Klęska własnego sukcesu: Dua Lipa „Radical Optimism”

Klęska własnego sukcesu: Dua Lipa „Radical Optimism” post thumbnail image

Kiedy wydajesz album, który niemal z dnia na dzień staje się kulturalnym movementem, to nagranie i wydanie kolejnego jest wyzwaniem. Masz wtedy dwa wyjścia. Pierwszym jest trzymanie się sprawdzonej formuły i podarowanie światu bezpiecznej kontynuacji ustawionego wcześniej kursu. Drugie – to zaryzykować i zmienić swoje brzmienie na inne tory. Dua Lipa mając mnóstwo do stracenia zrobiła to drugie. I do dziś nie jestem pewien czy dobrze tym zrobiła. Bo Radical Optimism do dziś zostawia słuchacza w stuporze.

Trzeba mieć w sumie sporo odwagi (a także zaufania od wytwórni) żeby po takim trzaskaniu oczywistych hitów postawić na coś mniej chwytliwego i nie do końca sprawdzonego w mainstreamie obecnej dekady. W tym przypadku porzucenie house/dance’u na rzecz… inspiracji britpopem i klasyką brytyjską z początków lat 2000. Utwory na Radical Optimism nie przypominają niczego z typowych radiowych playlist. Większość ma dość proste i nieco jednostajne instrumentarium. Tak, to wciąż pop, ale bliżej temu do klimatów takich artystek jak Lilly Allen czy Jessie J (czy ktoś tu je jeszcze pamięta?).

Czy są tam dobre piosenki? Jak najbardziej – Houdini to wciąż rewelacyjny imprezowy banger. Training Seasons ma jeden z najlepszych hooków w karierze Duy. Whatcha Doing brzmi jak najlepsze lata Sugababes (one też mogłyby wrócić do łask mainstreamu). French Exit to inspirowany nieustannie modnym latino miły letniaczek. Oceniając cały album, to pod kątem technicznym nie ma się do czego przyczepić. Piosenki dobrze zaaranżowane i w porządku wyprodukowane, bez obciachu i wstydu. Ale celem popu jest by zapadał w pamięć, nie przechodził niezauważony. Ja po miesiącu obcowania z Radical Optimism wciąż nie zapamiętałem z tej płyty więcej niż pierwsze dwa single. To nie jest album do zapamiętania, który – tak jak poprzednik – długo i mocno rezonuje ze słuchaczem.

Największy zarzut mam do tego jak album był zapowiadany. To miał być „przepełniony psychodelicznym popem hołd dla brytyjskiej kultury rave”, jak mówiła sama zainteresowana, a na Apple Music wciąż wisi adnotacja że „album oferuje ukłony w stronę trip-hopu”. I ja w te zapowiedzi uwierzyłem, wiedząc że za brzmienie będa odpowiadać tacy producenci jak Kevin Parker (koleś z zespołu Tame Impala) oraz Danny L. Harle (który współtworzył zeszłoroczny album Caroline Polachek, czyli najlepszy album pop 2023). I co z tego wyszło? Ani tu psychodelii, ani trip-hopu, ani tym bardziej rave’u. To zwyczajny pop. Niestety, z kategorii tych mało angażujących.

Największym problemem w odbiorze Radical Optimism jest to, że wcześniej ukazała się Future Nostalgia. Gdyby tę kolejność odwrócić, to jestem bardziej niż pewien, że ogólne reakcje na trzeci album Duy byłyby znacznie jej przychylniejsze. Bo traktowalibyśmy ten „radykalny optymizm” jako solidne odbicie po dość generycznym debiucie i wprawkę do lepszych rzeczy, jakie Dua mogłaby zaserwować w przyszłości. Ale w sytuacji, kiedy mieliśmy wcześniej album, który wręcz zmienił popkulturę, był inspiracją niemal każdej dance-popowej płyty ostatnich trzech lat i dosłownie zawiesił wokalistce poprzeczkę w samym kosmosie – wtedy ciężko od razu polubić Radical Optimism. Jeśli w ogóle się da.

Bo trzeci album Duy Lipy nie jest zły. Nie jest też przeciętny. Jest zwyczajnie dobry. Ale do poziomu poprzednika nie doskoczył. I jak to trafnie opisał Michał z DreamStreamaRadical Optimism to wakacyjny romans, a Future Nostalgia była miłością na całe życie”. I trudno się z tym nie zgodzić.