Najlepsze albumy 2021 – sekcja zagraniczna

Dookoła w mainstreamowych mediach i niektórych blogach widzę głównie narzekania, że 2021 nie dostarczył za wiele muzycznie. No to znowu wchodzę ja z tak dużą ilością zachwytów, że w tym roku musiałem złamać własne zasady odnośnie podsumowań rocznych. Wcześniej robiłem tylko jedno zestawienie albumów, bo nie było ich za wiele. W 2021 miałem tyle dobrego słuchania, że zdecydowałem się oddzielić muzykę zagraniczną od polskiej. Oto moje 20 najlepszych albumów 2021 spoza Polski.

Garbage – No Gods No Masters

Poprzedni album Garbage – Strange Little Birds z 2016 – wydarzył się tuż po tym jak zespół Shirley Manson i Bucha Viga obchodził 20-lecie debiutu i wpływy tego debiutu mocno było słychać na kolejnym długograju. I podobny case jest z zeszłorocznym No God No Masters. Z tym, że tutaj słychać mocno czasy drugiego albumu Garbage – Version 2.0, którego 20-lecie zespół świętował wcześniej. Z tym, że jest tu bardziej industrialowo (Godhead i Wolves brzmią jak żywcem wyjęte z albumów Nine Inch Nails), nieco mniej chwytliwie, ale za to wyśmienicie wyprodukowane. I nie zamierzam tutaj oskarżać Shirley i panów o autoplagiat, a jedynie pochwalić za świetne oddanie hołdu własnej przeszłości. Swoją drogą, zastanawiam się ile osób w Polsce jeszcze interesuje się tym zespołem w równie wysokim stopniu co ja – w sensie, żeby zamawiać przedpremierowo album w wersji deluxe na CD i limitowanego winyla.

Danny Elfman – Big Mess

Jeden z najbardziej rozchwytywanych kompozytorów filmowych świata miał w 2020 wystąpić na Coachelli z koncertem podsumowującym jego karierę. Miał też tam zaprezentować swoje nowe autorskie utwory. Coachella z wiadomych powodów się nie odbyła, ale jak Elfman siedział w domu i zaczął pisać… to powstał z tego właśnie ten wielki chaos – Big Mess. Materiał momentami wręcz metalowy, z Dannym śpiewającym kąśliwie i pociągająco zarazem, a w tekstach pełno goryczy, wkurzenia na pandemię i degenerację społeczno-polityczną świata. Strona wizualna albumu też robi niesamowitą robotę, że nawet ona pokazuje że dzieje się coś bardzo dziwnego. I pięknego zarazem. Aż się prosi powiedzieć „pandemio, dziękuję ci za album Danny Elfmana”.

Wolf Alice – Blue Weekend

Po zdobyciu Mercury Prize to w sumie można już osiąść na laurach. Ale Wolf Alice widać nie mieści się to w głowie, bo Blue Weekend nie tylko dorównuje genialnemu Visions of Life, ale też na swój sposób rozwija poprzednika. O ile tamten album był bardzo mroczny i surowy, tak Blue Weekend wnosi sporo światła i nowej, bardziej punk-popowej energii w dyskografii Wolf Alice – czego singlowe Smile było świetnym przykładem. Skutek? Pierwsze miejsce na brytyjskiej liście sprzedaży, podium zestawień roku u NME i Guardiana oraz kolejna nominacja do Mercury Prize. I najlepszy album w karierze Wolf Alice.

Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club

Wydane pół roku później Blue Banisters było już zapchajdziurą ewidentnie złożoną z odrzutów po poprzedniczce, bo brakowało tam spójności. Spójności, która jest siłą Chemtrails Over The Country Club. Spójności, dzięki której ten album najmocniej działa słuchany od początku do końca. Spójności, w której hasło „Too Lana Del Rey” nie jest obelgą – jest siłą. Po więcej argumentów zapraszam do mojej recenzji.

Shortparis – Yablonnyj Sad (Яблонный сад)

Muzyka Shortparis jest dla mnie niewytłumaczalna i nie chodzi mi tu tylko o barierę językową. Nie potrafię wyjaśnić co takiego jest w tej mieszance rocka, elektroniki, etno i industrialu z tym jęczącym nieco wokalem, że nie potrafię się od tej muzyki oderwać. Może to myśl, jak bardzo fascynująco by to brzmiało na żywo? Nie wiem. Ale Yablonnyj Sad jest pozycją niesamowicie ciekawą. Dajcie im choć jedną szansę.

