Albumy z 2022 które lubię… ale nie polecam

Prawdopodobnie to będzie najdziwniejsze podsumowanie albumowe minionego roku jakie powstało gdziekolwiek. Jest to bowiem zestaw albumów z 2022 których ja słuchałem dużo, z wielką namiętnością i nierzadko wręcz miłością do danego wykonawcy (wielu z nich nazwę wręcz moimi idolami), ale… nie jestem w stanie polecić ich z czystym sumieniem jako „najlepszych albumów 2022”. Dlaczego? Ponieważ w 2022 było wiele naprawdę świetnych albumów, znacznie lepiej skomponowanych i wyprodukowanych. Chciałbym jednak oddać tu miejsce również tym, które były w jakimś stopniu dla mnie ważne w 2022 zamiast udawać, że nie istniały.

Avril Lavigne – Love Sux

Avril po latach osobistych przejść, walk zdrowotnych i niezbyt udanych eksperymentów z brzmieniem popowym powróciła do tego, za co świat pokochał ją 20 lat temu – żywiołowego, energicznego punk-popu, który za sprawą fali nostalgii wrócił do łask list przebojów i festiwalowych line-upów. Trzy akordy, darcie mordy, szybka solówka, większość utworów nie dobija do trzech minut, przez co całość trwa raptem pół godziny. Przepadłem w ten feeling bez reszty, poczułem się jak nastolatek. Dla mnie obcowanie z Love Sux było czysto emocjonalne – bo nie mam wątpliwości, że technicznie jest to album nieco monotonny, nagrany jakby na autopilocie, po jednym odsłuchaniu nic się z niego nie pamięta. Ale i tak słuchałem na ripicie i z miłością. I z wielkim oczekiwaniem na koncert Avril w łódzkiej Atlas Arenie już 30 kwietnia!

Editors – EBM

Moja miłość do tej kapeli zaczyna się i kończy w momencie wydania nowego albumu. Każdy nowy album Editors jest dla mnie świętem, słucham go przez jakiś tydzień niemalże na ripicie… a potem o nim zapominam. Powtarzam ten schemat u nich cały czas i to samo mam z EBM. Jest to niesamowicie przebojowy album (Picturesque na żywo musi mieć niesamowitego kopa), nafaszerowany fajną elektroniką dobrze ubogacającą brzmienie, momentami gdzieś słychać echa Trenta Reznora (chociażby takie Silence czy Strange Intimacy brzmią jak żywcem wyjęte z ostatnich albumów Nine Inch Nails). Sęk w tym, że po każdym przesłuchaniu nie jestem w stanie nic z tej płyty zapamiętać na potem. Ale mam zawsze ochotę odpalić ją jeszcze raz i jeszcze raz. Co jest do cholery ze mną nie tak?

Yungblud – Yungblud

Ten sam case co wyżej wymieniona Avril. Mam z tym Brytyjczykiem relację mocno emocjonalną. Yungblud dużo śpiewa o odrzuceniu, zniszczonych relacjach i prezentuje podejście w stylu emo. Pod kątem muzycznym jest to prosty pop-rock/punk-pop, gdzie mamy dużo krzyczenia i mocno wysuniętej gitary. Co mnie więc w tym młodzieńcu przykuwa? To, że doskonale pamiętam jak to jest być takim odrzuconym przez rówieśników, niezrozumianym przez rodzinę dzieciakiem, których to idol bierze w obronę śpiewając im „hej, jestem taki jak ty, rozumiem cię”. Możliwe, że dalej jestem tym dzieciakiem. I chyba tylko będąc takim dzieciakiem można słuchać tej płyty bez przerwy.

Sarsa – Runostany

Zupełnie nowe twórcze otwarcie Sarsy. Bez rogów na głowie, bez pstrokatych kolorów i co najciekawsze – w klimacie bliżej Patti Smith, Nirvany i PJ Harvey. Gdy kilka lat temu recenzowałem jej debiut, to na myśl o takiej ewolucji Sarsy umarłbym ze śmiechu. Tymczasem, na Runostanach sączą się gęsto niemal shoegaze’owe gitary, perkusja daje aż miło, a Sarsa wreszcie śpiewa bez gubienia sylab (co było jej wręcz znakiem firmowym na poprzednich płytach). Przy czym nie jest to album idealny, bo artystka zdaje się w tym klimacie jeszcze błądzić i eksperymentować. Ale jest to dobry początek nowego otwarcia, dlatego Sarsa ma mój kredyt zaufania. A jeszcze w styczniu ukaże się jej nowy singiel… ze Zdechłym Osą!

Natalia Nykiel – Regnum

Podobnie jak wyżej wymieniona Sarsa, Nykiel także rozpoczęła nowy twórczy etap w karierze. Regnum bliżej do klimatu alternatywnego popu spod znaku Króla czy Darii Zawiałow niż tej mocnej elektroniki do której nas przyzwyczaiła swoimi hitami. Dużo tu nieoczywistych wpływów – world music, latino, country czy akustyki. Strasznie dziwna układanka, nie wszystko zagrało jak trzeba. Bardzo szanuję Natalię za chęć wyłamania się z z ram sztywnej elektroniki, osobiście uznaję ten krążek za najdojrzalszy w jej karierze. Ale żeby z nim obcować ciągle i nieustannie – to trzeba być jej mocnym fanem. Jak ja.

Sanah – Uczta i Poezyje

Co do Uczty zdania nie zmieniłem – jest to dla mnie jej najgorszy album w karierze, który bardziej jest kompilacją utworów napisanych pod zaproszonych gości. Nie będę się powtarzał, odsyłam do mojej recenzji. Wydane parę miesięcy później Poezyje cierpią u mnie na inny problem. Mianowicie, Sanah w wielu aranżacjach popadła w niepotrzebny patos. O ile w interpretacjach Słowackiego, Baczyńskiego i Lechonia udało się zachować klasę i słowa nie gryzą się z muzyką, tak tej nadętej Szymborskiej czy egzaltowanego Tuwima nie mogę zdzierżyć, a Mickiewicz wybrzmiał niemal infantylnie. A jaki jest finał? Uczta na winylu stoi u mnie na półce, a Poezyje czekają na zamówienie. Nie, nie umiem tego wyjaśnić. To chyba jest zwykłe fanbojstwo.

Shady Lady – Pokussa na parkiecie

Muzyka queerowa i kultura drag dopiero stawiają pierwsze odważne kroki na polskim rynku muzycznym – tymczasem zagraniczne gwiazdy drag (głównie te lansowane w programie RuPaul’s Drag Race) jadą we własne trasy międzynarodowe ze swymi performance’ami (nie omijając również Polski) i od lat wydają własną muzykę. W Polsce pierwszą taką muzyczną drag queen jest właśnie Shady Lady, która latem wydała swój debiutancki album. I będę szczery – to jest nic innego poza guilty pleasure. Pokussa na parkiecie to prosta, wręcz toporna elektronika, drag queen więcej recytuje niż śpiewa, a w tekstach nie ma nic poza pochwałą hedonizmu i „ośmioma gwiazdkami”. Tak, to jest zdecydowanie moje guilty pleasure. Shady Lady, I love you, chcę tego więcej.

Willow – <COPINGMECHANISM>

Dojrzewanie – nie tylko muzyczne – córki państwa Smith jest tematem na długi wpis (kiedyś o tym napiszę, przysięgam). Willow przez lata udowadniała że muzyka siedzi w jej duszy, ale nie zawsze była pewna w jakie ramy chce ją ubrać. W 2021 wskoczyła w punk-pop i słychać, że czuje się w nim naturalnie. Jednak o ile poprzedni krążek w tej stylistyce brzmiał niechlujnie (delikatnie mówiąc), tak na <COPINGMECHANISM> młoda wokalistka odrobiła lekcje. Album jest nafaszerowany emocjami, ale nie niepotrzebnie wykrzyczany jak poprzednik, kipiący inspiracjami grunge, punk, a nawet soul i bluesa, echa Avril Lavigne i młodego Green Day są tu wręcz namacalne. Sęk w tym, że trochę za dużo tych inspiracji jak na raptem półgodzinny album – jest to tak skondensowane, że mało co daje radę wybrzmieć tu w pełni. Po wysłuchaniu całości człowiek czuje się bardziej przebodźcowany niż zadowolony. Ale uznajmy <COPINGMECHANISM> za ciekawą wprawkę do rzeczy wielkich, jakie jeszcze może nam Willow Smith zaserwować w przyszłości.

Dawid Podsiadło – Lata Dwudzieste

Na plus temu albumowi oddaję to, że Podsiadło przestał udawać „wielkiego, natchnionego artystę” jak na Małomiasteczkowym i spuścił z siebie powietrze, by na Latach Dwudziestych lecieć w polskiego Eda Sheerana i zwyczajnie trzaskać przeboje radiowe. I parę ich tu jest – singlowy To co masz Ty! mógłby być nowym Nie ma fal, Szarość i róż fantastycznie się rozwija, mori i Millenium to najlepsze teksty w karierze Dawida, a do WiRUS to nic tylko skakać i tańczyć. Ale poza tym, jest ten album mocno nierówny – duet z Sanah nie zagrał, POST udowadnia , że Dawidowi lepiej idzie śpiewanie niż pisanie tekstów, większość kawałków wlatuje jednym uchem i wylatuje drugim. Tak jak Małomiasteczkowy wciąż jest dla mnie najgorszym albumem Dawida, tak Lata Dwudzieste są w moim rankingu tylko oczko wyżej. Tak, cała jego dyskografia na winylu stoi u mnie na półce. Nie pytajcie.


Dobra, to by było na tyle tych „ciut gorszych płyt”. Na następnych podsumowaniach 2022 będą albumy już tylko dobre i warte polecenia każdemu.

Cichej nocy nie będzie, czyli świąteczne albumy 2022

Chyba to już będzie tradycja tego bloga, że w grudniu zakładam czapkę z bałwankiem, uzbrajam się w cierpliwość i słucham niemal każdej świątecznej płyty, która wyjdzie w danym roku kalendarzowym. Czy można mieć frajdę ze słuchania milionowego wykonania Cichej nocy lub Feliz Navidad? Jeśli robię to już trzeci raz z rzędu, to znaczy że można.

Wszystkich nowych czytelników informuję – nie wystawiam tym albumom żadnych ocen czy gwiazdek, bo doskonale wiem jaka jest idea bożonarodzeniowych albumów. Nie mają być przełomowymi dziełami, a jedynie specyficzną muzyką tła, działającą w jednym krótkim okresie roku. Pisząc o nich zwracam uwagę na dwa aspekty – jak bardzo wykonawca odszedł od tradycyjnego grania szlagierów i przerobił je na własną modłę oraz czy się wysilił na napisanie własnych piosenek świątecznych. W ramach wprowadzenia polecam mój wpis o anglojęzycznych przebojach świątecznych. Bo sporo z nich się przewija w tegorocznych albumach.

No to co, idziecie razem ze mną posłuchać tegorocznych świąt? Zapraszam!

Alicia Keys

Jej głos zapiera dech już ponad 20 lat, a ona sama nie zamierza przestać nas zachwycać przy pianinie. Santa Baby jest dla Alicii Keys pierwszym albumem wydanym samodzielnie – artystka zakończyła wcześniej kontrakt z wytwórnią RCA Records, z którą była związana od samego początku. Na Santa Baby mamy 7 świątecznych standardów, jeden odgrzany kotlet z 2012 (utwór Not Even The King który wcześniej ukazał się na albumie Girl On Fire) oraz 3 premierowe, autorskie utwory Keys. Singlowy December Back 2 June ma wręcz imprezowy feeling. Inny premierowy utwór You Don’t Have To Be Alone ma w sobie potencjał na nowy świąteczny evergreen – ma prosty i poruszający tekst, nieskomplikowany aranż i nie potrzebuje szarży wokalnych. Innymi słowy, nadaje się do odśpiewania przez każdego wokalistę. Całość albumu utrzymana jest w klasycznym dla Alicii stylu soul/r&b, gdzie mocne perkusje i klawisze grają najgłośniej. Sama bohaterka chwali się głosem tam gdzie się da Ave Maria w jej wydaniu sprawdziłoby się w każdym kościele, Please Come Home For Christmas brzmi jakby Charles Brown pisał ten szlagier dla niej, a John Lennon po usłyszeniu jej Happy Xmas (War Is Over) biłby przed nią pokłony. Jedyne co tu nie zagrało to przebój który dał tytuł albumowi -w Santa Baby instrumentalna warstwa swoje, a Alicia swoje. Co najdziwniejsze, album w wersji cyfrowej jest dostępny… wyłącznie na Apple Music. Ruch dla mnie kompletnie niezrozumiały, nawet jako użytkownika tej platformy. Obstawiam, że za rok dostaniemy wersję rozszerzoną tego wydawnictwa, dostępną już na wszystkie streamingi.

rodzina Bocelli – Andrea, Matteo i Virginia

Jeden z najsłynniejszych tenorów świata i jego dwójka dzieci – 10-letnia Virginia i 25-letni Matteo – w świątecznym albumie. Na papierze brzmi to jak banalny koncept o rodzince śpiewającej wesoło pod choinką przy kominku – nawet okładka daje to skojarzenie. I w sumie to właśnie jest taka płyta, ale wiadomo co ją wyróżnia – te głosy. Nad najstarszym Bocellim nie ma co się rozwodzić, wszyscy doskonale wiemy co potrafi i że nawet śpiewanie słownika PWN w jego wydaniu byłoby majestatyczne. Matteo Bocelli z kolei najlepiej wypada, gdy nie słucha się go w jednych kawałkach z ojcem. Bo technicznie młodemu Bocelliemu bardzo dużo brakuje do seniora, przy którym wypada – że tak to ujmę – płasko. Bo wiadomo, że Andrea musi się popisać na co go stać. Ale wystarczy posłuchać Matteo solo – na albumie śpiewa samodzielnie w Happy Xmas (War Is Over) i Have Yourself a Merry Little Christmas – to kupujemy chłopaka w całości. Bardzo mocno mnie zaskoczyła Virginia. W jednych momentach słychać u niej bardzo słodką, wręcz dziecinną barwę (to nie jest zarzut, tylko stwierdzenie faktu-bo mamy do czynienia z dzieckiem), ale gdy zaczyna śpiewać w Over The Rainbow (tak, ten utwór z Czarnoksiężnika z Krainy Oz)czy Away In a Manger, to głębia jej wokalu może zadziwić. Chyba w takiej rodzinie nie ma innego sposobu na życie i pewnie za parę lat Virginia zadebiutuje jako solowa wokalistka. W świątecznym repertuarze Bocellich mamy głównie pieśni religijne i klasyki świąteczne (doliczyłem się tylko jednego premierowego utworu), a instrumentarium klasyczne, więc jest to idealna płyta świąteczna, którą możecie puścić na rodzinnym przyjęciu z dziadkami. Nie wiem czy wejdzie u mnie do świątecznego kanonu, ale nie będę się wzdrygał jak ktoś mi to puści.

PS. W ramach promocji albumu Andrea, Matteo i Virginia wpadli z wizytą… do rodziny Simpsonów – 15 grudnia na Disney+ pojawił się specjalny odcinek The Simpsons gdzie obie rodzinki zaśpiewały razem. Trwa raptem 3 minuty, ale uśmiech gwarantowany!

