Kiedy w 2021 wydał Polską Florydę, to niemal z miejsca ostał okrzyknięty nową nadzieją polskiego rapu, a jego debiut przewijał się we wszystkich rankingach roku. Nagrody, nominacje, wyróżnienia sypały się gęsto. I nie były to pochwały na wyrost, ten album do dziś się broni i brzmi niesamowicie świeżo. W 2022 wydał kolejną EPkę nagrodzoną Fryderykiem, ale potem niemal od razu zniknął. Zarówno z rap-gry jak i z życia publicznego. Wrócił w tym roku, niemal niespodziewanie. Po przesłuchaniu albumu dostajemy odpowiedź na to, dlatego czego było te pięć lat poczekać na następcę Polskiej Florydy. Szczyl po prostu musiał sobie przypomnieć na nowo o samym sobie.
Polskiej Florydy pięć lat temu po raz pierwszy posłuchałem w ciemno, tylko z polecenia znajomych. Pamiętając jakie wtedy na mnie fenomenalne wrażenie zrobił ten album – zdecydowałem, że z przedwczoraj, dzisiaj, pojutrze zrobię tak samo. Jasne, widziałem, że Szczyl wydaje single i zapowiada album, co zajebiście mnie ucieszyło. Ale zdecydowałem się nie słuchać niczego aż do premiery. Odpaliłem album dopiero 30 października. Skończyło się tak, że Tymoteusz grał mi niemal cały dzień od początku do końca.
Eklektyzm muzyczny Szczyla objawiał się już na jego poprzednich wydawnictwach, więc nie dziwota że na przedwczoraj, dzisiaj, pojutrze też nie siedzi w jednej szufladce. Tym razem wziął w obroty klimaty jazzowe i dużo klasycznego instrumentarium. Słychać to już od otwierającego Citysong, gdzie udzielił się zespół Immortal Onion, a najmocniej w trackach z udziałem Tymka Papiora. Przede wszystkim singlowe Wpadłaś mi do oka zaskakuje swoją rytmicznością, która kojarzy mi się z graniem big-bandowym (komentarz na YT mi uświadomił, że na wstępie słyszymy puszczony od tyłu śpiew Kasi Lins!). Finałowe Wdychamy to miasto brzmi jakby ktoś ukradł ten kawałek od EABS. Zaś Blok z udziałem Kasi Lins i Twoje nieszczęście to niemal złote lata Motown Records. Na Polskiej Florydzie roiło się od klimatów soul/r&b, EPka z Magierą skręcała w stronę eksperymentalnego rocka, a przy nich przedwczoraj, dzisiaj, pojutrze daje vibe człowieka, który już się wyszalał i zdecydował się uspokoić tym razem. Mając w głowie to, co się działo u Szczyla przez te lata nieobecności, jest w tym pełno konsekwencji. Polecam poczytać/posłuchać kilka ostatnich wywiadów – zwłaszcza przeprowadzony przez Krzyśka Nowaka do Polityki – dla pełnego obrazu emocji bohatera. Teraz tylko liczę, żeby na trasę Tymoteusz zabrał ze sobą cały zespół jazzowy, bo te utwory zasługują na żywe wybrzmienie, a nie z komputerowego dysku. Klasycznie rapowego” Szczyla też tu słychać – chociażby w Krok czy w Dla ciebie – ale jest tu w mniejszości.
A jak w tym anturażu wypada nasz podmiot liryczny? Absolutnie bez zarzutu. Spotykamy się tu z nim jak z przez lata niewidzianym znajomym, który nam wygaduje co się u niego działo jak nas przy nim nie było. Wpuszcza nas do swego rodzinnego domu (i to dosłownie – w dwóch skitach/interludiach słyszymy rodziców Tymoteusza), opowiada o sercu (całym i pękniętym), uzależnieniu od miejskiego zgiełku (ciekawe czy ma na myśli Gdynię czy stolicę?), lękach, stanach depresyjnych i poszukiwaniu sensu w tworzeniu muzyki. Bo – jak sam wielokrotnie opowiadał – przez ostatnie lata przestał widzieć w niej radość, chciał się wręcz przebranżowić. Na szczęście, udało mu się wygrać z tym wypaleniem. Opowiada o tym w sposób dziko fascynujący, z dojrzałością niepodobną do wielu jego zbliżonych wiekiem kolegów na polskiej scenie (dla przykładu – Szczyl i Mata są z tego samego rocznika).
Po wydaniu takiego albumu jak Polska Floryda pięć lat temu to sam zainteresowany zdawał sobie sprawę jak wysoko sobie postawił poprzeczkę. Ale z tego krążka nie słychać faceta, który czuje presję powrotu z tarczą. To facet, który wraca do muzyki, bo… po prostu chce. Bez potrzeby udowadniania swej wartości. Ale i tak wrócił jako zwycięzca tej rap-gry w 2026.