St. Vincent – Daddy’s Home

Czy Jack Antonoff w ogóle śpi? Od 2020 zrobił mnóstwo piosenek na cztery albumy Taylor Swift, po albumie dla Lany Del Rey, Clairo i Lorde, w 2021 wyszedł nowy album Bleachers, a on jeszcze w międzyczasie zrobił St. Vincent album, który jest jest pierwszym który kupił mnie w całości. Jasne, że to nie jego pierwsza współpraca z Annie Clark, ale dopiero ten klimat obecnego na Daddy’s Home psychodelicznego soul-popu zmieszanego z klimatem jazzowego Nowego Orleanu sprawił, że pokochałem St. Vincent bez reszty. Płyta z 2021, ale totalnie brzmiąca jak Pink Floyd na kwasie.

London Grammar – Californian Soil

Że co?! London Grammar nagrało album przystępny? Skoczny w brzmieniu? Wręcz PRZEBOJOWY?! Już przy samych singlach musiałem sprawdzać czy przypadkiem przez ostatnie 4 lata Hannah Reid nie wywaliła całego zespołu, ale nie – to wciąż to samo London Grammar… No dobra, wcale nie to samo! Zdecydowanie bliżej klimatów Lorde i The XX niż Massive Attack, więcej drum’n’bassu niż quasi-orkiestrowych aranży (które przecież były siłą poprzedniego Truth Is a Beautiful Thing) i mnóstwo chwytliwych refrenów o które powinny bić się gwiazdy pop. W życiu bym nie pomyślał, że kiedyś będę mógł tańczyć do London Grammar, a teraz to robię z ochotą.

Joy Crookes – Skin

Amy Winehouse żyje i ma się nieźle. Reinkarnowała się w postaci 23-letniej londyńskiej wokalistki o bangladeskich korzeniach. A już tak serio – to głos Joy Crookes momentami brzmi tak bliźniaczo do Winehouse – zwłaszcza w 19th Floor czy singlowym When You Were Mine – że naprawdę można ją pomylić z autorką Back To Black. Ale nie ma mowy o bezmyślnym kopiowaniu – jest tu sporo własnej tożsamości Crookes, biorącej garściami z tradycji jazzowych i R&B. I pełno opowieści o tejże tożsamości, które chwytają za serce. Trzymam kciuki, by pandemia nie powstrzymała nadchodzącego koncertu Joy w warszawskich Hybrydach.

Moby – Reprise

Kiedy dowiedziałem się, że Moby wydaje album z reinterpretacjami swoich utworów na orkiestrę (i to jeszcze w samym Deutsche Grammophon!) to autentycznie krzyknąłem na środku ulicy „NAJWYŻSZY KURWA CZAS!”. Mimo, że ostatnich studyjnych dokonań Moby’ego nie słuchałem wnikliwie, to jego przeboje z dawnych lat już dawno prosiły się o takie wykonania jakie dostaliśmy na Reprise. Natural Blues zyskało na mocy (duża zasługa głosu Gregory Portera), Lift Me Up i Porcelain do momentu wejścia wokali są nie do poznania, przepiękna interpretacja Heroes Bowiego, We Are All Made Of Stars zdolne do wyciskania łez… Tak, te numery zasłużyły na takie odświeżenie.

Arlo Parks – Collapsed in Sunbeams

Po pierwszych dwóch EPkach Arlo mój balon oczekiwań miałem naprawdę porządnie napompowany. Oczekiwałem coś jakby eksplozji. I wbrew pozorom, dostałem ją. Album Arlo wydany w styczniu okazał się emocjonalną bombą trudnych tematów – artystka śpiewa o depresji, otwartym mówieniu o swoich uczuciach, o związkach jednopłciowych, portretuje bezbłędnie generację Z – które mają jak wybrzmieć w tych stonowanych, spokojnych neo-soulowych rytmach. Słyszymy tylko lekkie gitary, bity i nastrojowe klawisze. Daje to klimat tak uniwersalnego albumu, że zarówno zimą wchodził do głowy, jak i latem dawał jeszcze więcej ciepła. Wierzcie mi na słowo, Mercury Prize 2021 trafiło w dobre ręce.

Roosevelt – Polydans

Zacząłem kompletować to zestawienie niedługo po premierze albumu Roosevelta. Byłem pewien, że tu trafi. Bo to najlepsza pop-dance’owa płyta tego roku, która w idealnym świecie byłaby tak popularna co Future Nostalgia w 2020. Wokal Roosevelta z tymi funkowymi gitarami, basami i wszędobylskimi Rolandami robią tu genialną imprezę. Słuchając chociażby Feels Right czy Forget nie umiałem powstrzymać się od tańczenia na środku ulicy. I słychać że sam artysta też robił ten album do tańca i zabawy. Dajcie mu się porwać w to szaleństwo.

