Albumy z 2022 które lubię… ale nie polecam

Prawdopodobnie to będzie najdziwniejsze podsumowanie albumowe minionego roku jakie powstało gdziekolwiek. Jest to bowiem zestaw albumów z 2022 których ja słuchałem dużo, z wielką namiętnością i nierzadko wręcz miłością do danego wykonawcy (wielu z nich nazwę wręcz moimi idolami), ale… nie jestem w stanie polecić ich z czystym sumieniem jako „najlepszych albumów 2022”. Dlaczego? Ponieważ w 2022 było wiele naprawdę świetnych albumów, znacznie lepiej skomponowanych i wyprodukowanych. Chciałbym jednak oddać tu miejsce również tym, które były w jakimś stopniu dla mnie ważne w 2022 zamiast udawać, że nie istniały.

Avril Lavigne – Love Sux

Avril po latach osobistych przejść, walk zdrowotnych i niezbyt udanych eksperymentów z brzmieniem popowym powróciła do tego, za co świat pokochał ją 20 lat temu – żywiołowego, energicznego punk-popu, który za sprawą fali nostalgii wrócił do łask list przebojów i festiwalowych line-upów. Trzy akordy, darcie mordy, szybka solówka, większość utworów nie dobija do trzech minut, przez co całość trwa raptem pół godziny. Przepadłem w ten feeling bez reszty, poczułem się jak nastolatek. Dla mnie obcowanie z Love Sux było czysto emocjonalne – bo nie mam wątpliwości, że technicznie jest to album nieco monotonny, nagrany jakby na autopilocie, po jednym odsłuchaniu nic się z niego nie pamięta. Ale i tak słuchałem na ripicie i z miłością. I z wielkim oczekiwaniem na koncert Avril w łódzkiej Atlas Arenie już 30 kwietnia!

Editors – EBM

Moja miłość do tej kapeli zaczyna się i kończy w momencie wydania nowego albumu. Każdy nowy album Editors jest dla mnie świętem, słucham go przez jakiś tydzień niemalże na ripicie… a potem o nim zapominam. Powtarzam ten schemat u nich cały czas i to samo mam z EBM. Jest to niesamowicie przebojowy album (Picturesque na żywo musi mieć niesamowitego kopa), nafaszerowany fajną elektroniką dobrze ubogacającą brzmienie, momentami gdzieś słychać echa Trenta Reznora (chociażby takie Silence czy Strange Intimacy brzmią jak żywcem wyjęte z ostatnich albumów Nine Inch Nails). Sęk w tym, że po każdym przesłuchaniu nie jestem w stanie nic z tej płyty zapamiętać na potem. Ale mam zawsze ochotę odpalić ją jeszcze raz i jeszcze raz. Co jest do cholery ze mną nie tak?

Yungblud – Yungblud

Ten sam case co wyżej wymieniona Avril. Mam z tym Brytyjczykiem relację mocno emocjonalną. Yungblud dużo śpiewa o odrzuceniu, zniszczonych relacjach i prezentuje podejście w stylu emo. Pod kątem muzycznym jest to prosty pop-rock/punk-pop, gdzie mamy dużo krzyczenia i mocno wysuniętej gitary. Co mnie więc w tym młodzieńcu przykuwa? To, że doskonale pamiętam jak to jest być takim odrzuconym przez rówieśników, niezrozumianym przez rodzinę dzieciakiem, których to idol bierze w obronę śpiewając im „hej, jestem taki jak ty, rozumiem cię”. Możliwe, że dalej jestem tym dzieciakiem. I chyba tylko będąc takim dzieciakiem można słuchać tej płyty bez przerwy.

Sarsa – Runostany

Zupełnie nowe twórcze otwarcie Sarsy. Bez rogów na głowie, bez pstrokatych kolorów i co najciekawsze – w klimacie bliżej Patti Smith, Nirvany i PJ Harvey. Gdy kilka lat temu recenzowałem jej debiut, to na myśl o takiej ewolucji Sarsy umarłbym ze śmiechu. Tymczasem, na Runostanach sączą się gęsto niemal shoegaze’owe gitary, perkusja daje aż miło, a Sarsa wreszcie śpiewa bez gubienia sylab (co było jej wręcz znakiem firmowym na poprzednich płytach). Przy czym nie jest to album idealny, bo artystka zdaje się w tym klimacie jeszcze błądzić i eksperymentować. Ale jest to dobry początek nowego otwarcia, dlatego Sarsa ma mój kredyt zaufania. A jeszcze w styczniu ukaże się jej nowy singiel… ze Zdechłym Osą!

