Histeria uzasadniona

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem aż takie narastające oczekiwanie mediów i publiczności całego świata przed premierą jakiejś płyty. Od paru tygodni jesteśmy świadkami – poniekąd uzasadnionej – histerii na punkcie angielskiej 27-letniej wokalistki, prześcigając się w wymienianiu jej dawnych osiągnięć i podbijaniu zakładów w tym, ile kolejnych rekordów pobije nowy album. Sprawa urosła do tak gargantuicznych rozmiarów, że dziś – kiedy ten album wszedł na półki sklepowe – boimy się tej płyty posłuchać z obawą, że po takim oczekiwaniu nam coś nie podejdzie. Albo, co gorsza, zabraknie nam dystansu i będziemy chcieli stawiać Adele pomniki.

Hello było (i jest) najbezpieczniejszą opcją singlową – utwór osadzony w stylistyce modnego up-temp popu, ale wciąż w strefie bezpiecznej dla artystki. 25 to tymczasem wycieczki w rejony, do których przyzwyczaił nas świat pop-soulu, ten którego doświadczaliśmy u Alicii Keys, Leony Lewis, Florence Welch czy nawet Whitney Houston. Ale nie u Adele. I tu już może być dla kogoś zgrzyt w odbiorze 25.

Co nie znaczy, że fani dawnych brzmień nie mają tu czego szukać – dla nich właśnie są tutaj Remedy czy Love In The Dark. Oba utwory oparte wyłącznie na pianinie i głosie Adele przypadną do gustu wielbicielom Someone Like You (do których autor tutaj się nie zalicza). Kiedy jednak zabieramy się za album od początku do końca, to te sentymentalne wycieczki nie przykuwają naszej uwagi, bo jeszcze jesteśmy zdziwieni efektami jakie słyszymy na poprzednich trackach. A jest się czym dziwić już na początku. Send My Love (To Your New Lover) aż przeraża chwytliwością w stylu neo-soulu, której prędzej spodziewalibyśmy u którejś z wyżej wymienionych pań. Po rzucie oka na listę autorów wszystko jasne – produkcja Maxa Martina, więc od razu skrojona na bycie hitem. Water Under The Brigde to z kolei synth-popowa robota Grega Kurstina, której zapomniał oddać Ellie Goulding (rzecz jasna, wtedy rzecz miałaby się pewnie znacznie gorzej). W bardzo podobnym tonie słychać I Miss You z dodatkiem potężnych bębnów i pogłosów chóru, gdzie mamy efekt niczym u Bjork z okresu Human Behaviour. Najmocniej zaskakuje Milion Years Ago – gdyby nie głos Adele, przysiągłbym, że to jakieś akustyczne demo od Lykke Li.

Widać – a raczej słychać – że artystka starała się jak mogła by zrzucić ciężar smutku i nostalgii, którym przecież zasłynęła na swoich pierwszych płytach. Udało się jej tekstowo zmienić rejony na bardziej refleksyjne i zdradzające mocne przywiązanie do przeszłości. Jednak tym razem Adele zamiast wołać wprost do swoich eks-mężczyzn, o wszelakie porażki oskarża… samą siebie przyjmując możliwe maksimum pokory. Smutek w brzmieniach też jakby wyparował. Aranże są zrobione z rozmachem przypominającym bardziej kompozycje Sii niżli Emeli Sande, a z drugiej strony też bardzo wszechstronne i zróżnicowane – takie r’n’b-owe Sweetest Devotion tuż obok delikatnego All I Ask za takim mocno „AlicioKeysowym” River Lea.

No dobra, ale czy coś tu jest nie tak? Jasne. Na przykład w tym, że nie wszystkie patenty tu zadziałały. Zwłaszcza mocno wymuszona pogodność brzmienia Send Your Love lub When We Were Young będącym mocnym powtórzeniem dawnych klisz z 21. Można też się spierać, czy w tym braku smutku jest Adele do twarzy. Bo o ile gorzka refleksja w Hello jest bardzo wiarygodna, tak popowy patos okraszony tęsknotą w I Miss You brzmi jak skrojony pod celowe bycie billboardowym hitem. A takiej kalkulacji potwornie nie lubię.

Ciężko jest podchodzić do albumu, który został uznany za arcydzieło jeszcze zanim został oficjalnie zapowiedziany. Bo hype potrafi zaszkodzić mocno, co nie raz już zostało udowodnione. Nawet jeśli w przypadku Adele jest to histeria bardzo uzasadniona.

7/10

1 thought on “Histeria uzasadniona”

  1. river lea wcale nie aliciowa jak dla mnie. To jedna z trzech piosenek które mi sie nie podobają na tej płycie.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *