Największe rozczarowania 2025

Zanim pogadamy o tych dobrych rzeczach z 2025 roku, pozwolę sobie na moment pastwienia się. Każdy z nas miał przynajmniej jeden taki album na który czekał z podnieceniem, a w dniu premiery cały entuzjazm poszedł się czesać. To ja mam tak aż za często, w szczególności z moimi ulubieńcami. W 2025 było to dosłownie pięć pozycji – za to niemal każda była bardzo głośna medialnie. Więc domyślam się, że jest tu przynajmniej jeden wasz ulubieniec. I jeśli tak – to nie jest to absolutnie atak na was czy wasz gust. Po prostu ja czegoś innego od tego wykonawcy oczekiwałem. Jeśli ty dostałaś/eś to co chciałeś – good for you. Ja tego szczęścia nie miałem. I możemy z tym żyć.

Kolejność absolutnie przypadkowa.

Sabrina Carpenter – Man’s Best Friend

Łopanie, co my tu mamy – zaburzenia osobowości, seksoholizm, daddy issues, zachowania narcystyczne… I wiecie, może byłoby to nawet zabawne i w jakiś sposób urocze, gdyby nie to że autorka Espresso dostarczyła rok wcześniej dokładnie to samo na Short N’Sweet. Cały czas trzymam się teorii, że lwia część Man’s Best Friend powstawała już przy poprzedniej płycie, bo jest tam od groma patentów kompozycyjnych które brzmią identycznie. Carpenter jako artystka wizerunkowo i muzycznie stoi w miejscu, a to już robi się po prostu nudne. Po samej lekturze tekstów mam ochotę powiedzieć jedno: Sabrina, błagam, idź na terapię!


Pezet – Muzyka Popularna

Jedyne co ratuje ten album to fakt, że wcześniejsza Muzyka Komercyjna była jeszcze gorsza. Tam Pezet tylko marudził i narzekał – teraz chociaż próbuje łapać jakiś wiatr w żagle. Albo raczej kilka srok za jeden ogon. Paweł z Ursynowa zachowuje się jakby próbował najpierw być dzisiejszym małolatem, a potem sobie przypominałm że jednak jest już po 40tce. Czasami brzmi wiarygodnie i dojrzale, ale dobrego materiału jest tu najwyżej na EPkę. Pezet się miota w dzisiejszym krajobrazie hip-hopowym i to na Muzyce Popularnej słychać aż za dobrze.


Mery Spolsky – Kocham Polskę

Jak patrzę na to jak Mery prowadzi swoją karierę, to mam wrażenie że idziemy po równi pochyłej. Najpierw przeseksualizowana Erotik Era, a teraz zwrot w stronę… fajnopolactwa? Kurde, nawet nie wiem jak to nazwać, bo patriotyzmem niespecjalnie. Próbowałem też te teksty – pełne częstochowskich rymów – czytać jako swego rodzaju satyrę lub kamp na dzisiejsze postrzeganie Polski. Ale jako takie też nie umieją działać. A wymiana producenta na Michała Foxa Króla nie zmieniła niczego w emploi artystki. Mery od jakiegoś czasu nic tylko szarżuje i próbuje szokować – z coraz nudniejszym skutkiem. Wracam do Miło było pana poznać.


Sarsa – Miało być jak w filmie

Sarsa roku 2025 jest artystką kompletnie pogubioną i to słychać na Miało być jak w filmie. Album któremu brak jakiekolwiek myśli przewodniej. Wokal, niegdyś bardzo charakterystyczny i wyróżniający się, dziś całkowicie pozbawiony ikry. Muzycznie wszystko smętne i bez polotu. A przecież całkiem niedawno Sarsa pisała się na nowo, odkrywała nowe rejony, eksperymentowała i szukała nieoczywistych kolaboracji (duety ze Zdechłym Osą do dziś wymiatają). „Miało być jak w filmie”, tylko jakim?


Dawid Podsiadło i Artur Rojek na żywo w Katowicach

Tu mam zarzut natury… artystycznej, tak bym to ujął. Bo oto mamy dwóch facetów – piekielnie zdolnych, uwielbianych, którzy swoimi nowymi dziełami niemal zawsze elektryzują branżę muzyczną, o ich nowych posunięciach po prostu się mówi dużo i głośno. A oni, zamiast stworzyć razem coś zupełnie nowego… idą na totalną łatwiznę śpiewając utwory które jeden zna z dzieciństwa, a drugi ma z nich tantiemy. I jeszcze zacząć to sprzedawać, zanim zostanie to w ogóle zarejestrowane. Posunięcie nie dość, że leniwe, to jeszcze oparte na tanim sentymentalizmie. Nie czegoś takiego się oczekuje od takich wykonawców jak Podsiadło i Rojek. O ile Dawidowi można to jeszcze wybaczyć – mając na względzie jeszcze świeżą EPkę nagraną z Sochacką – tak tego odcinania kuponów nie potrafię Rojkowi przepuścić.


Taylor Swift – The Life of a Showgirl

Dissy na Charli XCX, piosenki o penisie narzeczonego, spłycenie postaci Ofelii, liryka godna najwyżej dwunastolatki oraz najnudniejsze podkłady w całej jej karierze, nawet mimo zmiany głównego producenta. Chyba spodziewaliście się, że ten album tu wyląduje, prawda? Nie będę więcej strzępił klawiatury, bo zrobiłem to wystarczająco dosadnie w mojej recenzji, do której zainteresowanych odsyłam.


To by było na tyle z rzeczy złych w 2025. Od dziś już tylko o dobrych rzeczach, już na dniach zestawienie najlepszych albumów polskich i zagranicznych.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *