Kylie wciąż największa z najmniejszych

Niedawno wyszedł nowy album Sophie Ellis-Bextor. Nie zrozumcie mnie źle, ale… olałem go. Z jednego prostego powodu. Od paru tygodni widziałem że coś zaczyna się kroić u mojej drobnej Królowej, i to mnie ekscytowało najbardziej. Tej, która jest godna dzierżyć berło Królowej Pop. Tej, której właśnie wydany nowy album powoduje u mnie niekontrolowane ruchy ramion i tyłka. Nowa Kylie Minouge, to ta którą pokochałem – pełna erotyki, dance’u i radości!

Moja Kylie to przede wszystkim ta z początku lat 2000. I Should Be So Lucky, Better The Devil You Know czy Give Me Just a Little More Time to nie jest najlepiej brzmiąca Kylie, nawet z perspektywy tamtych lat. Alison Goldfrapp niegdyś stwierdziła że Kylie śpiewa „piosenki dla małych dziewczynek” i w tym wypadku jest to idealne określenie. Jeszcze minimalnie potrafię posłuchać albumów Kylie Minogue i Impossible Princess, bo słychać tam było mocne wyłamanie się z dawnej stylistyki. Ale moja pierwsza Kylie – ta w której się zakochałem – zaczęła się od Spinning Around.

Kylie, wtedy trzydziestokilkuletnia, kipiała erotyzmem. Co najważniejsze – dyskretnym. Dawkowała go nam bardzo subtelnie. I nie tylko swoim ciałem, którym uroczo zaczęła wywijać (te szorty ze Spinning Around na jej pupie śniły mi się po nocach). Od czasów Light Years Kylie ma rękę do dobrych producentów. Począwszy od Guy’a Chambersa i Mike’a Spencera, skończywszy na Bloodshy & Avant. I niemal każdy potrafił sprawić, że wokalistka w swoich utworach była niezwykle chwytliwa i łapiąca za uszy.

Kiss Me Once zapowiadano jako rewolucję w brzmieniu Kylie, ale – na szczęście dla mnie – nie stało się nic takiego. To wciąż Kylie w brzmieniach eurodance, śpiewająca głównie o seksualnym wyzwoleniu, miłości w różnych aspektach.  A przede wszystkim, okraszona w rytmy wyjęte z trendów list przebojów. Kylie Minouge i Madonna mają ze sobą coś wspólnego poza płcią i nagrywaniem popu – obie podczas wydawania nowych albumów starają się przemycić jak najwięcej nowoczesnego, najmodniejszego aktualnie brzmienia. O ile jednak Madonnie wychodzi to ostatnio bardzo topornie, to Kylie jest tutaj górą.

Praca pod nadzorem m.in. samego Pharrella Williamsa, Sii Furler i Grega Kurstina (producent kawałków m.in Lily Allen, P!nk czy Kelly Clarkson) zaowocowała takimi hitami jak znane już Into The Blue przy którym nie sposób usiedzieć spokojnie, podobnie jak Feels So Good, Sexy Love mogące kojarzyć się z Pharrellem właśnie (o dziwo, on przy tym kawałku akurat nie ruszał), nieco trance’owy Les Sex, przepiękny duet z Enrique Iglesiasem w balladzie Beautiful, gdzie akurat nieco przesadzono z autotune, i – przede wszystkim – Sexercize, ociekające nie mniejszym erotyzmem niż kultowe już Slow. A po teledysku do tego kawałka, to już w ogóle – nic tylko rwać szaty i iść uprawiać miłość.

Jeden z polskich portali w swojej recenzji Kiss Me Once pyta, czy Kylie – która skończyła już 45 lat – „wypada dalej śpiewać o seksualnej zmysłowości”. Do jasnej anielki, wypadać to mogą zęby mleczne dzieciom w podstawówce. Ona i jej 152 centymetry robią dalej to co potrafią najlepiej – czysty, zmysłowy pop.

8/10

PS. Zastanawiacie się, czemu na wstępie wspomniałem o Sophie Ellis-Bextor? Z jednego powodu – w 2001 roku zaproponowano jej nagranie pewnej piosenki, którą odrzuciła. Podobno mówiła, że „była zbyt infantylna”. Kylie wzięła ten utwór i stworzyła jeden ze swoich największych megahitów. Mowa o Can’t Get You Out Of My Head.
Na miejscu Sophie, plułbym sobie w brodę.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *