Nowy rok – nowa Rihanna. Po co?

Nowy rok – nowa Rihanna. Po co? post thumbnail image

W listopadzie 2012 powtórzył się scenariusz, który przerabialiśmy rok oraz dwa lata wcześniej. Najpierw nic kompletnie na to nie wskazywało, a potem niczym grom z jasnego nieba pojawiają się wieści kompletnie zmieniające sytuację. Bez owijania w bawełnę – o czym mowa? Ano o tym jak znana młoda piosenkarka zamienia się w fabryczną taśmę produkcyjną nagrań wydając nowy album rok po roku. Tak – to właśnie Rihanna.

W czasach, w których nie mam prawa pamiętać było aż normalne że artyści/zespoły wydawali aż kilka płyt rocznie. Z tym, że (uwaga, zacznie zalatywać starczym malkontentyzmem) to były inne czasy. Artyści wtedy popularni sami tworzyli własną muzykę, która łatwo się sprzedawała, nie można było jej ściągnąć z Internetu, nie trzeba było wyruszać w światowe tour po stacjach telewizyjnych aby zachęcić do kupna płyty, niepotrzebne były bardzo intensywna promocja i kosztujące miliony trasy koncertowe. A teraz? W dobie myślenia „nie będę kupował, skoro mogę ściągnąć z sieci” (osoby z takim podejściem do muzyki tępię jak komarzyce przysysające się do mnie latem) i przyznawania Złotych Płyt za sprzedanie 15 tysięcy sztuk (dla zagranicznego artysty ten wymóg jest mniejszy o 5 tys.), nie ma czasu i pieniędzy na wydawanie premierowego materiału rok po roku. Trzeba wciąż sprzedać ostatnią.

Dobra, skończmy te nic nie wnoszące dywagacje, i wróćmy do naszej bohaterki. Myślę, że słuchaczom radiostacji komercyjnych, widzom Vivy i MTV, i czytelnikom Onetu i Interii nie trzeba przedstawiać tej pani. Myślę, że nie trzeba nikomu. Niespełna 25-letnia Robyn Fenty (Rihanna to w rzeczywistości jej drugie imię) nagrywa hit za hitem, jest obecna w mediach, grywa mnóstwo koncertów (w Polsce gościła 3 razy – w Krakowie, w Warszawie, oraz w Łodzi) i zalicza wszystkie liczące się rozdania nagród jak Grammy czy Video Music Awards. Aby nie mieć pojęcia o jej istnieniu, należało przebywać przez ostatnie 8 lat na Księżycu. Chociaż sądzę, że jej fani stwierdziliby że nawet tam musiałby dotrzeć jej głos i seksapil.

Teraz pobawmy się w muzycznego historyka, aby wiedzieć dokładnie o czym mówimy. Zaczęło się, gdy w listopadzie 2009 nasza gwiazda wydała album Rated R, który stylistycznie odbiegał od wcześniejszych dokonań. Rihanna stała się mroczniejsza, teksty nabrały większego „pazura” – miało to bezpośredni związek z pobiciem jej przez Chrisa Browna. I niestety, album okazał się porażką komercyjną – w porównaniu do wcześniejszego gigantycznego sukcesu longplaya Good Girl Gone Bad (z tego krążka pochodzi hit Umbrella). Single przepadły w tłumie, sprzedaż kulała, kariera Rihanny wisiała na włosku. Również wizerunek RiRi jako niebezpiecznej, mrocznej dziewczyny nie przypadł do gustu masowej publice.

Trasa koncertowa i ciągłe zmiany image’u również nie pomagały. Trzeba było ratować gwiazdę, i podjęto decyzję o prędkim wydaniu kolejnego krążka. Wraz z tym przyszła kolejna zmiana wizerunkowa gwiazdy. Jak na album wydany równo rok po poprzednim, to longplay zatytułowany Loud (listopad 2010) wypadł bardzo porządnie i przyzwoicie (przynajmniej w ocenie autora). Rihanna uśmiechnięta, kolorowa, z burzą czerwonych włosów i z przyjaznymi radiowymi hitami dawała się lubić, czemu ludzkość dawała wyraz w kupowaniu krążka, oraz wyprzedawaniu koncertów na całym globie.

Loud Tour trwało w najlepsze, RiRi miała zaraz dojechać do Polski zagrać w Ergo Arenie, mówiło się o wydaniu reedycji Loud i udokumentowaniu trasy koncertowym DVD. A tu nagle… bum! Zmiana planów, wydajemy szósty album, i to natychmiast! Co z tego że wciąż promujemy jeden koncertami! Wydajemy nowy, zmieniamy Rihannie image, nagrywamy jak najszybciej nowe utwory, i kręcimy teledyski! Dwa naraz od razu! Od razu człowiek się zastanawia kiedy ona ten album nagrała? W tourbusie pisząc na kolanie? Wydała stare dema? Wzięła wszystko z publishingu? Bo tak czy siak – album nazwany Talk That Talk (tak, zgadliście – wydany w listopadzie!) brzmiał strasznie słabo (po raz kolejny mówię – w mojej ocenie). Niemniej, sprzedał się całkiem nieźle, dzięki hitowemu We Found Love (nagrane przy wsparciu samego Calvina Harrisa). Po tym albumie RiRi zdawała się nieco wystopować – kontynuowała trasę (6 grudnia wystąpiła w Łodzi – dalej pod hasłem Loud Tour), zaliczyła aktorski debiut na dużym ekranie, znalazła też czas aby zaśpiewać na albumie Coldplay. Poza promowaniem płyty kolejnymi singlami, nie działo się u niej za wiele. Do czasu…

Pod koniec sierpnia Rihanna zapowiedziała wyruszenie w kolejną światową trasę koncertową, tym razem pod nazwą Diamonds World Tour. I najdziwniejsze dla mnie było to, że jeszcze nie ogłosiła wydania nowego albumu na listopad, a jedynie potwierdzono wydanie DVD Loud Tour jeszcze w 2012. Już zacząłem myśleć, że dała sobie na wstrzymanie… kiedy nagle ogłoszono datę wydania nowego singla. Przyznam się szczerze, że szczęka mi opadła do samej podłogi. I stało się – Unapologetic ujrzało światło dzienne w listopadzie, przy ostrej promocji w mediach (Onet w niektórych swoich sensacyjnych newsach wręcz dobijał). Album wciąż sprzedaje się rewelacyjnie, mimo wydanego (póki co) jednego singla – obecnie ma w Polsce status Platynowej Płyty, a w USA posiedział trochę na szczycie notowania Bilboardu. Smaczku całej historii dodaje fakt, iż dopiero w grudniu ukazało się DVD z trasy promującej piąty album, podczas gdy siódmy już leżał na sklepowych półkach. Ciut dziwacznie – to trzeba przyznać.

W marcu Rihanna zaczyna Diamonds World Tour, i znowu będzie wiecznie zajęta lataniem po świecie i rozmowami z dziennikarzami. Nawet bez tego nasza gwiazda jest wszędzie obecna – na okładkach magazynów, w kolekcjach odzieży. Dobra, tu się kończy nasza historia. Tak, dokładnie tyle się wydarzyło w ciągu zaledwie ostatnich czterech lat. Rihanna narzuciła sobie zabójcze tempo, by być ciągle na ustach wszystkich, i by utrzymać stale status supergwiazdy (a nią niewątpliwie jest). Pozostaje teraz pytanie – po co jej to? Czemu ona aż tak chce się (że tak to brzydko określę) wyciskać jak cytryna?

Jedną diagnozę można postawić natychmiast bez zastanowienia (w tej chwili jacykolwiek fani Rihanny powinni zamknąć przeglądarkę, lub przygotować sobie słownik przekleństw które zaraz na mnie wytoczą). Największa obecnie supergwiazda jest marionetką bez własnego zdania, i własnych ambicji, a Def Jam Recordings (wytwórnia ta wydaje albumy Rihanny od samego początku jej kariery) traktuje ją jako maszynkę do największego powiększenia zasobności konta. Wiem, brzmi to strasznie wrednie. Ale tak to właśnie wygląda. Rihanna bez dłuższego odpoczynku, bez przerwy w mediach lub w trasie jest ruszającym się kapitałem, który przynosi naprawdę konkretny zysk. Co z tego że może jest przemęczona ciągłym zainteresowaniem swoją osobą, co z tego że może mieć dosyć ciągłych eksperymentów image’u. Póki jest u nas, ma nas słuchać i napełniać kieszeń! Dobra, starczy. Myślę że wiecie co mam na myśli.

Jednak, jako optymista i – mimo wszystko – sympatyk twórczości Rihanny, wolę wierzyć że również ona sama może stać w większości za takimi posunięciami. Właśnie z tego samego powodu co powyżej – przez wytwórnię. RiRi co prawda często powtarza jak wiele zawdzięcza Def Jam, może jednak skrycie marzy o wyrwaniu się ze szponów tego brandu? I co robi żeby jak najszybciej uciec? Wydaje nowy album rok po roku, by jak najszybciej zakończyć kontrakt z wytwórnią, i go nie przedłużać. Przesadzam? Ani trochę. Podobne taktyki stosowało wiele zespołów/artystów (np. Joss Stone), by potem uciec do niezależnych wytwórni lub założyć własny label wydawniczy. Może to właśnie chodzi po głowie naszej RiRi?

Macie nie dosyć teorii spiskowych? OK, jeszcze jedna. Ale już ostatnia. A mianowicie, ogromne parcie na szkło. I w tym wypadku nieważne czy Rihanny, czy Def Jam (chociaż w tym wypadku bardziej jej winno na tym zależeć).  Może w tych 173 cm seksownego ciała kryje się wielka, wciąż niespełniona potrzeba bycia wielką, i zauważaną? Może coś w tym być. Wielu fanów RiRi zna szczegóły jej trudnego dzieciństwa i życia nastolatki na Barbados. Rekompensowanie sobie w dorosłości bólów młodości? Tu trzeba by bardziej psychologa, ale – powtórzę się – myślę, że wiecie co mam na myśli.

Rihanna jest jeszcze młodą kobietą – za niecały miesiąc skończy 25 lat. Od siebie życzyłbym jej tylko jednego – by z takiego przepracowania nie skończyła w Klubie 27. I chyba wszyscy jej tego życzymy. 7 lipca nasza gwiazda wystąpi po raz kolejny w Polsce – w Gdyni, na „afterparty Open’era”. Gdybym mógł jej zadać jej jedno pytanie, i miał pewność że odpowie całkowicie szczerze, zapytałbym o jedno – czy jest szczęśliwa z takim sukcesem na karku?

(pisane przy m.in Lanie Del Rey, P!nk, Brodce, i oczywiście Rihannie. Osobiście polecam wam tę perełkę z jej dokonań.)