Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Lip 21, 2017 | 1 comment

Chester Bennington coś we mnie zmienił

Chester Bennington coś we mnie zmienił

Chester Bennington nie żyje. Wczoraj wieczorem to była ostatnia informacja, jakiej bym się wtedy spodziewał. Długo czekałem na jakiekolwiek dementi i dostałem tylko potwierdzenie od Mike’a Shinody. I wciąż nie potrafię uwierzyć w to, że nagle odszedł człowiek, którego zespół i muzyka były dla mnie bramą do słuchania rocka oraz pierwszą kapelą poszerzającą horyzonty muzyczne. I jestem pewien, że nie tylko dla mnie.

Pamiętacie pierwsze kawałki Linkin Park z końca lat 90? Jeśli wtedy wychowywaliście się na brzmieniach bardziej radiowych – czy inaczej mówiąc popowych – i kiedyś w końcu natknęliście się na kawałek z rapującym Mike Shinodą i wrzeszczącym wniebogłosy Chesterem, to musiał być dla was przynajmniej szok. Prekursorami nu-metalu to oni na pewno nie byli, ale zapewne byli pierwszymi, którymi z tej półki usłyszeliście. Dla mnie to też było coś więcej, chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Linkin Park było moim otwarciem na muzykę wielopłaszczyznową. Na muzykę, która nie jest wyłącznie popem, wyłącznie rockiem, wyłącznie metalem, wyłącznie… Na muzykę, która łączy. I wiem, że nie byłem jedyny.

Jeśli wezmę pod uwagę, że okresy dwóch pierwszych albumów Linkin Park mocno zbiegły się z początkami mojego okresu dojrzewania, to jeszcze bez poczucia żenady nazwę ich symbolem mojego nastoletniego buntu. Identyfikowałem się ze słowami Numb czy Breaking The Habit, później emanowałem wściekłością przy Bleed It Out i In The End, rozstania uspokajałem Leave Out All The Rest (a teraz słuchanie tego ostatniego brzmi niczym list pożegnalny Chestera). I wiem, że nie byłem jedyny.


Linkin Park dla mnie było też otwarciem na muzykę rockową. Bo bez bicia przyznaję się, że całe lata wychowywałem się na popie. Rock pojawiał się u mnie okazjonalnie, a Linkin Park było zdecydowanie najostrzejszym brzmieniowo zespołem w mojej muzycznej bibliotece. I nie będę udawał, że cały czas ich wspierałem i wiernie słuchałem. Ostatni album LP wciąż uważam za brzmieniową katastrofę, poprzedniego nawet nie odpaliłem (kiedyś to zrobię, obiecuję). Straciłem dłuższe zainteresowanie Linkinami gdzieś w okolicy albumu Living Things, którymi był naprawdę dobrym kompromisem ewolucji brzmienia z sentymentami fanów płyt Hybrid Theory i Meteory. I wracałem do tych albumów kilka razy do roku – jak nie do całości, to przynajmniej do singli. Po ponad dziesięciu latach wciąż znałem na pamięć teksty Numb, Faint, Given Up czy What I’ve Done. Gust mi skręcił na inne kierunki muzyczne i inne zespoły, ale sentyment i wciąż świetnie brzmiąca muzyka z początków działalności zespołu Chestera ze mną została. I wiem, że nie byłem jedyny.

Możemy być pewni, że konsekwencją śmierci Chestera będzie koniec Linkin Park. Jeśli nie na zawsze, to przynajmniej na dłuższy czas. Jakiekolwiek szukanie zastępstwa dla niego w tej chwili, byłoby bezcelowe. Musi opaść cały wodospad emocji, żebyśmy kogokolwiek innego chcieli zobaczyć i usłyszeć w tej roli. W roli człowieka, którego zespół zmieniał ludzi.

Dzięki za wszystko, Chester. Do zobaczenia.

When my time comes, forget the wrong that I’ve done
Help me leave behind some reasons to be missed
Don’t resent me and when you’re feeling empty
Keep me in your memory, leave out all the rest

  • Piotrek H.

    Nie mam w zwyczaju emocjonalnie podchodzić do takich informacji, ale tym razem coś się we mnie ruszyło… i to na tyle, że poczułem faktyczną pustkę wewnątrz.
    Myślę, że mogę się nazwać fanem LP gdyż ich karierę śledziłem od samego początku gdy udało mi się dorwać przegraną gdzieś kasetę (i nie chodzi o wideo), która została zajechana bardzo szybko. Każda nowa płyta to było wielkie wydarzenie. Każdy teledysk to był majstersztyk. Zwłaszcza Pts.Of.Athrty z albumu Reanimation i From The Inside z Meteory – Przy tym drugim nawet udało mi się znaleźć polski akcent.

    We mnie LP zmieniło postrzeganie muzyki. Otworzyło mi umysł i poszerzyło horyzonty. Otworzyłem się nieco w stronę rapu, choć i tak wolę kiedy słucham śpiewu a nie melorecytacji.
    Linkin Park zawsze zaskakiwał róznorodnością, mieszaniem stylów i gatunków – w końcu zespół miał się początkowo nazywać Hybrid Theory, ale nazwa ta była zastrzeżona dla innej kapeli. Każdy nowy album zawierał coś nowego np. A Thousand Suns był nasycony elektroniką a Reanimation zawierało genialne remixy.

    Co do samej postaci Chazy Chaza (bo tak na niego mówiono) to zawsze podziwiałem go za wokal. Miał ogromną skalę i świetnie interpretował. Zawsze sądziłem że nie da się nagrać coveru, który przebije oryginał… Chester śpiewając „Rolling in the Deep” z repertuaru Adele udowodnił mi jak bardzo się myliłem ;) a także umocnił mnie w stwierdzeniu, że w muzyce nie ma ograniczeń – bo wszystko zależy od naszej wyobraźni.