White Lies w Warszawie: mój powrót do eks.

White Lies w Warszawie: mój powrót do eks. post thumbnail image

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Spotykacie nagle swojego od wielu lat niewidzianego byłego partnera/partnerkę. W tamtych czasach byliście ze sobą bardzo blisko, nie mogliście się od siebie oderwać, ale wasze drogi się jakoś rozeszły. Nie utrzymywaliście za często kontaktów, zdążyliście o sobie nawet zapomnieć. Ale gdy teraz się spotkaliście, poczułeś, że to uczucie sprzed lat jest wciąż żywe. Mało tego – jest ci wstyd, że postanowiłeś odejść. Poczułeś, ze coś straciłeś przez całe 10 lat. Właśnie tak się poczułem wczoraj, gdy White Lies w Warszawie celebrowało 10-lecie debiutanckiego To Lose My Life.

Pamiętam swój pierwszy kontakt z White Lies. Było to gdzieś pod koniec 2009, wtedy dopiero co wszedłem w pełnoletniość. Znajomy z internetu bez przerwy wypisuje mi o jakimś brytyjskim zespole, z wokalistą tak śpiewającym, że miękną mu kolana (Kuba, jeśli to kiedyś przeczytasz, to cię serdecznie pozdrawiam!). Nie dałem się namówić na przesłuchanie, bo nie przepadałem za wszędobylską wtedy etykietą „indie-rock”, która przylgnęła do White Lies w polskich mediach. Pierwszy kontakt nastąpił przypadkiem – bo przez radio. Któregoś wieczora słuchałem EskaROCK,z której nagle rozległo się świetne intro na perkusji, potem wszedł gitarowy riff fajnie podbity przez klawisze. Noga sama zaczęła mi chodzić do rytmu. Potem usłyszałem słowa „The light’s still in our eyes, we’re leaving this whole fairground behind….”. Wow, ale głos! – pomyślałem sobie. Nietuzinkowy, charakterystyczny, przyciągający uwagę, taki trochę… zmysłowy? Pamiętam, że takie określenia mi przyszły do głowy. Przy pierwszym refrenie już tańczę po pokoju. Kawałek się kończy, a spiker ogłasza „To było White Lies…” Co? White Lies? To właśnie tym zachwyca się ten mój znajomy? Biegnę do komputera i odpalam wszystko, co mi YouTube podsuwa na to hasło. I tak się zaczął mój romans z White Lies.

Autografy zdobyte wczoraj, ale zdjęcie jest sprzed dekady

Cały album To Lose My Life migiem wykułem na pamięć, słuchałem namiętnie całymi dniami. Rozpływałem się głównie nad głosem wokalisty. Nie dałem rady pojechać na żaden koncert i kłuła mnie zazdrość, kiedy czytałem relacje prasowe z ich pierwszych klubowych koncertów u nas i na kolejnych festiwalach. Czekałem też niecierpliwie na nowe piosenki i nowy album. Pamiętam, że kiedy się wreszcie ukazał i go posłuchałem, poczułem się rozczarowany. Miałem poczucie, że porzuca mnie kochanek, że już nie ma tej miłości, która nas połączyła. To nie było to, co mnie wtedy w nich rozkochało. Wtedy rozeszły się nasze drogi. Potem, jak to zwykle bywa, czasami sprawdza się co tam słychać u swojego ex, o ile nie rozstaliście się w wielkiej kłótni i żalu. Czasami też wracało się do tego, co was wtedy połączyło. Za każdym razem, kiedy odpalałem Unfinished Businness, Farewell To The Fairground czy The Price of Love, wciąż znałem tekst na pamięć i wspominałem nasze wspólne, piękne czasy.

W tym roku pomyślałem sobie, że fajnie będzie trochę bardziej sprawdzić, co się dzieje u White Lies. Wpadłem w marcu na koncert do Poznania, promujący najnowszy album. Po prawie 10 latach wreszcie się zobaczyliśmy, najnowsze kawałki brzmiały bardzo OK. Ale serce biło mi szybciej, kiedy wchodziły pierwsze takty To Lose My Life czy Death. Dekadę od wydania tych piosenek, wciąż je grali i było to dla mnie jak fajne wspomnienie z pierwszej randki. Nie planowałem go już powtarzać, był to dla mnie zamknięty rozdział. Dopóki oni nie postanowili ogłosić, że jesienią wyruszają w trasę z okazji 10-lecia To Lose My Life i zagrają jeden koncert w Warszawie. Pamiętam, że kiedy się o tym dowiedziałem, serce prawie mi wyskoczyło z klatki. Musiałem tam być.

Wszystkie zdjęcia we wpisie są mojego autorstwa

I mi się udało. Wczoraj, w wypełnionej po brzegi Stodole, Harry McVeigh, Charles Cave i Jack Lawrence-Brown przypomnieli mnie – oraz zapewne całemu obecnemu tam tłumowi fanów – za co ich pokochałem 10 lat temu. Zaczęli koncert od zagrania w całości swojego debiutanckiego krążka, od Death do The Price of Love. Ubrani jak za dawnych lat, cali na czarno. Gdyby nie zarosty i fryzury, można by pomyśleć, że to te same chłopaki co sprzed dekady. Atmosfera koncertu była wielkim świętowaniem – jeszcze przed startem pierwszego kawałka wystrzelono czarne konfetti, na finał rzucono w tłum balony, a publiczność robiła co mogła by przekrzyczeć nagłośnienie. Panowie z White Lies uśmiechnięci od ucha do ucha na widok entuzjazmu publiczności i jej śpiewu wszystkich hitów sprzed dekady. A wśród tłumu ja, w pierwszym rzędzie. Tak blisko tych facetów, w których się zakochałem 10 lat temu, a potem rozczarowany ich porzuciłem. I mi się zrobiło wstyd. Wstyd, że śmiałem w nich wątpić. Zwłaszcza, że po odegraniu całego To Lose My Life postanowili zagrać kilka hitów z kolejnych lat, które też brzmiały bardzo dobrze. I tłum wciąż szalał. To byli ci, którzy w nich nie zwątpili tak jak ja. Znowu mi się zrobiło wstyd. Ale też poczułem się szczęśliwy, że ich usłyszałem tak, jak pragnąłem ich usłyszeć na żywo przed dziesięciu laty.

Dzięki wejściówce VIP, mogłem posłuchać ich na soundchecku.

Po tym koncercie wiem już jedno – nigdy więcej w nich nie zwątpię. I jasne, jestem świadomy, że oni chcieli wywołać we mnie takie własnie emocje. Przypomnieli mi o swoich początkach, bo są świadomi jak ich wtedy pokochałem ja i wielu ludzi w Europie. Chcieli uderzyć fanów nostalgią. I zrobili to wczoraj bardzo skutecznie. Tak bardzo, że ja – który ich swego czasu porzucił – zapragnął do nich wrócić, jak do swojego dawno niewidzianego byłego partnera.