Mam wrażenie, że artyści z wiralem na TikToku mają obecnie dziś przechlapane bardziej niż zwykle. Jasne, że streamy danego kawałka lecą, hype się kręci, tylko że.. całych albumów już dziś mało kto słucha. A co gorsza – menagament często chce grzać żelazo póki gorące i zmusza pupila do eksploatacji ciągłymi występami lub przyciskając do nagrywania nowego albumu jak najszybciej. I właśnie to spotkało Lolę Young. Po tym jak pod koniec zeszłego roku Messy eksplodowało w sieci, to artystka leciała od jednego programu do drugiego, była brana przez wszystkie możliwe festiwale, a teraz się dowiedzieliśmy, że nowy album zaczęła nagrywać już na początku 2025 roku. I teraz tym bardziej dziwi to, że Lola Young w takim natłoku pracy dała radę nagrać jeden z najlepszych albumów tego roku.
Zanim pogadamy o I’m Only Fucking Myself, chcę wam powiedzieć kilka słów o This Wasn’t Meant For You Anyway, bo – jak znam życie – niewielu z was zadało sobie trud by sprawdzić coś więcej od tej dziewczyny (piszę to cynicznie, bo życzę sobie byście mi powiedzieli że się mylę). Ten album, który ma przy każdej piosence znak „explicit”, jest portretem młodej zdradzonej kobiety. Muzycznie album czerpie garściami z bluesa, r&b, a nawet rockabilly. A nad tym wszystkim nafaszerowany emocjami głos Loli i jej teksty. Bardzo kąśliwe. Zaryzykuję stwierdzenie, że Lola jest talentem wokalnym na miarę Amy Winehouse – pełen głębi, charakterystycznej chrypki i przeszywający do szpiku kości kiedy trzeba.
Zaś jeśli chodzi o I’m Only Fucking Myself… to śmiało można je uznać za kontynuację This Wasn’t Meant For You Anyway. Ale taką jeszcze bardziej naszpikowaną gniewem i brakiem jakichkolwiek hamulców. Ta sama Lola co na poprzedniej płycie, tylko do sześcianu. Pod kątem muzycznym jak i tekstowym.

I’m Only Fucking Myself porusza tematy autodestrukcji i ucieczki w różne używki. Lola dogłębnie to zna – kiedy Messy eskplodowało w internecie, ona leczyła się z uzależnienia od kokainy. Do tego oczywiście dochodzi temat seksu, ale nie tak jak u Sabriny Caprenter. Seks u Loli jest równie destrukcyjny co alkohol i prowadzi do dalszego rozpadu duszy. Lola na tym albumie dokonuje naprawdę brutalnego obnażenia swoich problemów (mam nadzieję, że wszystkie już przeszłe), bez oglądania się na to czy ta szczerość kogoś zgorszy. A może wielu.
Warstwa muzyczna idzie w parze z tymi ciężkimi wyznaniami. SPIDERS to rockowa ballada której nie powstydziłaby się PJ Harvey (posłuchajcie poniższego wykonania live!), Not Like That Anymore brzmi jakby ktoś ukradł ten utwór The Kooks, a otwierające FUCK EVERYONE to wybuch przesterowanej gitary i wręcz krzyku artystki. Na krążku klimaty indie-bluesowe i popowe z sączą się na przemian z niczym nieskrępowanym brudnym rockiem i grunge. I należy pamiętać o jednym – tu wiele utworów w pierwszych taktach nie zapowiada ani trochę tego co ostatecznie prezentują. Z trudem wierzę w to co piszę, ale tu naprawdę nie ma złych momentów.
Lola Young – mimo nawału pracy jakiej w ostatnich miesiącach przyniósł jej wielki sukces – dostarczyła spójny i odważny materiał. Być może nie ma tam kolejnego Messy, ale czy to ważne? Dla szefów wytwórni może tak. Dla mnie – ani trochę. Bo zrobić jednorazowego wirala umiało wielu. Udowodnić po nim swoją wartość już niewielu dało radę.
I w tym momencie trzymam wszystkie swoje kciuki, żeby Lola nie zapisała się w historii jako gwiazda jednego przeboju. Absolutnie na to nie zasłużyła. Nie po tym jak fantastyczne było This Wasn’t Meant For You Anyway i to jak je przebija I’m Only Fucking Myself.
