Young Leosia, czyli jak to jest być memem

Analizowanie zawartości muzycznej Hulanek i wystawianie ocen mija się z celem, bo sugeruje, że tutaj chodzi o muzykę. A dobrze wiemy, że wartością jest tu zupełnie co innego. Tu chodzi wyłącznie o bycie wiralem – czy nawet wręcz memem, którym autorka Szklanek się stała już na drugi dzień po premierze tego przeboju. I mam wrażenie, że Hulanki zostały tak nagrane i skomponowane, żeby tę memiczność Young Leosi utrzymać przy życiu.

Bo przecież Leosia zaczęła z zupełnie innego pułapu stylistycznego. Mało tego – jej kariera rapowa to efekt… coś jakby przypadku. Poznaliśmy ją po nominacji przez Żabsona w zeszłorocznym Hot16Challenge. Wtedy była tylko DJką. Debiutancki singiel Wyspy z sierpnia 2020 wyprodukowany przez Borucciego to całkiem przyjemny kawałek w stylu leniwego, romantycznego pop/r&b. Można naprawdę tego słuchać bez jakiejkolwiek żenady czy cringe’u. Niestety, tamta Young Leosia przeszła niemal bez echa. Piosenka na dziś ma zaledwie 2,7 miliona wyświetleń na YT, co przy Szklankach mających już 11 razy tyle oraz Jungle Girl z 14 milionami wygląda co najmniej żałośnie. I ten utwór wsadzony na tracklistę EPki pasuje tam stylistycznie jak pięść do nosa. Bo Hulanki to nic poza jazdą na memogennym patencie Szklanek.

Dobra, ale zacznę może od pozytywów. Bo produkcyjnie jest przyzwoicie – dancehall, reggaeton, club, trochę egzotyki i wpływów latino daje tu naprawdę niezłą imprezę. Oddałbym sporo za wersje instrumentalne, bo można z nimi samymi rozkręcić naprawdę porządną domówkę. Ale kiedy Leosia zaczyna otwierać usta, to nie wiem czy mam zacząć tańczyć w koszulce Beyoncé czy wzywać laryngologa.

Pal licho, że wieje tu monotonia i wszystko jest na jeden temat, nie wymagajmy od debiutantki zaangażowania społecznego. Ale kiedy dominują takie teksty pełne częstochowskich rymów jak „lay low, lej to, bo to już nie jest hip-hop”, „baila ella, cała sala tańczy to tu macarena”, „oddajcie lokale i hajs, nie cenzurujcie poety”, to pytanie, czemu nikt Leosi nie powiedział jak bardzo jest to infantylne, samo ciśnie się na klawiaturę. Nic poza memowym „stylem życia w stylu YOLO” i one-linerami napisanych pod śmieszne filmy na TikToku tu nie ma.

Jeszcze gorzej się robi, kiedy goście na albumie zwyczajnie obnażają warsztatowe braki Leosi, która momentami jakby gubiła końcówki wyrazów lub miała kompletnie nieskładny flow, który leci zupełnie obok linii melodycznej. Jungle Girl jest tego podręcznikowym przykładem, bo kiedy wchodzi Żabson nagle ten kawałek robi się znacznie bardziej słuchalny. Leosia równie blado wypada przy Oliwce Brazil, która w porównaniu do różowowłosej aż kipi energią i wyrazistością.

Pytanie brzmi, czy jednak tego nie należało właśnie oczekiwać od Hulanek? W końcu jak nieco romantyczne oblicze na Wyspach nie wypaliło, a dopiero „popijanie Bacardi w klubie ze szklanki” zapewniło wokalistce rozpoznawalność, to można było się spodziewać, że podopieczna Żabsona pójdzie za ciosem i nagra więcej takich memicznych kawałków. Tę kwestię pozostawiam bez odpowiedzi, nie wystawiam temu materiałowi żadnej oceny… i trzymam kciuki, by Young Leosia w przyszłości pokazała, że rapowo stać ją na coś więcej niż teksty do umieszczenia na Stronnictwie Popularów.