Rok 1991: ZSRR chyli się ku upadkowi, USA powoli się podnoszą z epidemii AIDS i niedługo odtrąbią koniec zimnej wojny, Polska coraz śmielej patrzy w kierunku Zachodu od którego była odcięta, na ekrany kin wejdą między innymi Milczenie Owiec i druga część Terminatora, w UK Margaret Thatcher ledwo co ustąpiła ze stanowiska premiera, w Bułgarii odbędą się pierwsze wolne wybory. Innymi słowy – przez świat przetaczają się zmiany społeczno-polityczne, które nie pozostają bez wpływu na sztukę. Tak jak lata 80. były – w dużym uproszczeniu – triumfem popu, muzyki disco i erą syntezatorów, dominujących na rozbisurmanionych parkietach NY i Berlina, tak ostatnie lata XX wieku brzmiały jak bunt i niezadowolenie na ówczesny stan rzeczy. Początek lat 90. brzmiał głównie ostrą gitarą i krzykiem wokalistów. Ale też rodziły się trip-hop czy britpop, a obok nich rosły w siłę grunge czy shoegaze.
A sam 1991 rok dał światu całe mnóstwo klasyków muzyki, które są pamiętane i do dziś służą za inspiracje wielu artystom. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że są to w lwiej części albumy, których po prostu trzeba posłuchać chociaż raz. A jako, że dzień 20/10 jest dniem gdzie pozwalam sobie na pisanie głównie o sobie – to zapraszam na moje własne zestawienie najlepszych albumów które razem ze mną kończą 35 lat. Kolejność całkowicie przypadkowa.
Red Hot Chili Peppers – Blood Sugar Sex Magik
Za Under The Bridge, Suck My Kiss czy Give It Away będziemy ten krążek pamiętać zawsze. Ale też za tę rockową przebojowość wciąż pełną punkowych i rapowych korzeni RHCP, za umiejętne balansowanie między stadionową hymnem a ambitną kompozycją, za równie szczere pisanie o sprawach społecznych (The Power of Equality to chyba najbardziej zaangażowany utwór napisany przez Kiedisa) jak i o narkotykach i imprezowaniu. Był to początek wspaniałej współpracy z Rickiem Rubinem, który dał zespołowi potem jeszcze równie dobre płyty. Blood Sugar Sex Magik po tych 35 latach nadal porywa do tańczenia jak i rozmyślania nad stanem rzeczywistości.
Metallica – Metallica
Kiedy Hetfield i spółka siedli do nagrania nowego albumu po zakończeniu trasy z materiałem …And Justice For All, to podobno powiedzieli sobie jak bardzo są zmęczeni graniem tych ku*ewsko długich i męczących kompozycji, więc muszą kolejny album nagrać łatwiejszy do grania na żywo. Dlatego nawet rozumiem tych rozgoryczonych fanów, że po prawie 10-minutowych rozbuchanych i dopracowanych numerach, na „czarnym albumie” nie pozostał nawet ślad. To był zasadniczo początek najbardziej przystępnej i… komercyjnej Metalliki. Nawet nie chodzi o Nothing Else Matters, które puszcza nawet RadioZet. Porównajcie sobie chociażby Don’t Tread On Me z Master of Puppets, czy The Unforgiven do One. Jasne, mamy tu jedne z najcięższych kompozycji w historii Mety, ale zbudowane na najprostszych patentach. I słychać, że tego ten zespół potrzebował. Jeśli już gdzieś się Metallica skończyła – to dla mnie na „czarnym”, moim równolatku.
Massive Attack – Blue Lines
Nie będę wam ściemniał – to nie był mój pierwszy kontakt z Massive Attack. Oczywiście, że oni swoje najlepsze (i najbardziej zapamiętane) dzieła stworzyli znacznie później. Ja pierwszy raz odpaliłem Blue Lines jak już zajechałem do reszty moje Mezzanine. Pierwsze co mnie uderzyło to „jezu, ale to jest zmiskowane!”. Ten album na mnie działa tylko słuchany w całości, jako jednolite dzieło, niczym mixtape. Tricky, Daddy G i 3D zaczynali jako kolektyw DJski, który potem zajarał się produkcją muzyczną, a potem – dzięki Neneh Cherry, która kopnęła chłopaków w tyłki, żeby weszli do studia i nagrywali (tak twierdzi sam Daddy G) – nagrali album brzmiący jak zadymiona speluna w Bristolu, pełna mocnego basu, dubowych przesterów i eterycznych wokali. Brzmienie, które po 35 latach nadal jest nie do pomylenia z nikim innym.
Nirvana – Nevermind
Nie mogło tej płyty tu zabraknąć i chyba nie ma potrzeby wam tłumaczyć dlaczego. To był moment, kiedy punk stał się mainstreamem, grunge nowym trendem, a Kurt Cobain nowym głosem pokolenia. Ale pamiętajmy, że mimo agresywnego brzmienia, to fundamentem tej płyty jest niewinność. Trio z Seattle nie zaczęło się pozować na bogów po tym jak Nevermind sprawiło, że mieli świat u stóp. Pozostali nadal zwykłymi i bardzo wrażliwymi śmiertelnikami. W tekstach nigdy nie stracili człowieczeństwa i nadziei, a w muzyce – chociaż tak ostrej i surowej – melodyjności. I chyba dlatego po 35 latach ten album wciąż się broni i jest na nowo odkrywany przez kolejne pokolenia.
My Bloody Valentine – Loveless
Biblia shoegaze’u, bez dwóch zdań. Moje pierwsze doświadczenie z tym albumem? „Jezu, co to za jazgot, ściszcie to!”. Kevin Shields powiedział raz, że „wszystko zależy jak głośno tej płyty słuchasz lub w jakim nastroju jesteś, bo tam nie ma żadnego punktu zaczepienia”. I tu ma rację, bo Loveless to album który zdaje się zmieniać kształt w uszach każdego słuchacza. To co dla jednego jest jazgotem, dla drugiego jest odkrywaniem kolejnych faktur z których zbudowany jest ten duszny, ciężki album. Czasami słyszy się słowa, czasami sam przester. Raz leci ładna melodia, za chwilę ten sam fragment jest tylko piskiem. Album, który po 35 latach wciąż wymyka się wszystkiemu. Nie dla każdego – ale ponadczasowe.
R.E.M. – Out Of Time
Płyta równie porąbana co cudowna, zbudowana na naprawdę dziwacznych kontrastach. Strony albumu na winylu są opisane jako „Time Side” i „Memory Side”. Ja jeszcze inaczej podzieliłbym tę płytę. Na „poważną” i „co oni sobie tam myśleli?” Na jednym biegunie Shiny Happy People czy Radio Song. Na drugim takie cuda jak Near Wild Heaven (brzmi to jak wyrwane z dyskografii The Cure), Low, Texarana i oczywiście Losing My Religion. Chyba właśnie dlatego ta zakorzeniona w country i americanie płyta Stipe’a i spółki tak na mnie działa. Jest po prostu tak samo porąbanym 35-latkiem jak ja.
Pearl Jam – Ten
Im częściej wracam do debiutu Pearl Jam, tym bardziej nie kumam, czemu tę brygadę wsadzono w szufladkę „grunge”. Chyba tylko z faktu, że powstali w Seattle i wyniknęli z rozpadu Mother Love Bone (które faktycznie brzmiało jak definicja tego stylu). Bo kiedy ja porównuję Ten do wydanego miesiąc później Nevermind, to słyszę zespoły z dwóch odmiennych bajek. Cobain sobie upodobał chaos i brud, zaś Vedder i spółka poszli w znacznie szerze palety dźwięków. Ten bierze na warsztat zarówno stadionową przebojowość jak i tradycje hard-rocka oraz country. Tak jak Nirvana stroniła od wielkiej sławy, tak Pearl Jam zdawał się nagrywać swój debiut jakby już w studiu wiedzieli, że są im pisane wielkie areny. Oba zespoły pisały o podobnych rzeczach – trudnych doświadczeniach życia, przemocy, problemach społecznych. I chyba dlatego nie umiem wybrać któregoś zespołu mocniej – Ten kocham tak samo jak Nevermind
Queen – Innuendo
Tak, to ta ostatnia wydana za życia Freddiego. Album, który miał się okazać pożegnaniem. Podobno Brian, Freddie, Roger i John – świadomi coraz pogarszającego się stanu wokalisty – wzięli się do pracy nad albumem, zanim jeszcze poprzedni The Miracle trafił na półki sklepowe. Ale tego pośpiechu nie słychać. Przeciwnie – rozmach dorównuje takim dziełom grupy jak A Night At The Opera, zupełnie jakby chcieli przeprosić fanów obrażonych za poprzednie dyskotekowe albumy. Otwierający utwór tytułowy to otwarcie godne Hitchcocka – wybucha bomba, a na kolejnych utworach napięcie nadal rośnie. A kiedy słucham głosu Freddiego, to mam dwie refleksje. Pierwsza – on chyba naprawdę zdawał sobie sprawę „teraz albo nigdy” i wycisnął swoje płuca jak cytrynę. Jak słyszycie chociażby The Show Must Go On, to wierzycie, że to facet u kresu życia (Freddie zmarł w listopadzie 1991)? Druga – ten album (i cała muzyka Queen) uratowały mi życie jak się dowiedziałem, że mam HIV. I dlatego ma tak ważne miejsce w moim sercu.
PS. Na pytania z cyklu „czemu nie ma tu Use Your Illusion/Badmotorfinger/Screamadelica/każdej innej płyty” odpowiedź jest prosta – bo tu mowa tylko o tych albumach, które dla mnie mają największe znaczenie. Bez umniejszania jakiejkolwiek innej płycie z 1991 roku: ten wpis jest czysto osobisty.