Backstreet Boys

Na widok tego albumu zrobiłem oczy jak spodki. Backstreet Boys ze świątecznym albumem?! Odpaliłem z ciekawości i… Dostałem to czego mogłem się spodziewać po takim albumie – odegrania świątecznych szlagierów w rytmie pop/r&b, bez niespodzianek i szarży, całość wyprodukowaną pod „masówkę”. Zestaw utworów do przewidzenia – Winter Wonderland, Last Christmas, Silent Night, I’ll Be Home For Christmas, Same Old Night Syne… Sęk w tym, że panowie, którzy karierę zrobili na tanecznych utworach, tutaj polegli w starciu z muzyką świąteczną, która wymusza pewne ramy – nie zrobimy własnego nośnego refrenu, nie przywalimy mocnym bitem. Zasadniczo, jest to album, który nagrany pod szyldem mniej znanego wykonawcy przeszedłby bez echa. Sytuację ratują dwa utwory premierowe wrzucone na koniec tracklisty, które momentami są jak dobre popowe kawałki i po nich dopiero poznajemy „a no tak, przecież to Backstreet Boys”. O ile ktoś da radę dotrwać do końca i je wysłuchać, bo żeby tak zanudzić na Have Yourself a Merry Little Christmas czy Oh Holy Night jak zrobili to oni – to naprawdę jest niezła sztuka. AJ, Nick, Brian, Howie, Kevin – wracajcie do Vegas i na dyskotekę, tam sprawdzacie się lepiej. Ciekawostka na koniec – album pierwotnie miał wyjść już na święta 2021! Ze względu na pandemię zdecydowano się wydanie albumu przesunąć i rzekomo całość (nawet zdjęcia promocyjne i okładka) w niezmienionej formie przeczekała do następnego sezonu świątecznego.

Joss Stone

Posiadaczka jednego z najpotężniejszych głosów nowoczesnego soul, mająca na koncie współpracę z Mickiem Jaggerem, Eltonem Johnem i Damianem Marley’em, przed erą Adele była jedną z najlepiej sprzedających się brytyjskich artystek. Chociaż sława Joss przycichła, to wciąż działa artystycznie – na początku 2022 wydała nowy album – i gra mnóstwo koncertów. Nawet teraz byłaby w trasie, w trakcie której odwiedziłaby trzykrotnie Polskę, gdyby nie to, że zaszła w ciążę. Z tego powodu trasę przełożono na 2023. Zapewne dlatego Joss postanowiła dać fanom w zamian swój pierwszy album bożonarodzeniowy. Pełno świątecznej klasyki – od Cichej Nocy i Jingle Bells do Have Yourself a Merry Little Christmas i Winter Wonderland – plus dwa premierowe utwory. W teorii wszystko powinno tu działać, a w praktyce zanudza sztampowym podejściem. Piosenki odegrane niemal 1:1, artystka śpiewa jakby nie była w najlepszej formie, sytuację próbują ratować gdzieniegdzie wrzucone chóry, a całość wręcz nudzi. I piszę to z wielkim smutkiem, bo wiem na ile stać Joss Stone – jako wokalistkę i jako autorkę, bo premierowe piosenki wręcz można tutaj przegapić. Nie twierdzę, żeby omijać Merry Christmas, Love szerokim łukiem, ale wątpię byście chcieli do tej płyty wracać po pierwszym odsłuchaniu.

