Dla kogo z was tańczy ona?

Dla kogo z was tańczy ona? post thumbnail image

Co jakiś czas w internecie krąży inny muzyczny viral. Wszyscy słuchają, komentują, wstawiają na facebookowe tablice. Ja po doświadczeniach z „Friday”, „Call Me Maybe” oraz „Gangnam Style”, nauczyłem się żeby takie hity omijać z daleka. Bo to nigdy nie kończy się dobrze dla mojej estetyki. Dlatego, gdy zaczęło być głośno o utworze polskiej grupy o nieskomplikowanej nazwie Weekend, wiedziałem żeby nie naciskać przycisku „play”. Błogosławieni nieświadomi. Niestety, wszystko co piękne ma swój koniec.

Otóż, na początku roku mój zakład pracy zorganizował imprezę pracowniczą. Tańce, hulanki, swawole. Z początku DJ nie puszczał fajnych piosenek, więc znajoma postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Po chwili z radochą obwieszcza że „załatwiła u DJa Ona tańczy dla mnie„. Przepraszam, że co? I się przekonałem, o czym huczał internet.

I po raz kolejny, huczał o bardzo złej piosence. Czy to znaczy że społeczność sieciowa nie potrafi się dzielić niczym dobrym? Że musimy pokazywać wszystkim dookoła „ołmajgad, patrzcie, jakie to beznadziejne!”? Czemu nie dzielimy się dookoła świetną muzyką? O, przepraszam, odbiegłem od tematu. Chociaż zdecydowanie lepiej mi z tym.

„Ona tańczy dla mnie” jest szalenie prostym utworem, zarówno w warstwie tekstowej jak i instrumentalnej. Trwa niecałe 4 minuty (a do teledysku i tak ucięto go o minutę), z czego zdecydowaną większość całości stanowi skandowanie przez wokalistę słów „o-o-o-o”. Nie mi tak sądzić, ale może dlatego że nikt z grupy nie umiał napisać ciut dłuższego tekstu posiadającego więcej niż jedną zwrotkę i 3-krotnie powtarzany refren? Nad melodią też nikt się specjalnie nie wysilał – oparta na trzech powtarzających się dźwiękach. A śpiew wokalisty? Nie wiem czy to tylko moje zboczenie estetyczne, ale z tempem utworu nie klei się to w ogóle. Niech ktoś mi powie, czym się tutaj internet podnieca? Że to jest takie kiepskie? Błagam, oby nie.

Jasne, wiem. To przecież tylko disco-polo. I wcale nie wymagam od tego żadnego większego przekazu słownego, ani solówek wiolonczelowych rodem z „IV Pór Roku” Vivaldiego. Tylko naprawdę chcę pojąć, po co tyle szumu o jeden kiepski utwór (Weekend ma ich naprawdę sporo, wystarczy zajrzeć na ich kanał na YouTube). Czemu nie potrafimy robić wielkiego szału dobrymi piosenkami?

Pozostaje tylko żywić nadzieję, że ten utwór nie podzieli los „Gangnam Style”, i zostanie szybko zapomniany. W końcu 41 milionów wyświetleń nic nie będzie znaczyć, prawda? Prawda?…

(pisane przy min.: My Chemical Romance – „DESTROYA”, The Gathering – „Liberty Bell”, Archive – „Bullets”, i oczywiście przy opisywanym tu utworze)