Rock'n'Karol

muzyczno-emocjonalnie

Przeszłość i teraźniejszość: Nosowska”Nigredo”

Doskonale pamiętam czasy, kiedy premiera czegokolwiek sygnowanego nazwiskiem Nosowska wzbudzała we mnie duże zaciekawienie. A i nierzadko była to ekscytacja. Bo od zawsze za tym nazwiskiem stała dobra jakość, mnóstwo inspirujących emocji (tych dobrych i złych), często też eksperymenty, które również mi otwierały uszy na nowe rzeczy. Po prostu przywykłem do stanu w którym Nosowska = bardzo dobra muzyka. W ostatnich latach zaczęło się to u mnie mocno dezaktualizować, co odnotowałem z przykrością. Czy czekałem na NIGREDO? Oczywiście, że tak. Ale sobie niczego nie obiecywałem. I chyba wyszło mi to na dobre.


Nosowska na swoje 30-lecie solowej twórczości postanowiła nieco spojrzeć w przeszłość i przygotowała album z czterema producentami, którzy przewinęli się przez jej solową twórczość. Andrzej Smolik był odpowiedzialny za początki solowej Kasi, mocno elektroniczne i trip-hopowe. Marcin Macuk stworzył dla niej eklektyczny UniSexBlues, album z interpretacjami Osieckiej oraz 8, a przy okazji wielokrotnie współpracując przy nagraniach Hey i finalnie dołączając do składu. Michał Fox Król odpowiadał za brzmienie BASTA oraz Degrengolada. Paweł Krawczyk z kolei jej towarzyszy w Hey od 25 lat, a także życiowo.

Kiedy dowiedziałem się o tym pomyśle, byłem zaintrygowany. Bowiem każdy z tych panów swego czasu „robił” Nosowską inaczej, na indywidualny sposób. Czyżbyśmy mieli dostać brzmieniowy mix Mileny z UniSexBlues? I kurde, trochę w tym tego jest. Ten podział producencki został mocno zobrazowany na wydaniu winylowym albumu – każdy producent otrzymał swój kolor oraz własną stronę winyla. Na trackliście streamingowej oraz wydania CD (nadchodzącego) utwory zostały wymieszane. I sądzę, że ten drugi zabieg wychodzi zawartości na lepsze. Sam złapałem się na tym, że wcześniej oceniałem te kawałki głównie przez pryzmat nazwiska producenta. Słuchając NIGREDO w całości, bez patrzenia na creditsy, te uprzedzenia momentalnie zniknęły.

Bowiem nie jest tak, że od razu słychać który utwór robił Krawczyk, a który Smolik czy Macuk. Można najwyżej zgadywać, bo cały sznyt albumu jest w podobnym kluczu. Żaden z panów nie uprawia „recyklingu” dawnych nagrań z Kasią. A trochę po cichu na to liczyłem, bo produkcje Foxa na Degrengoladzie czy BASTA zaliczam do strasznie topornych i nudnych. I to jedyne co się nie zmieniło, bo wyprodukowane przez niego Schron, 9/10 oraz Yoko zaliczam do najsłabszych kawałków na albumie.

Do całej reszty nie mam żadnych zastrzeżeń. Tak jak wspomniałem wcześniej – album brzmi jak mariaż poprzednich albumów Kasi. Pełno synthowej perkusji i klawiszy, czasami gitarowe ozdobniki przypominające finalne lata Hey (od razu skojarzyło mi się z czasami albumu MURP). Stylistycznie jest to najbardziej rozbudowany album Nosowskiej od czasów UniSexBlues. Momentami jest punkowy feeling, zaczyna się chóralnymi śpiewami, gdzieś przemknie nawet radiowy pop. Dawno w anturażu Kasi nie było takiej żonglerki stylami, a to zadziałało bardzo odświeżająco – zwłaszcza po monotonii która cechowała Degrengoladę i album z Błażejem Królem. Słychać, że jest to zarazem nowa Nosowska, ale też ta, która nie boi się patrzeć za siebie. A znawcy jej muzyki wiedzą, że miała z tym problem.

„Obowiązek obowiązkiem jest, piosenka musi posiadać tekst” – mam wrażenie, że będziemy te słowa Katarzyny jej „wypominać” aż do jej odejścia ze świata, bo rozliczanie jej z liryki musi się pojawić przy każdym wydawnictwie. Od czasów BASTA retoryka Nosowskiej traktuje mocno o niej samej, a w szczególności – o trudnych przeżyciach. To nie zmieniło się na NIGREDO. W tekstach dużo o rezygnacji, bezsilności, bólu i zmartwieniu. Jak mówiła sama zainteresowana, jest to zapis ostatnich dwóch lat, a emocjonalnie dużo jest wokół odejścia jej matki. A jeśli do tego dodamy, że tuż przed premierą albumu artystka straciła swoje dwa ukochane psy, to ten smutek zyskał dodatkowe, jeszcze smutniejsze dno. Nosowska nie używa skomplikowanych metafor, nie bawi się często w niejednoznaczne podmioty liryczne. O ile na dwóch poprzednich albumach czuło się stępione ostrze, to tutaj po prostu słuchamy kobiety, która – cytując jej niedawny wywiad u Wojewódzkiego – „odpierdoliła się od siebie”. I chwała Bogu.

Po ostatnich albumach wątpiłem, czy Nosowska po pięćdziesiątce jeszcze ma cokolwiek mi inspirującego do wyśpiewania. NIGREDO pokazuje, że jak najbardziej. Zwłaszcza jak postanowiła wreszcie siegnąć do korzeni własnej przeszłości i je zmiksować z aktualną sobą. Z ulgą mogę po latach powiedzieć, że to jest „znowu moja Nosowska”.

Pozostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *