Za dużo kuchni na jednym stole – „Uczta” Sanah

Kiedy w kilku miejscach w internecie miałem czelność napisać, że najnowszy album Sanah jest najgorszym albumem w jej karierze, to niektórzy artystki fani mieli ochotę co najmniej zjeść mnie żywcem za tę opinię. Przy czym nigdzie nie napisałem, że Uczta jest złym albumem. Ale na tle całej dyskografii Zuzy – jest dla mnie najgorszym. Chociaż dla mnie samo nazywanie tego „albumem” jest już nadużyciem. Bo więcej tu mamy ze składanki niż jednolitego i spójnego dzieła.

Na wstępie wypada złożyć Sanah gratulacje. Jeszcze trzy lata temu niewielu o niej słyszało, a dziś już nagrywa z całą plejadą polskiego mainstreamu popowego i nie tylko. Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło, Kwiat Jabłoni, Artur Rojek, Ania Dąbrowska, Grzegorz Turnau – podejrzewam, że całą tę zgraję nasza bohaterka na początku 2020 najwyżej podziwiała z ekranu komputera i miejsc w salach koncertowych, a dziś jest już dla nich „koleżanką z pracy” i współpracownikiem. Zwłaszcza współpraca z Dawidem jest w karierze artystki swoistą klamrą – najpierw ona coverowała jego piosenki, a teraz nagrywa z nim duety (sam Podsiadło się wygadał, że będzie jeszcze niejeden). Żeby do takiego statusu dojść w niecałe 3 lata, to trzeba mieć sporo uporu. I szczęścia. A jednego i drugiego Sanah nie można odmówić.

Przy czym ten upór naszej bohaterki objawia się głównie wypuszczaniem nowej muzyki w tempie taśmociągu, przez co coraz mniej było w tym jakości i świeżości. Wiele recenzentów już przy Irence narzekało na wtórność nowych nagrań (chociaż ja jej broniłem), a niektórzy fani czuli się oszukani, kiedy zostali naciągnięci na kupowanie drugi raz tych samych płyt – Królowa dram i Irenka po kilku miesiącach od premier doczekały się swoich „final edition” z dodatkowymi utworami. Żywię nadzieję, że artystka wydając tak mnóstwo muzyki w takim dość krótkim czasie ma jakiś głębszy cel niż ciągłe zarabianie.

Dobra, ale teraz pomówmy o Uczcie, na którą nas teraz – wraz z dziesięcioma znanymi gośćmi – zaprosiła Sanah. 11 utworów, wszystkie to duety. Po przesłuchaniu całości od razu wiem w czym polega mój problem z tym albu… poprawka! – składanką. Bo to jest ewidentnie składanka utworów pisanych pod gości, nie pod główną bohaterkę. Kojarzycie może taki album Eda Sheerana No. 6 Collaborations Project? Artysta zaprosił tam kolegów z branży od prawa do lewa – m.in. Justina Biebera, Camillę Cabello, Khalida, Bruno Marsa, Eminema, 50 Centa czy Skrillexa i z każdym nagrał numer idealnie pod jego stylistkę. Uczta Sanah jest dokładnie tym samym na polskim podwórku – zestawem piosenek spod niemal każdej bajki muzycznej, gdzie główną gwiazdą jest… właśnie zaproszony gość. Paradoksalnie, samej Sanah na tym albumie jest najmniej. Albo jest w kilku różnych, niepasujących do siebie odsłonach.

Żeby wam dokładniej zobrazować o co mi chodzi – przypomnijcie sobie Ale jazz!, a potem „wyciągnijcie” Vito z tego przeboju. Czy ten utwór się broni bez niego? Jak najbardziej, bo jest jak najbardziej „sanahowy”. Utwory z Uczty już tak nie działają, artystka wykonując je solo na nadchodzącej trasie będzie miała problem by pokazać je jako swoje własne (chyba że wzorem Miuosha zabierze całą ekipę gości w trasę koncertową, ale ciut w to wątpię).

Wystarczy posłuchać całości zgodnie z tracklistą, by wyczuć lekki dysonans. Raz mamy śpiewanie z Anią Dąbrowską wiersza Baczyńskiego, by zaraz potem zmienić klimat o 180 stopni na urban-popowe Audi. Jeszcze wcześniej mamy wesoło pląkające country z Dawidem Podsiadłą, a potem nagle wchodzi poruszające Mamo tyś płakała, które przypomina słuchaczowi, że za naszą granicą trwa krwawa wojna.

Może jestem nieco staroświecki, ale dla mnie album muzyczny powinien mieć jakąś spójną całość, jakiś klucz który go trzyma w całości. Tutaj niby tym kluczem są zaproszeni na Ucztę goście – ale na tej imprezie gospodyni jakby dała sobie wleźć na głowę i grała jak goście żądają. Z Anią Dąbrowską i z Grzegorzem Turnauem jest tak lirycznie i romantycznie jak na ich własnych nagraniach. Z Podsiadło i Zawiałow – popowo i przebojowo. W większości kawałków już po pierwszych taktach można zgadywać kto dołączy do Sanah, nikt nie wychodzi poza swoje muzyczne emploi. Zuzanna nie zaprosiła gości na swój album – zaprosiła ich na zrobienie im kawałka pasującego do nich samych, aniżeli do niej.

Bo o ile w tych delikatniejszych fragmentach płyty – jak w Czesławie z Natalią Grosiak czy w Sen o śnie z Turnauem – Sanah brzmi naturalnie i swobodnie, tak przykładowo w piosenkach z Mięthą i Vito Bambino próbuje melorecytować pod urban-popowy beat i jest to koszmarnie sztuczne. Z kolei w Szarym świecie rodzeństwo Sienkiewiczów tak zdominowało ten kawałek, że Sanah przy nich kompletnie blednie. Miałoby to sens, gdyby ten kawałek trafił na album Kwiatu Jabłoni z Zuzą jako zaproszonym gościem. I nie wszystkie duety można zaliczyć do udanych – Rojek i Ania Dąbrowska w swoich kawałkach są wręcz przezroczyści i kompletnie niewykorzystani przez Sanah.

Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to jest kilka rzeczy co najmniej przyzwoitych. Należą do nich świetnie rozwijające się Eldorado z Darią Zawiałow, Czesława z Natalią Grosiak opowiadająca o Violetcie Villas oraz Ostatnia nadzieja z Dawidem Podsiadłą ,które jest rasowym country-popem. I jest jedna perła – Mamo tyś płakała z Igorem Herbutem. Wiadomo, że wokalista LemOn jak ryknie, to słuchacza ciarki przechodzą. A w zestawieniu z tym tekstem to ma się je nawet pod skórą.

Całą Ucztę poznaliśmy w całości zasadniczo przed jej premierą – bo tylko finalny Święty Graal z tajemniczym Tym Stanem (plotki chodzą, że jest to narzeczony Zuzy) zostawiono na premierowy piątek, a pozostałe kawałki były wcześniej co kilka dni wypuszczane w eter. Żaden nie doczekał się teledysku czy jakiejś mocniejszej promocji w mediach. I chyba właśnie to daje nam klucz jak należy traktować Ucztę – jako zbiór piosenek, singli. Nie jako cały, jednolity album. I tak do niego podchodzę ja. Pojedyczne piosenki rzucone luzem nawet mi wchodzą. Uczta jako całość – kompletnie nie.

Jeśli miałbym wzorem Sanah polecieć tu alegoriami kulinarnymi to porównałbym Ucztę do suto zastawionego stołu, na którym obok pizzy stawiamy… bigos i sajgonki. Co z tego, że wszystko nam nawet smakuje, jak zjedzenie wszystko na jedno posiedzenie może nas przyprawić co najmniej o zgagę? Bo jak doskonale wszyscy wiemy – co za dużo, bywa niezdrowo. Również jeśli chodzi o nagrywanie trzech albumów w trzy lata.

6/10

Moje najważniejsze single 2021

Kiedy przyszło mi do głowy by robić podsumowania roku, to nie mogłem się zdać na swoje Spotify Wrapped – bo mam jeszcze winyle i Apple Music. Nie mogłem się zdać na Last.fm – z tego samego powodu. Więc jedynymi kryterium są w tym roku moja pamięć i moje serce. Nie wiem czego słuchałem więcej, nie wiem co przegapiłem. Ale kiedy chciałem wybrać te 21 single, które zrobiły mi 2021 – to poszło raz-dwa.

Takie zestawienie pojawia się u mnie niemal co rok. Na użytek nowych czytelników wyjaśniam: to NIE jest lista najlepszych utworów minionego roku. To wybór czysto emocjonalny, który opisuje mój stan na 2021. Jak się czułem i co przeżywałem w zeszłym już roku. Nie są to najlepsze utwory które usłyszałem w 2021, ale to są te najważniejsze. I dlatego tak ta lista jest nazwana.

Roosevelt – Forget

Mógłbym w tę listę po prostu wrzucić całą tracklistę najnowszego Polydans, do którego przetańczyłem prawie całą wiosnę, ale to byłoby pójście na łatwiznę. Zdecydowałem się na Forget, bo ten kawałek swoim pulsującym groovem podnoszącym napięcie przez pierwsze dwie i pół minuty, po którym następuje jeden z najlepszych disco beatów jakie słyszałem w 2021 roku jest dla mnie podstawowym powodem, dla którego muszę się wybrać na najbliższy koncert Roosevelta w Polsce.

Daria Zawiałow – Żółta Taksówka

Zasadniczo to ja jestem cholernie łatwy w obsłudze. Wystarczy rzucić nieco gitar przepuszczonej przez synthowe filtry i zwykle jestem kupiony. Ale jeszcze dorzućmy do tego naprawdę szczery tekst o tęsknocie w związku na odległość wyśpiewany bez wielkich tonów (a Zawiałow potrafi wysoko śpiewać jak chce), to już rzucam się na winyla. Szkoda, że album w całości nie spełnił moich wymagań aż tak jak podgrzał mnie ten singiel, ale wreszcie dostałem Zawiałow we własnej krasie i stylu, a nie jako zapatrzoną w Korę czy Ostrowską fankę.

Dawid Grzelak – Algorytm (feat. Enchanted Hunters)

Dawid Grzelak jako artysta wizualny ma całkiem niezłe portfolio, za to muzycznie jest niesamowicie oszczędny. Nie tylko pod względem ilości wydanego materiału, ale też środków jakich używa. Tutaj tylko smęci pod jednostajny podkład z Gosią Penkallą i Magdą Gajdzicą w chórkach i śpiewa dokładnie to co sam mam głowie od zeszłego roku. 3 minuty i 33 sekundy pięknego nastroju. Niestety, w tekście pada smutna prawda, że „algorytm nie poda tego dalej”. A powinien.

Billie Eilish – Happier Then Ever

Rodzeństwo O’Connell stworzyło banger będący dedykacją dla wszystkich narzekaczy z serii „Billie Eilish nie śpiewa, tylko mamrocze” oraz „co to za muzyka bez instrumentów”. W niecałe pięć minut grają na nosie jednym i drugim. Genialnie pokazuje to nie tylko rozwój artystyczny samej Billie, ale też odwagę w szukaniu nowych form. Bo trzeba ją mieć, by po takim sukcesie jak debiut i single z niego – nafaszerowane głównie trapowymi beatami – walnąć taką niemal rockową balladę przechodzącą w wyraz młodocianej furii złamanego serca.

WaluśKraksaKryzys – Najgorsze rzeczy

Zeszłoroczne nominacje do Fryderyków w kategoriach rock i metalowych można było skomentować słowami „rock umarł, rock jest martwy”. Na co wchodzi Waluś i mówi „powiedz mi to w twarz, przegrywie!” i zarzucił kilkoma pięknymi punkowymi historiami. Z których singlowe Najgorsze rzeczy to czysty wyraz tego czym jest uzależnienie od drugiego człowieka, obudowane w melodię, która jest u mnie definicją punka w 2021. Punka, który nie musi polegać na darciu mordy, by słuchacz zrozumiał że wykonawca ma serce i głowę w strzępach.

Niemoc – Potop (feat. Tęskno)

Lista gości na drugim albumie Niemocy jest nie tylko udowadnia jak wysoko już zaszedł ten zespół, ale też nieźle zaskakuje. Bo Joasia Longić to wcale nie jest oczywisty wybór na album trip-rockowy, ale kurwa, sam nie wiem jakim cudem tu wszystko zatrybiło. Tekst bez niemal żadnego sensu, riff tak jednostajny że aż może uchodzić za nudny. A wokal Joasi prawie jej nie przypomina. Może właśnie dlatego, to wszystko skumulowane dało tak porywający singiel? Nie kumam. Ale nie muszę.