Lindsey Stirling


Jedna z pierwszych gwiazd tej ery YouTube’a, kiedy za miliony wyświetleń na swoim kanale mogłeś mieć kontrakt wydawniczy i telefony od menadżera Lady Gagi. Lindsey Stirling na swoim szóstym studyjnym albumie, a zarazem drugim świątecznym (poprzedni ukazał się w 2017) robi zasadniczo wciąż to samo – miesza wpływy muzyki klasycznej z szeroko rozumianą elektroniką. W głównej mierze jest to muzyka instrumentalna – nawet w takich bożonarodzeniowych szlagierach jak Sleigh Ride, Joy to the World czy Feliz Navidad zamiast słów słyszymy melodie w wykonaniu smyczków. I pod kątem rzemiosła i produkcji jest to solidna płyta świąteczna, fajnie może posłużyć za tło do bożonarodzeniowej imprezy. Za to mam z tym albumem drobny problem, może nietypowy. O ile przy świątecznych dobrze znanych piosenkach czy utworach z wokalami natychmiast czujemy jaka to jest płyta, tak premierowe instrumentalne kompozycje Lindsey – tytułowy Snow Waltz czy drugi singiel Ice Storm – w ogóle nie wywołują klimatu świątecznego. Mogłyby zostać wrzucone na każdy inny album artystki. Nakręcono do nich teledyski osadzone w zimowych sceneriach, ale te kawałki bez obrazów i tytułów nie bronią się jako świąteczne. Poza tym mankamentem, to mogę wam album Lindsey polecić. Myślę, że nieźle się sprawdzi jako podkład przy ubieraniu choinki lub zamiataniu mieszkania.

Pentatonix


Są dwie możliwości – członkowie jednego z najpopularniejszych zespołów acapella naprawdę cierpią na pracoholizm lub nie umieją nagrywać nic innego poza świąteczną muzyką. Ewentualnie jedno i drugie. Holidays Around The World jest co najmniej siódmym wydawnictwem świątecznym Pentatonix (nie wiem ile jest ich dokładnie, bo wydali jeszcze sporo świątecznych EPek), wydanym ledwo rok po poprzednim Evergreen. Dziełem integralnym z najnowszym albumem jest program dostępny na Disney+, gdzie zespół poznaje ducha świąt Bożego Narodzenia w różnych zakątkach globu. Dzięki temu na albumie mamy na przykład Joy To The World z naleciałościami afrykańskimi, kolędę Słuchaj, brzmi aniołów pieśń z libańską wokalistką, chińskiego pianistę Lang Langa przygrywającego do Jingle Bells, japońskich wokalistów w Last ChristmasInnymi słowy, wielka międzykulturowa impreza świąteczna. Szanuję za koncept, bo za realizację już mniej. Wykonania zespołu nic tym świątecznym klasykom – ani też kilku premierowym kawałkom – nie dodają. Mój problem z Pentatonix pozostał niezmienny: albumu posłucham raz i szybko zapomnę. Holidays Around The World nie zmieniło tego stanu, a wręcz potwierdziło w moich oczach obraz Pentatonix jako zespołu odtwórczego i okopanego w ciasnej szufladce. Oby nie podzielili statusu Mariah Carey odmrażanej tylko na święta.

Sarah Connor

Ciekawe czy ktoś tu ją jeszcze pamięta? Bo mi ona dawno temu wyleciała z radaru. Poniekąd na własne życzenie, bo po tym jak ta niemiecka wokalistka miała wielkie sukcesy komercyjne w całej Europie na początku lat 2000., to potem skoncentrowała się na rynku ojczystym – płyty wychodziły tylko w krajach niemieckojęzycznych i w tymże języku zaczęła śpiewać. Not So Silent Night jest pierwszym od 12 lat anglojęzycznym albumem Sarah Connor. Jeden z niemieckich recenzentów porównał ten album do „przesadnie udekorowanej choinki” i jest to idealne stwierdzenie. Momentami jest rockowo, gdzieś są motywy jazzowe, zwolnione tempo w odpowiednich momentach płyty, wokalistka ciągle bawi się modulacjami głosu, a całość jest idealnie wypieszczona produkcyjnie. Gdyby z kilku kawałków wymienić teksty, to Not So Silent Night spokojnie mogłoby funkcjonować poza sezonem bożonarodzeniowym. Za to album Sarah ma u mnie plus. Również za to, że poza finalnym The Christmas Song mamy same nowe piosenki autorstwa wokalistki. Tylko, że trochę za dużo grzybów w tym barszczu. Brak tu spójności i jednolitego kierunku – jakby wokalistka starała się nagrać album dla każdego. Pojedyncze piosenki dają radę – tytułowy utwór będzie u mnie gościł na świątecznej playliście co roku. Całość dla mnie już niekoniecznie.

