O Margaret przez lata mówiło się wiele, od skrajności po skrajność. Że beztalencie. Że bez własnej osobowości. Że za bardzo popowa. Że za mało popowa. Że nie pasuje do hip-hopu. Że nie pasuje do popu. Że zwariowała. Że za bardzo ambitna. Zawsze coś dla kogoś było nie tak. Przez ponad 10 lat wydarzyło się bardzo dużo. Niezmienne było jedno – Margaret wiecznie uparta jak osioł i biegnąca po swoje. Siniaki i Cekiny to kolejny etap tego poszukiwania miejsca w muzycznym świecie. I prawdopodobnie nie będzie on ostateczny.
Artystka przez lata nie dawała za sobą łatwo nadążyć niemal skacząc z kwiatka na kwiatek. Walka o reprezentowanie Polski na Eurowizji. Jazzowy album z Mattem Duskiem. Porzucenie międzynarodowej współpracy na rzecz niezależnego wydawania. Koncert Unplugged zrobiony w stylu latino. Współtworzenie największego rapowego kolektywu w Polsce. Tak, cały czas mowa o niej samej. Nadążacie za tą laską? Bo ja z trudem, ale… nawet w niej polubiłem tę nieprzewidywalność. Przynajmniej nie ma nudy.
Dobra, to teraz pora na Margaret AD 2024, która na Siniakach i Cekinach serwuje znowu rozdanie popowe. Ale nie w takim samym wydaniu jak na pierwszych albumach, gdzie mieszano bubblegum-pop z klimatami retro. Tym razem lecimy w pop nowoczesny oparty na bębnach i synthach. Jest szybko i intensywnie. Najdłuższy kawałek trwa 3 minuty i 22 sekundy, całość ma jakieś 45 minut, w połowie po polsku i po angielsku. I od razu przyznam – obecnie zdecydowanie wolę słuchać Maggie po polsku. Nie żeby miała kiepski angielski, ale w obcym języku jej emocje jakoś nie umieją tak dobrze wybrzmieć.
No właśnie, bo na Sinikach i Cekinach się rozchodzi przede wszystkim o emocje bohaterki. Margaret głównie kontynuuje kurs obrany na Gaja Hornby, kiedy to po raz pierwszy zaczęła narzekać na popularność i przyznawać się do gorszego humoru. Wtedy było melancholijnie, na Maggie Vision było bardziej agresywnie w rytmach rap/urban-popowych. Siniaki i Cekiny brzmią przy tym jakby artystka zatęskniła za optymistyczną wersją siebie. Więc dalej się wkurza na swoją rzeczywistość, ale na bardziej melodyjną modłę. Klasyczne już „tańczenie z łzami w oczach”. I jak napisałem wyżej – najbardziej przekonująco u zainteresowanej brzmi wyśpiewane po polsku.
Przyznam, że trudno mi teraz ocenić Siniaki i Cekiny, bo zaraz się okaże, że Margaret znowu postanowi rzucić wszystko w kąt i obecne wcielenie za rok-dwa będzie już kompletnie nieaktualne. Lata skakania z kwiatka na kwiatek nie za bardzo jej służą. Nie wiadomo w którym momencie faktycznie robi to co jej w duszy gra, a w którym podąża za koniunkturą. Oczywiście, że u każdego artysty powinien następować rozwój (zwłaszcza u takiego obecnego na scenie już od dekady), ale u Margaret nie czuje się rozwoju. Jest ciągłe i nie zawsze konsekwentne chwytanie innej sroki za ogon. Nie zawsze skuteczne. W niedawnym wywiadzie Maggie przyznała, że jest w trakcie diagnozy ADHD. Co sporo by u niej tłumaczyło.
Siniaki i Cekiny jeszcze przed premierą pokryły się Złotem, co by znaczyło, że Margaret udało się zachęcić Polaków do wspólnego przeżywania z nią jej niełatwych emocji. Ja osobiście jestem w stuporze. Wciąż nucę Dalej biegnę czy Wyłącz internet, ale czuję, że za dwa-trzy lata chętniej wrócę do Maggie Vision niż Siniaków i Cekinów.