Natalia Nykiel – Regnum

Podobnie jak wyżej wymieniona Sarsa, Nykiel także rozpoczęła nowy twórczy etap w karierze. Regnum bliżej do klimatu alternatywnego popu spod znaku Króla czy Darii Zawiałow niż tej mocnej elektroniki do której nas przyzwyczaiła swoimi hitami. Dużo tu nieoczywistych wpływów – world music, latino, country czy akustyki. Strasznie dziwna układanka, nie wszystko zagrało jak trzeba. Bardzo szanuję Natalię za chęć wyłamania się z z ram sztywnej elektroniki, osobiście uznaję ten krążek za najdojrzalszy w jej karierze. Ale żeby z nim obcować ciągle i nieustannie – to trzeba być jej mocnym fanem. Jak ja.

Sanah – Uczta i Poezyje

Co do Uczty zdania nie zmieniłem – jest to dla mnie jej najgorszy album w karierze, który bardziej jest kompilacją utworów napisanych pod zaproszonych gości. Nie będę się powtarzał, odsyłam do mojej recenzji. Wydane parę miesięcy później Poezyje cierpią u mnie na inny problem. Mianowicie, Sanah w wielu aranżacjach popadła w niepotrzebny patos. O ile w interpretacjach Słowackiego, Baczyńskiego i Lechonia udało się zachować klasę i słowa nie gryzą się z muzyką, tak tej nadętej Szymborskiej czy egzaltowanego Tuwima nie mogę zdzierżyć, a Mickiewicz wybrzmiał niemal infantylnie. A jaki jest finał? Uczta na winylu stoi u mnie na półce, a Poezyje czekają na zamówienie. Nie, nie umiem tego wyjaśnić. To chyba jest zwykłe fanbojstwo.

Shady Lady – Pokussa na parkiecie

Muzyka queerowa i kultura drag dopiero stawiają pierwsze odważne kroki na polskim rynku muzycznym – tymczasem zagraniczne gwiazdy drag (głównie te lansowane w programie RuPaul’s Drag Race) jadą we własne trasy międzynarodowe ze swymi performance’ami (nie omijając również Polski) i od lat wydają własną muzykę. W Polsce pierwszą taką muzyczną drag queen jest właśnie Shady Lady, która latem wydała swój debiutancki album. I będę szczery – to jest nic innego poza guilty pleasure. Pokussa na parkiecie to prosta, wręcz toporna elektronika, drag queen więcej recytuje niż śpiewa, a w tekstach nie ma nic poza pochwałą hedonizmu i „ośmioma gwiazdkami”. Tak, to jest zdecydowanie moje guilty pleasure. Shady Lady, I love you, chcę tego więcej.

Willow – <COPINGMECHANISM>

Dojrzewanie – nie tylko muzyczne – córki państwa Smith jest tematem na długi wpis (kiedyś o tym napiszę, przysięgam). Willow przez lata udowadniała że muzyka siedzi w jej duszy, ale nie zawsze była pewna w jakie ramy chce ją ubrać. W 2021 wskoczyła w punk-pop i słychać, że czuje się w nim naturalnie. Jednak o ile poprzedni krążek w tej stylistyce brzmiał niechlujnie (delikatnie mówiąc), tak na <COPINGMECHANISM> młoda wokalistka odrobiła lekcje. Album jest nafaszerowany emocjami, ale nie niepotrzebnie wykrzyczany jak poprzednik, kipiący inspiracjami grunge, punk, a nawet soul i bluesa, echa Avril Lavigne i młodego Green Day są tu wręcz namacalne. Sęk w tym, że trochę za dużo tych inspiracji jak na raptem półgodzinny album – jest to tak skondensowane, że mało co daje radę wybrzmieć tu w pełni. Po wysłuchaniu całości człowiek czuje się bardziej przebodźcowany niż zadowolony. Ale uznajmy <COPINGMECHANISM> za ciekawą wprawkę do rzeczy wielkich, jakie jeszcze może nam Willow Smith zaserwować w przyszłości.

Dawid Podsiadło – Lata Dwudzieste

Na plus temu albumowi oddaję to, że Podsiadło przestał udawać „wielkiego, natchnionego artystę” jak na Małomiasteczkowym i spuścił z siebie powietrze, by na Latach Dwudziestych lecieć w polskiego Eda Sheerana i zwyczajnie trzaskać przeboje radiowe. I parę ich tu jest – singlowy To co masz Ty! mógłby być nowym Nie ma fal, Szarość i róż fantastycznie się rozwija, mori i Millenium to najlepsze teksty w karierze Dawida, a do WiRUS to nic tylko skakać i tańczyć. Ale poza tym, jest ten album mocno nierówny – duet z Sanah nie zagrał, POST udowadnia , że Dawidowi lepiej idzie śpiewanie niż pisanie tekstów, większość kawałków wlatuje jednym uchem i wylatuje drugim. Tak jak Małomiasteczkowy wciąż jest dla mnie najgorszym albumem Dawida, tak Lata Dwudzieste są w moim rankingu tylko oczko wyżej. Tak, cała jego dyskografia na winylu stoi u mnie na półce. Nie pytajcie.


Dobra, to by było na tyle tych „ciut gorszych płyt”. Na następnych podsumowaniach 2022 będą albumy już tylko dobre i warte polecenia każdemu.