Kuba Kawalec – Zdechłam (feat. Ana Andrzejewska)

Co? Chcecie mi powiedzieć, że ten typ z happysadu napisał taki doom-popowy numer? Kiedy Kawalec wyjechał z tym kawałkiem, a wraz z nim Ana Andrzejewska zaczęła tak pięknie zawodzić, poczułem jakby ktoś przejechał mi walcem po świadomości. Kiedy w drugiej minucie śpiewają w duecie z potężnym ładunkiem emocjonalnym, to poczułem taką bezsilność jak w 2020, podczas kampanii wyborczej. Kiedy to z każdym dniem traciłem nadzieję, że zostało już tylko „umrzeć na brak światełka w tunelu, na nadmiar łez, bez podpowiedzi co robić kiedy nadchodzi to złe”.

Margaret – Kiedy Jak Nie Teraz

Wydana na początku roku płyta Maggie Vision była niczego sobie, ale dopiero w wakacje Maggie dostarczyła porządny popowy banger. Ten beat inspirowany reggaetonem i Małgosia bijąca taką pewnością siebie, że nic tylko trzymać kciuki by tak jej zostało. W tych dwóch i pół minutach jest więcej przebojowości niż w całym jej pierwszym albumie. W idealnym świecie Kiedy Jak Nie Teraz byłoby molestowane przez stacje eskopodobne równie często co utwory Sanah.

Lil Nas X – That’s What I Want

Szkoda, że go nie było wtedy, kiedy sam odkrywałem kim jestem. Gdyby za czasów moich lat szkolnych istniał taki Lil Nas X bez krępacji rapujący, że potrzebuje chłopca z którym spędzi całą noc, a potem całe życie, to wreszcie bym poczuł, że w tym mizoginistycznym hip-hopie ktoś mnie rozumie. I że ktokolwiek mi śpiewa, że mój pociąg do płci własnej nie jest zboczeniem, tylko normalnym uczuciem.

Brodka – You Think You Know Me

Swego czasu miałem ten problem z BRUT, że nie potrafiłem znaleźć tam Brodki. W każdym utworze słyszałem Portishead, The Kooks czy inny zespół spod szyldu indie-rocka. Jasne, to są dobre kawałki – ale nie było w nich Moniki, tylko głównie podszywanie się pod innych. Poza właśnie You Think You Know Me, będące tam chyba najprostszym i najmniej przekombinowanym utworem – trzy akordy, subtelny wokal Brodki, prosta perkusja. Czyli Monika będą sobą w najlepszej wersji.

Wczasy – Polska (Serce Rośnie)

Nie wiem czy jakikolwiek inny polski tekst dał mi tak solidny wpierdol po ryju jak ten. Tu nie mam nic do dodania, musicie tego przesłuchać.

Coals – Lawa

Czy Coals w 2021 to jest już hyperpop? Nie wiem. Ale fakt faktem, Kacha i Łukasz od czasów docusoap pogrywają sobie coraz śmielej eksperymentując z formami pop/elektroniki (chociażby zapraszając do jednego z singli Żabsona) i chwała im za to. Ale w 2021 to Lawa wyszła jako ten hipnotyczny, zmuszający mnie do gibania rękami i biodrami banger, przy którym zatęskniłem za czasami spędzania pół nocy w zadymionych klubach.

Tola – Recycled/Fragile

Myślicie, że jestem tu jakkolwiek obiektywny? Sam w to wątpię. Ale nawet udając, że jestem – to każdy usłyszy, że pierwszy singiel zapowiadający solowy debiut Szlagowskiej udowadnia, że ona ma dyg do tworzenia nawet radiowych przebojów. I tu jej to chyba wyszło nawet przypadkiem. Wokalizy tworzące oniryczny nastrój, beat skomponowany pod klasyczny pop i Tola porównująca własne uczucia do tematów ekologicznych. Niby powrót, ale w tym przypadku jest to debiut. Na światową klasę.

Charli XCX – Good Ones

Artyści i zespoły nagrywając albumy mające zakończyć kontrakt wydawniczy mają często tendencję do olewactwa – byle to nagrać, wydać i się uwolnić od zobowiązań. Charli XCX ewidentnie chce się uwolnić od Atlanic Records (widać to w niemal każdym poście na jej socialmediach), ale na pewno nie kosztem wydawania słabych piosenek. Czego taneczny Good Ones jest dobrym przykładem. Utwór napisany pod radiostacje do tańczenia odległy od hyperpopowych klimatów Charli, tylko chciałoby się żeby trwał nieco dłużej.