Billie Eilish – Happier Than Ever

Poprzeczka wisiała wysoko. Po zdobyciu wszystkich możliwych nagród i topów list przebojów za poprzedni album, potencjalny upadek drugiej płyty brzmiałby boleśnie, a powiem szczerze – pierwsze single nie zapowiadały rewelacji. Za to cały album okazał się… naprawdę niezłym rollercoasterem gatunkowym. Billie romansująca z jazz-popem (Billie Bossa Nova, Your Power) i downtempem (Everybody Dies, Getting Older), potem dowalająca electropopem (Oxytocin, NDA, Therefore I Am) i rockiem – no to nie jest coś co spodziewałem po autorce Bad Guy. O ile debiutancki album był ewidentnie zbiorem singli i słuchanie na wyrywki nie przeszkadzało w odbiorze – tak Happier Than Ever jest już pełnym albumem: opowieścią od początku do końca.

Ashnikko – DEMIDEVIL

Pop, rap, punk i rewolucja seksualna. W dużym skrócie to jest DEMIDEVIL. Debiutancki Mixtape Ashnikko jest tym wszystkim, czego oczekiwałoby się od artystki wychowanej na przełomie tysiącleci walczącej o wolność ekspresji płci i twórczości niesklasyfikowanej gatunkowo. Bo na DEMIDEVIL jest praktycznie wszystko – od samplowania Kelis i Avril Lavigne, nieskrępowane śpiewanie o orgazmach i seksie (w duecie z równie nieskrępowaną Princess Nokia) po punk-popowe gitary i rzucanie „fuckami” na prawo i lewo. Jedynym minusem jest to, że trwa niecałe pół godziny. Bo chciałoby się tego więcej.

Hayley Williams – Flovers For Vases/descansos

Często się zastanawiam czy w przypadku twórczości Hayley Williams umiem być obiektywny. Bo to niełatwe, zwłaszcza kiedy ona robi mi takiego psikusa z albumem bez zapowiedzi, dla którego zarywam nockę. I w zamian dostaję po raz kolejny Hayley rozebraną z emocji, ale tym razem tłem są tu akustyczne instrumenty, folk i americana. Subtelne niczym Folklore Taylor Swift, ale równie szczere co Petals For Armor.

Little Simz – Sometimes I Might Be Introvert

Donda? Dajcie spokój. Najlepsza i najbardziej rozbudowana rapowa płyta 2021 przyszła tydzień później. Little Simz udowodniła, że sukces GREY Area nie był przypadkiem, a jedynie wstępem do budowania potęgi. Ponad godzinna, niemal filmowa w narracji Sometimes I Might Be Introvert ma w sobie wszystko – od rozbuchanych aranżacji, po soul-popowy płynący leniwie rytm, musicalowy feeling, funkujące electro i Rolandy, aż do tekstów które otwarcie wzywają do wojny o lepszy świat. I nie ma tu pustych frazesów – bo w technice raperskiej Little Simz nie czuć fałszu. Dzieło totalne. Płyta, która będzie przykładem dla przyszłych pokoleń raperek i raperów.

Halsey – If I Can’t Have Love, I Want Power

Twórczość Halsey zwykle leżała poza granicami moich zainteresowań. Jej pierwszy album brzmiał mi jak epigonka po Ellie Goulding, kolejne zwyczajnie nudziły. Ale kiedy zapowiedziano, że nowy album został wyprodukowany przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa, to nie było opcji – trzeba było przesłuchać. Dostałem tak pasjonujący materiał, że do końca roku nie mogłem się od niego oderwać. Para producencka nie przyćmiła Halsey, a jedynie odkryła z niej nowe warstwy. Bo artystka sprawdziła się jako pop-grunge’owa wokalistka, jako miłośniczka hard-rocka, jako electro-rockowa dusza głośno manifestująca prawo do własnej siły i słabości, śpiewająca o trudach i radościach bycia w ciąży. Te częste zmiany tempa na albumie nie dają wrażenia, że każdy utwór jest „z innej parafii”, wprost przeciwnie – daje to kompletny obraz nowej Halsey oraz uniwersalnego mistrzostwa produkcji Reznora i Rossa.

Arca – KICK ii / KicK iii / kick iiii / kiCK iiiii

Jak widać, KiCK i z 2020 był tylko rozgrzewką. Arca postanowiła za jednym zamachem (wszystkie albumy ukazały się w przeciągu czerech dni, jeden po drugim) dokończyć swój cykl o seksualności, granicach ciała i umysłu. „Jedynka” była klasycznym (jak na Arkę) dekonstruktem muzyki electro i clubu, mocno kojarzące się z hyperpopem. Za to kolejne części to już jazda po bandzie – „dwójka” i „trójka” biorą garściami z reggaetonu i latino, „czwórka” brzmi jak niekontrolowany house/trance’owy DJ set, a finałowa „piątka” to ambientowe wyciszenie emocji po wcześniejszych rollercoasterach. Arca ewidentnie stworzyła ten cykl z myślą, by był słuchany po kolei, album po albumie. Wtedy on rezonuje jako kompletne, producenckie dzieło. Ale trzeba uważać, bo potrafi mocno potrzepać.