The Kelly Family

Kolejna rozśpiewana rodzinka, tu jednak znacznie bardziej przebojowa i z dłuższą tradycją pokoleniową niż wyżej wymienieni Bocelli. The Kelly Family już od ponad 40 lat (ich pierwszy album wyszedł w 1979!) uwodzą fanów na całym świecie swoim przesłaniem wspólnoty i miłości, niczym wielka romska rodzina. Tym razem rodzinka Kelly zaprasza nas na świąteczną imprezę. Ale nie będziecie u nich siedzieć spokojnie przy stole. Bo The Christmas Party jest najbardziej przebojową płytą świąteczną tego roku. Impreza świąteczna u The Kelly Family to mnóstwo gitar – również tych elektrycznych, chóralnego śpiewania i celtycko-folkowego klimatu. Poza finalnym Feliz Navidad, wszystkie utwory są autorstwa Kelly’ch i to się bardzo chwali. Cały album ma w sobie sporo żywiołowości i energii wręcz stadionowej. Fakt, oni przez lata wyprzedawali wielkie areny i na porywaniu tłumów zjedli zęby. Ale żeby umieć oddać ten żywioł na płycie świątecznej – to mają u mnie wielki szacun! A singiel Grateful z Ronanem Keatingiem awansował u mnie do rangi jednej z najlepszych piosenek 2022. Rodzinka Kelly chyba nie zna pojęcia „cichej nocy” podczas Bożego Narodzenia. I dobrze, bo dzięki temu święta nie muszą kojarzyć się śmiertelnie poważnie i nabożnie. One mają cieszyć i zbliżać. A z The Christmas Party jest to jeszcze łatwiejsze. Dla mnie – najlepszy świąteczny album 2022.

No to mi pozostaje już tylko życzyć wam wesołego i rozśpiewanego czasu świąt Bożego Narodzenia, byście odpoczęli tak jak potrzebujecie i byście mogli od czasu do czasu przejąć kontrolę nad głośnikiem i puścić znajomym/rodzince coś innego niż Mariah Carey, George’a Michaela i polskie kolędy. Wszystkiego dobrego

Dla kronikarskiego porządku, linkuję zestawienia z lat poprzednich:
1. Last Christmas po raz enty, czyli świąteczne albumy 2020
2. To już naprawdę LAST Christmas, czyli świąteczne albumy 2020, cz. 2
3. I znowu leci Last Christmas, czyli świąteczne albumy 2021, cz. 1
4. Jeszcze coś z tych Świąt wyciśniemy, czyli świąteczne albumy 2021, cz.2

Raper niedostosowany – „Muzyka Komercyjna” Pezeta

Kiedy plotka o nazwaniu albumu Muzyka Komercyjna okazała się prawdą, miałem nadzieję, że autor postanowi zabawić się tekstowo z tym jak obecnie wygląda krajobraz polskiej rap sceny, która – jak dobrze wiemy – jest obecnie mainstreamem co trzęsie OLiSem, festiwalowymi scenami i YouTube’ową kartą na czasie. Tak, hip-hop to jest dziś muzyka komercyjna, bo poza Sanah i Podsiadłą nasz pop jest – w aspekcie finansowym przynajmniej – biedny. Sęk w tym, że Pezet wydając Muzykę Komercyjną ani myśli pochylić się nad światem. Woli zamiast tego kreślić autoportret faceta, który nie ma o sobie zupełnie nic do opowiedzenia.

Disclaimer na początek: oceniam dostępną na Apple Music podstawową wersję albumu, z 15 utworami. Podobno niektóre tracki zawarte na deluxe znacznie polepszają wartość albumu – ale że nie mam do nich legalnego dostępu, nie biorę ich pod uwagę.

