Nine Inch Nails w Katowicach – niby dobrze, ale…

Nine Inch Nails w Katowicach – niby dobrze, ale… post thumbnail image

Nine Inch Nails wróciło – nie tylko jako zespół, nie tylko studyjnie z nowym albumem pierwszym od wielu lat, a także do koncertowania. To ostatnie mogło być najbardziej wątpliwe, zważywszy na to że ostatnia trasa w ramach której Trent Reznor z kapelą odwiedził Poznań, nazywała się – nie bez powodu – „Wave Goodbye”. A jednak, 10 czerwca w katowickim Spodku zobaczyliśmy nowe NIN. Zupełnie inne niż kiedyś.

2264b261cb180ec0aa64da6116b3aaf2

Nie będę ukrywał – osobiście jestem nieco rozczarowany. Zespół grał ledwo półtorej godziny, Trent Reznor wydawał się nieco mało entuzjastyczny do polskiej publiczności. Fani, którzy mieli w pamięci koncert w Poznaniu, przypominają sobie Trenta bardziej gadatliwego. Na nagraniach z tego koncertu również dało się tu czuć. Tutaj Trent rzucał tylko kilka zdawkowych „thank you”, skupiając się bardziej na profesjonalnym wykonaniu swojej roboty. Bo co do jakości muzycznej – to żadnych zarzutów nie mam.

Ale od początku. Bez żadnych opóźnień w rozkładzie wpuszczono fanów do Spodka, punktualnie o godzinie 20 na scenie pojawił się support – elektroniczne Cold Cave. Ten akurat swojego zadania nie spełnił – zamiast fanów rozkręcić, głównie zanudził. Muzyka zespołu, która w wersjach studyjnych brzmi całkiem nieźle, na żywo wypadła beznamiętnie.

Na gwiazdę wieczoru nie czekaliśmy długo. Zespół – najpierw w 3-osobowym składzie – wszedł na scenę przy dźwiękach „Copy Of A„. Był to dobry ruch, bo publiczność porwała się migiem do zabawy. Samego mistrza ceremonii mocno rzucało po scenie. Zza dawnych lat zespół rzucał również instrumentami w publiczność – tutaj obyło się bez tego. Po pierwszym utworze opadła kurtyna, i zobaczyliśmy koncertowe Nine Inch Nails w pełnej krasie. Jeśli „Copy Of A” jeszcze kogoś tam nie rozkręciło, to na pewno zrobiło to „1,000,000„. Sektor stojący po prostu wariował (co niżej podpisany wciąż czuje na plecach).

3a9d36f58f064dd55ce7a414941eb3c0Nine Inch Nails przez pierwszą połowę nie dawało publiczności odpocząć – tak kultowe już numery w dyskografii zespołu jak „March Of The Pigs„, „The Wretched„, „Burn” z soundtracku do „Urodzonych morderców” i nieśmiertelne „Closer” udowadniały że polska publiczność najmocniej pokochała NIN z lat dawnych, kiedy to Trent Reznor miał problemy natury psychicznej i uzależnienia od narkotyków.

Mniej więcej w połowie coś siadło w atmosferze ze sceny – przynajmniej dla mnie. „Find My Way” i „Dissapointed” – kolejni reprezentanci najnowszego albumu – publikę uspokoiły, „The Great Destroyer” wyszło totalnie bez szału i czas nagle zaczynał się dłużyć. Ekscytacja publiczności w pewnym momencie jakby wyparowała, a wróciła na chwilę przy „Eraser„. O tym, że to koncert legendy rocka industrialnego przypomniało mi się, dopiero kiedy poleciało „The Hand That Feeds„. Spodek znowu wariował, muzycy na scenie również (chociaż umiarkowanie). Na finał, kolejny legendarny utwór „Head Like a Hole” – i już słyszymy „do widzenia” od Trenta. Jednak publiczność mocno pokazała na co ją stać, bo zespół wrócił na scenę dosłownie po chwili (chyba nie minęła nawet minuta). Cały bis zrobiło „Hurt„, odśpiewane również przez całą salę.

Skończyło się nagle, bez jakiegokolwiek pożegnania. Setlista, w porównaniu do ostatnich koncertów, okrojona – brak m.in. singlowego „Came Back Haunted„, granego w całej Europie „The Day The World Went Away” (swoją drogą – jednego z moich ukochanych kawałków), a na setliście, którą fani zdobyli ze sceny, widnieje niezagrane tamtej nocy „The Big Come Down„. Piszę teraz osobiście – zabrakło ze sceny jakiejś chemii, jakiejkolwiek chęci zbliżenia się do publiczności. Po wyjściu ze Spodka miałem uczucia że zespół zwyczajnie chciał koncert „odbębnić i mieć z głowy”. Mimo tego, nie mam wielkiego zawodu, bo w kwestii muzycznej wszystko wypadło perfekcyjnie. Perkusja dawała aż miło, Trent w świetnej formie wokalnej, nagłośnienie bez zarzutów. Może ja za dużo wymagałem?

b2b1f26cb92a39ae7b1b09c7fd2ce00e

Tak czy siak, tam trzeba było po prostu być i to przeżyć. Bowiem Nine Inch Nails w Spodku potwierdziło, kto wyznaczył kanony pod dzisiejszy industrial rock.

(zdjęcia z koncertu autorstwa Moniki Stolarskiej - Onet.pl)