Muzyka zniszczyła mi życie

Tak, wiem. To zdanie brzmi absurdalnie w moim wydaniu, ale taka jest prawda. Bez żadnego żartu, ironii czy sarkazmu. Muzyka naprawdę zniszczyła mi życie.

Od czasów gimnazjum na pytania o zainteresowania odpowiadałem tylko zdaniem „muzyka”. Kiedy rozmówca odpowiadał „OK, co jeszcze?”, to nie rozumiałem pytania.
Co jeszcze?
Mam się interesować czymś jeszcze poza muzyką?
Kiedy i po co?
No dobra, mogłem dopowiedzieć, że chodziło o słuchanie jej, pisanie o niej i czasami granie na gitarze. Ale to wciąż była muzyka. Nic innego poza nią nie miałem.

Dosłownie nic.

Przestałem czytać regularnie książki w gimnazjum, bo zorientowałem się, że nie daję rady słuchać nowych płyt i jednocześnie rozumieć co się dzieje w „Opowieściach z Narnii”. Filmy? Raz na jakiś czas wyskoczyłem do kina, ale głównie na blockbustery, które zapominałem w ciągu dnia lub dwóch po seansie. Wtedy głównie przed seansem biegłem do pobliskiego empiku i sprawdzałem półki z nowościami muzycznymi. Nie miałem rodziny, która by rozumiała wydawanie wszystkich oszczędności na płyty i koncerty. Jakiekolwiek „muzyczne wychowanie” odebrałem sam. W szkole nie było znajomych, z którymi można było porozmawiać o nowych płytach. Jeszcze wyśmieją, że łatwiej ściągnąć z torrentów za darmo. Byli tylko ludzie w internecie podzielający twoje wariactwo… ale kiedy wyłączy się komputer, to nagle zrobi się pusto i cicho. Znów sam ze swoją pasją. W której się zatracałem bez reszty. Sam na sam.

I to zatracanie się trwa u mnie praktycznie do dziś.

Kiedy zmieniłem otoczenie i zacząłem poznawać więcej ludzi, dotarło do mnie coś brutalnego – jak bardzo ograniczony jestem. To był mocny kubeł zimnej wody. Nie było i nie ma dookoła mnie ludzi, którzy mają tak mocno tylko jedną rzecz w życiu. Odkryłem, że praktycznienie umiem o niczym innym już rozmawiać. Muzyka zrobiła ze mnie aspołecznego typa, który nie umie utrzymywać kontaktów towarzyskich, jeśli nie mają jakiegoś zaczepienia w muzyce czy koncertach.

I to, że ten blog w ogóle istnieje, zawdzięczam w głównej mierze właśnie temu. Bo – jakimś cudem – znaleźli się ludzie, którzy to szaleństwo we mnie zobaczyli i postanowili „niech on da temu jakiś upust”. I jestem im za to cholernie wdzięczny.

I dlatego tu wracam. Właśnie teraz, z nadejściem października, tuż przed moimi urodzinami. Bo obecnie się duszę z całą tą muzyką, która we mnie siedzi. Praca, studia i zobowiązania próbują mnie od niej odwlec. Ale ja się nie dam. Muzyka zniszczyła mnie jako człowieka, bo mnie całkowicie zniewoliła. Na swój sposób oddaliła od społeczeństwa. I chcę by to trwało.