jasne, że w dużej mierze zależy to też od umów z wytwórniami niżli samymi artystami – ale do dziś jakoś nie widzę by Spotify opowiedziało się jednoznacznie po stronie twórców. Świeży przykład: dosłownie parę dni temu w Urugwaju udało się uregulować prawnie opłaty za udostępnianie muzyki w streamingach na korzyść autorów i wykonawców. Reakcja serwisu? Do końca lutego wycofają się z Urugwaju. 310 milionów dolarów dla FC Barcelony – luz spoko. Płacenie muzykom uczciwych pieniędzy – ojej, nie stać nas, musimy zwijać biznes. Komentarz dopiszcie sobie sami.

Dobra, to skończmy już o pieniądzach, bo nie tylko o nie się rozchodzi moja niechęć do szwedzkiego serwisu. Wbrew pozorom, jest tego więcej. Ale w porównaniu do tego całego zamieszania z pieniędzmi, to moje pozostałe powody są rzeczami mogącymi się wydawać jako błahe.

Spotify przestało się rozwijać jako serwis związany z muzyką. Obecnie wygląda to jak wydmuszka portalu społecznościowego niż aplikacja do faktycznego słuchania lub odkrywania muzyki. Usługi serwisu stanęły w miejscu. Podczas gdy konkurencja oferuje od dawna również wideo i jakość Hi-Fi, tak Spotify w jednym i drugim kończy tylko na obietnicach.

W szczególności jakość strumieniowanej muzyki jest tematem przy którym Spotify wybada najbardziej blado. Tidal oferuje swoim użytkownikom jakość FLAC (czyli poziom CD) za 40 zł, a Apple Music i Deezer za bezstratny dźwięk życzą sobie zaledwie 20 zł, czyli tyle ile obecnie kosztuje podstawowy abonament Spotify. Szwedzki serwis oficjalnie zapowiedział wysoką jakość już w 2021… i na dzień w którym publikuję ten wpis, na obietnicach się skończyło. Wysokiej jakości ani widu, ani słychu.

Do tego Apple Music i Tidal wykorzystały siłę swoich marek (i swoich pieniędzy), by udostępnić na swoje platformy mnóstwo ekskluzywnego kontentu wideo. Na Tidalu można było obejrzeć specjalne koncerty nagrane dla platformy, tak samo dzisiaj na Apple Music. Czasem nawet „zwykłe” teledyski gwiazd muzyki lepiej wyglądają w jakości na tych serwisach niż na YouTube. Jest to drobna wartość dodana, ale w porównaniu do Spotify, które ani myśli wejść w segment wideo – robi naprawdę dużą różnicę.

Tak samo odnoszę wrażenie, że Spotify zamiast poprawić UX aplikacji i jej stabilność (na którą to narzeka wielu moich znajomych) chętniej zrobi wszystko by… pokazywać jakie jest „cool”. Obrazki w tle odtwarzania, fantazyjne udostępnienia na Instagrama, generatory „muzycznych shake’ów” i fejkowych festiwali na podstawie odtworzeń, generatory playlist promujące seriale – wszystko dla uczynienia aplikacji „fajną”. Tylko po co komu ta „fajność”? Zwłaszcza jak duża część tych aplikacji – w szczególności najsłynniejsze Spotify Wrapped, które opanowuje social media pod koniec roku – mocno żeruje na prywatności użytkownika.

Nie napisałem tego wpisu by was zachęcić czy zmusić do opuszczenia serwisu. Nie odczytujcie też tego jako przytyku w stronę użytkowników Spotify, którzy dalej chcą korzystać z serwisu. Wiem, że dla wielu z nich jest to najprostsza i najwygodniejsza opcja, sam serwis też sporo wkłada w marketing i zachęcanie do siebie – jak murale w miastach czy reklama na Times Square, co naturalnie się przekłada na osoby płacące abonament czy też użytkowników wersji darmowej.

Ale ja nie widzę w Spotify tej „wspaniałej muzycznej przyszłości”, jaką nam obiecywali i o której co rusz głośno zapewniają w każdym momencie, kiedy wysuwa się te wszystkie oskarżenia w ich stronę. Ja widzę tylko chciwą korporację, której już na muzyce nie zależy.

obraz wygenerowany przez AI