1988 – Bajkał (feat. Margaret i Kacha)

Syny na początku 2021 ogłosiły rozwiązanie zespołu, więc 1988 postanowił wziąć sprawy we własną konsoletę i zrobił duet collab tak oczywisty jak nieoczekiwany. Kacha coraz mocniej wskakująca w popowy mainstream oraz Margaret po pierwszym roku niezależności twórczej zrobiły tu swoimi delikatnymi wokalami i deklaracjami o swojej kobiecej sile idealny kontrapunkt do tego „głębokiego jak Bajkał” basu. Moim marzeniem na 2022 jest usłyszeć to na żywo.

Maria Peszek – Virunga

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i to właśnie jest mój case z pierwszym singlem z ostatniego albumu Peszek. Jako człowiek, będący gejem i wciąż obywatelem Polski jestem od niemal dwóch lat (prawdę mówiąc, to dłużej, ale ostatnie dwa lata były tego kumulacją) celem nagonki ze strony najwyżej postawionych ludzi w tym kraju i wpływowych hierarchów kościelnych. Wierzcie lub nie, ale to jest wykańczające psychicznie. Zwłaszcza jak słów szczerego wsparcia czy pokrzepienia prawie nie ma. I w tym momencie wchodzi Peszek, której mogę zaufać i uwierzyć. I usłyszeć, że śpiewa tam dla mnie i o mnie.

Jessie Ware – Hot’N’Heavy

To, że What’s Your Pleasure? było jedną z najdoskonalszych płyt 2020 roku, to wie każdy kto jej przesłuchał. Ale Jessie w 2021 udowodniła, że miała na ten album jeszcze jednego asa w postaci soczystego w klimacie house Hot’N’Heavy, który wzorem poprzednich utworów z tej płyty mówił „tańcz bez wytchnienia na ripicie”. Taryfy ulgowej tu nie ma, kochaj na pełnej.

Dua Lipa – That Kind Of Woman

Future Nostalgia Duy i wyżej wymieniona Jessie przez ostatnie dwa lata praktycznie nie schodziły z moich słuchawek. Jedna i druga wydały w 2021 reedycje tych krążków, bo – jak się okazało – miały jeszcze sporo dobra schowane. U Lipy było to pachnące Giogrio Moroderem That Kind Of Woman, gdzie Dua w roli dominującej femme-fatale przejmuje kontrolę nad imprezą. Jak zresztą robiła całą Future Nostalgią.

St. Vincent – Sad But True

Co z tego że cover, skoro oryginał nawet do niego nie doskakuje? Jeszcze rok temu nie uwierzyłbym, że jakikolwiek utwór Metalliki można zagrać tak, by wybrzmiał w nim podtekst erotyczny (bez żadnych zmian tekstowych). I St. Vincent to zrobiła! Agresywne gitary i perkusje przepuszczone przez przestery, a Annie śpiewająca totalnie po swojem – no i mamy pachnący pornografią klimat niczym z klubu BDSM.

Danny Elfman – True (feat. Trent Reznor)

Kiedy słuchałem albumu Danny Elfmana, kilkanaście razy się upewniałem czy na liście współautorów i producentów nie ma nigdzie lidera Nine Inch Nails. On sam pewnie też się nad tym zastanawiał, więc zapewne postanowił wpaść i dograć się do jednego z kawałków. Tym sposobem oficjalnie namaścił Danny’ego na swego następcę na polu industrial-rocka. Samemu Danny’emu jeszcze poświęcę co nieco w podsumowaniach roku, ale za samo True ociekające gitarami jak za czasów Reznorowego Closer należą się kompozytorowi brawa.

Sanah – Kolońska i szlugi

Możecie nie lubić, możecie wyśmiewać za infantylność, możecie narzekać że nudne i znowu o tym samym po raz setny (poniekąd słusznie). Ale pokażcie mi drugą osobę w polskim popowym mainstreamie, która śpiewa o miłości i rozstaniach na takim samym luzaku jak generacja Z nagrywa TikToki i pisze na Twitterze czy Discordzie. Był ktoś taki przed Zuzą? Bo nie kojarzę. Osobiście czekałem na kogoś takiego od lat, a w połączeniu z tak prostymi melodiami i nawarstwianiem smyczków i synthów – no to takiego popu to ja chcę słuchać jak najwięcej.