Zacznijmy od zalet, bo nad jedną rzeczą wypada się pochylić. Mianowicie, Pezet nigdy nie brzmiał tak przystępnie. Serio, tu jest prawdziwa wartość tytułu Muzyka Komercyjna. Piotrek Lewandowski i Auer odwalili niezłe bity, które z powodzeniem mogliby sprzedawać gwiazdom pop do stacji eskopodobnych. Wsłuchajcie się w instrumentale Jana Pawła, Mewy czy Tonic Espresso. Gdyby wrzucić tam kogoś pokroju Margaret, Rosalie. czy Wieniawę, to mamy potencjalnego hita. Nawet finalne Time For Us zrobione przez Hatti Vatti pełne trip-hopowego klimatu mogłoby zrobić karierę w Radiu Zet, nawet wyśpiewane tylko przez zaproszoną tam Mary Komasę. Co prawda, na albumie są też rzeczy nawet pod tym kątem niezrozumiałe, jak Stare WWO mające chyba udawać klimaty Bronxu, ale muzyka to najlepsze co na tym albumie wyszło. Do tego gdzieniegdzie zgrabnie wykorzystany autotune, może nawet będący autoironicznym komentarzem do tytułu płyty. Pod tym kątem – czapki z głów.

Ale jak głosi klasyk, piosenka musi posiadać tekst. A teksty dzisiejszego Pezeta – faceta po 40tce, z dużym bagażem doświadczeń, niedawno powróconego na łono muzyki w niezłym triumfie – są tutaj kompletnie o niczym. Największym problemem tej płyty jest to, że Pezet nie ma tu nic do opowiedzenia. Tutaj po prostu wali metaforami, za którymi nie jest schowane cokolwiek wartościowego. Albo przynajmniej rozrywkowego, jeśli to miałaby być muzyka „komercyjna”.

fot. Lola Banet

„Ja o pięknych widokach, choć wychowany na blokach/Tam, gdzie rządziła hera i koka i wszędzie pachniało skunem”. „Czytasz ze mnie jak z książki, ale wciąż zakładasz podwiązki/Między nami jest dużo pożądania, ale nie ma miłości są szczątki”. „To wchodzimy tam gdzie wchodzisz na hasło/I nie ważne kto by wygrał ten mecz, bo chodzimy po ulicach tak jak Tyrmand i Hłasko”. I tak przez niemal godzinę – jeśli nie literackie metafory, to ograne gadki o tych samych tematach, które Pezet zasadniczo już w całości do cna wyrzucił na Muzyce Współczesnej. Gdyby jeszcze coś nowego tu dodał, to byłoby spoko. Ale nic z tego. Tekstowo to nawet nie tyle co suplement do poprzedniej płyty, ale wręcz szuflada z odrzutami. Z jednej piosenki na drugą czułem coraz większą nudę i zażenowanie ze słuchania faceta jak to on nie potrafi żyć i się odnaleźć we współczesnym świecie. Skończ waść, wstydu oszczędź.

I jeśli ktokolwiek zechce mi tu rzucić argumentem, że nie jestem w stanie zrozumieć go ze względu na inny bagaż doświadczeń lub wieku, to umrę ze śmiechu. Bo wcale nie trzeba być w wieku bohatera książki lub żyć w jego epoce, by chcieć się z nim utożsamiać i mu kibicować. Mogę być z tego samego rocznika co Quebonafide (a jestem) i kompletnie nie rozumieć jego sposobu narracji, a jednocześnie kumać nawijkę 40-letniego Pezeta. Tylko, że ten Pezet na poprzedniej płycie potrafił opowiadać swoją historię uniwersalnie i z sensem. Tutaj faktycznie jest jak „boomer który dopiero co założył TikToka” (jak sam się przedstawia w Zszedłem ze sceny).

Może i Muzyka Współczesna okazała się zbyt wysoko postawioną poprzeczką. Może się okaże, że Muzyka Komercyjna to tylko eksperyment w twórczości który miał sprawdzić czy autor potrafi takową stworzyć poprzez gadanie o niczym. I wolę myśleć, że tak właśnie jest.

fot. Wojtek Koziara