Rock'n'Karol

muzyczno-emocjonalnie

Dostarczanie zaskoczeń: Fontaines D.C. – Dopamine Chamber

16 października 2026 w mojej internetowej bańce był zdominowany przez jedno wydawnictwo. Godzina zaledwie 8 rano i już niemal wszyscy mieli jakieś zdanie o nowym Fontaines D.C. Przyznam szczerze, zdziwiłem się że niektórzy byli w stanie już tak szybko wydać swój osąd. Ja potrzebowałem naprawdę sporo czasu zanim na dobre oswoiłem się z tym co zastałem na Dopamine Chamber. Bo dubliński zespół nie nagrał tym razem albumu tak łatwego i prostego w obsłudze jak Romance. Ale też nie nagrał takiego dzieła jak Skinty Fia. Zrobili coś zupełnie nowego.


Rozumiem tych, których ewolucja brzmienia Irlandyczków odrzuca. Bo Dopamine Chamber w swej charakterystyce może zadziwić tych najstarszych fanów. Gdybyśmy zestawili ten album z debiutanckim Dogrel, to mamy dwa zupełnie różne zespoły, chociaż od wydania tamtego krążka nie minęła nawet dekada. Z tymi syntezatorami (bo to ich użycie się najmocniej rozchodzi tutaj) tak już chyba jest, że zespoły rockowe na początku działalności się od nich bronią rękami i nogami, a z biegiem lat i doświadczeniem zaczynają w nich widzieć nowe narzędzie – popatrzcie chociażby na Queen, Bring Me The Horizon, Paramore czy Ulver. I chyba na tym etapie są właśnie teraz FDC. A album Romance brzmi jak swoisty bufor przed tym co zastajemy na Dopamine Chamber.

Otwieracz w postaci Six Shots Morning nie zostawia wątpliwości – ta posępna linia basu i pulsujący synth dobywające się spod niosącego się echem głosu Griana Chattena mówią wprost „mamy wam do powiedzenia zupełnie nową historię”. I to wrażenie zostaje przez cały album. Jak przebrniecie przez ten wstęp, to reszta wejdzie wam jak nóź w masło. Kapela udowodniła, że potrafi się bawić stylami i nowymi narzędziami. Po pełnej przestrzeni Marianne (w konsekwencji całej płyty, to był idealny wybór na singla), wchodzi wręcz ejtisowe Mimesis, a potem Happy For You które jako jedno z nielicznych brzmi jak „stare dobre FDC”. Ograniczenia? Never heard of it. I to jest esencja tego wydawnictwa – nieustanne dostarczanie kolejnych zaskoczeń, które nie pozwalają się oderwać. Niczym tytułowa „komnata dopaminowa”.


Sam śpiew Griana też jest tu ważnym narzędziem budującym klimat albumu. Czasami zaśpiewa z ekspresją gwiazdy pop (Demolition), a potem niemal hymnowo wyrecytuje (Intimate) lub zabrzmi jak syn Bono (One Man). Z każdym kolejnym przesłuchaniem nie umiem wyjść z zachwytu nad jego umiejętnościami. A rzeczy o których śpiewa zasługują na odpowiednie akcentowanie. Jak się wczytacie w te teksty, to zrozumiecie iż tu nie ma wesołych piosenek. A one w ustach Chattena potrafią zabrzmieć jakby któś miał je wysłać do radia Eska.

Łyżką dziegciu jest dla mnie Where Is Gone?, do którego mam dwa zażalenia. Pierwsze – to serio brzmi jak odrzut do filmu o Bondzie. Ale nie w kategorii „tak dobre, że aż szkoda”, tylko na tym drugim biegunie. Drugie – uważam za marnotrastwo branie do duetu artystki latynoskiej, która ostatnie lata poświęciła na kultywowanie muzyki tradycyjnej i popularyzację swych korzeni… by teraz jej kazać śpiewać po angielsku. W moich uszach Rosalia umie wydobyć głębię swego wokalu wyłącznie w swoim języku. Jedyny numer, który bym bez żalu wywalił z tracklisty.

Jestem pewien, że ten album jeszcze będzie zyskiwać z czasem. Cieszę się, że dałem sobie więcej czasu na oswojenie się z nim, bo w dniu premiery naprawdę nie byłem pewien co sądzić o tych wszystkich zabawach zespołu.Tymczasem ja idę sobie popłakać w kącie, że nie będę mogł go usłyszeć na żywo w Łodzi. Bawcie się dobrze w Atlas Arenie.

Pozostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *