Enea Edison Festival 2021 – festiwal nieco nieoczekiwany

Nie planowałem tego festiwalu. Nigdy też nie był on na moim festiwalowym radarze. Odbywa się przy jeziorze Kierskim, 30 minut jazdy samochodem z centrum Poznania gdzie transport publiczny tam nie jest rewelacyjny, a line-up zawsze był w 100% polski. Wiem, że jest potrzeba również takich imprez, ale ja zawsze wolałem poczekać na coś większego. W tym roku wpadłem tam trochę przypadkiem. Jednego weekendowego poranka miesiąc temu na moim FB pojawiła się reklama tegorocznej edycji wraz z informacją o ostatnich dniach tańszych biletów. Pokazałem narzeczonemu, a on po zobaczeniu line-up’u odpowiedział „jedźmy tam!”. W pierwszej chwili pomyślałem, że rok festiwalowej posuchy już tak bardzo źle na niego podziałał że chciałby jechać na wszystko. A potem sprawdziłem, że termin się zgrywa idealnie z naszym początkiem urlopu, więc godzinę później już kupowałem bilety. I tym sposobem zrobiliśmy sobie miły start festiwalowego lata.

Na samym festiwalu panowała atmosfera i swoboda jakby pandemii już w ogóle nie było. Przypominały o niej tylko komunikaty ze scen nawołujące do maseczek, dezynfekcji rąk i dystansu. Rzecz jasna, nikt tego nie słuchał. Im bliżej sceny się stało, tym większy tłok panował. Co jakiś czas też z narzeczonym rozglądaliśmy się dookoła w poszukiwaniu zakrytych twarzy. Nie znaleźliśmy żadnych – nie licząc pracowników ochrony i naszych własnych. Na wejściu jeszcze tylko padało pytanie „czy jest pan zaszczepiony?”. Ja mogłem zgodnie z prawdą odpowiedzieć „tak” – ale czy zostało to jakkolwiek zweryfikowane? Możecie się chyba domyśleć. Nie chcę tu rozprawiać o czyjejś bezmyślności lub też oskarżać wszystkich uczestników o lekceważenie pandemii. Mam ochotę bardziej rzucać pomidorami w rządzących za tworzenie obostrzeń i ograniczeń, które są tak martwe jak tylko się da. A teraz nawet straszenie czwartą falą nic nie daje.

No dobra, to teraz przejdźmy do tego na co tam faktycznie przyjechaliśmy, czyli koncerty. Każdego dnia odbywało się ich osiem, naprzemiennie na dwóch scenach. Nie daliśmy rady zobaczyć codziennie wszystkich, bo a) przez moją pracę dojechaliśmy pierwszego dnia mocno spóźnieni, b) miniony tydzień tak mocno nas zajechał, że na bieganie od sceny do sceny już nie mieliśmy sił. Dlatego większość czasu spędziliśmy przy scenie głównej i zobaczyliśmy tylko niżej wymienionych (kolejność alfabetyczna).

Ania Rusowicz

Najpopularniejsza polska hipiska z zespołem otworzyła dzień drugi festiwalu i dała z siebie wszystko… na ile jej pozwoliło granie na klawiszach. Trochę mi było z tym dziwnie, bo z poprzednich jej koncertów pamiętam Rusowicz jako mocno szalejącą po całej scenie. Miała niewiele mniej niż godzinę, ale przeboje które miały wybrzmieć – jak Ślepa miłość, W co mam wierzyć czy Hej Świecie z ostatniej płyty Przebudzenie – wybrzmiały z pełną mocą i zostały wyśpiewane przez artystkę z pasją i uśmiechem na ustach. Szkoda tylko, że niewiele osób z publiczności dało się porwać żywiołowości Ani.

Artur Rojek

Jakoś tak się złożyło, że Rojka solowo nigdy mi się nie udało złapać, więc czekałem niecierpliwie na ostatni koncert festiwalu. Przez pierwszą godzinę Artur grał materiał ze swych solowych płyt – były Syreny, Beksa, A miało być tak pięknie i Bez końca. Jeśli oglądaliście teledysk do tego ostatniego, to już wiecie jaka była „choreografia” Rojka na koncercie. Śpiewał z takim zaangażowaniem i pasją, że tańczyłem i wściekałem się razem z nim. Pod koniec lekko się zaskoczyłem, kiedy Artur zaczął śpiewać… Długość dźwięku samotności, a potem Sprzedawców marzeń Myslovitz. Bo byłem święcie przekonany, że już tych utworów nie gra, bo skupia się na „byciu sobą” (jakkolwiek dziwnie to nie brzmi). Ale przyznam – tak jak nie znoszę Długości…, przez to jak została zarżnięta przez polskie radiostacje, tak tym razem Rojek zaserwował ją w tak ślicznym aranżu, że przestałem się gniewać na ten kawałek. Na koniec dodam, że czekam na czasy, kiedy Artur będzie mógł porzucić granie Myslovitz na koncertach. Poważnie. Bo teraz to coverowanie samego siebie jest dla mnie ciut zgrzytające. I tym sposobem przechodzę do następnego artysty z festiwalu…

Bartek Królik

Znacie muzykę tego faceta, choć jego samego już może nie. Współtwórca Sistars (razem z siostrami Przybysz i Markiem Piotrowskim), członek Łąki Łan, producent płyt Kukulskiej i Chylińskiej. W zeszłym roku wreszcie poszedł „na swoje” wydając album Pan od muzyki, na którym mocno czerpie z nowoczesnego R&B i bluesa. Bartek występujący pierwszego dnia festiwalu postawił sobie za cel honoru rozerwać całą publiczność – nie wahał się zejść ze sceny i do niej dołączyć by zachęcać do tańca i śpiewania wszystkich zgromadzonych. Udało mu się to osiągnąć zarówno nowymi utworami jak i tymi starszymi – bo pokusił się o coverowanie Sistars. Chociaż nie wiem czy można to nazwać coverowaniem, skoro to były też kiedyś jego utwory.

Król

Nie mój pierwszy raz z Królem – ale pierwszy od czasu wydania Nieumarkowania i po raz pierwszy… w świetle dziennym. Poprzednio widziałem go w warunkach klubowych i całego na czarno. Nie był to wtedy bardzo wesoły i głośny koncert. Tym razem zobaczyłem i usłyszałem zupełnie innego artystę – nieco pstrokatego, uśmiechniętego i znacznie bardziej żywiołowego niż wtedy. Rzadko się odzywał do publiczności, ale co chwila posyłał jej uśmiechy. Zdecydowanie muszę się wybrać na Błażeja jeszcze raz.

Kwiat Jabłoni

Zespół którego w wykonaniach studyjnych wręcz nie znoszę. Ich piosenki są wręcz nudne i ociekają banałem w warstwie instrumentalnej. Teksty są tylko trochę lepsze. Ale na żywo – to już zupełnie inna kapela, która pozwala sobie na znacznie więcej i ciekawiej. I pod względem technicznym absolutnie do niczego nie można się do nich przyczepić. A to zrobią energiczny wstęp na perkusji i bongosach, jeden utwór zaserwują w wersji elektro, Jacek Sienkiewicz walnie całkiem niezłe solówki na mandolinie, a publiczność zrobi im całkiem potężny chór. I nagle te banalne pioseneczki jak Wodymidaj, Wzięli zamknęli mi klub czy Dziś późno pójdę spać brzmią naprawdę świetnie.

Łąki Łan

Z zespołem Paprodziada jest tak, że jak widziałeś jeden jego koncert, to widziałeś wszystkie pozostałe. Jest rave, jest skakanie, jest energia, jest hałaśliwie, jest zachęta do przeżywania zabawy, a wokalista i perkusista mają za każdym razem te same gadki. Jasne, że fajnie jest się czasem wyskakać i wytańczyć – zwłaszcza po roku pandemii – ale ja w koncertach Łąki Łan (i w ich muzyce też, bo ostatnia płyta zalatywała zmęczeniem materiału) nie czuję żadnej świeżości. Tylko kolejne odgrywanie już raz sprawdzonego scenariusza widowiska scenicznego.

Sanah

Zapewne ten koncert był głównym powodem dla którego drugi dzień festiwalu był w całości wyprzedany. Nie dziwota – sam też byłem ciekaw jak Sanah wypada w wersji festiwalowej. W sumie, jedyne co się różniło od jej samodzielnego koncertu, na którym byłem miesiąc wcześniej, to nieco krótsza setlista w której nie było np. Duszek, Warcabów czy Bujdy, a Zuzannie przez cały występ wystarczyła tylko jedna sukienka. Poza tym, ten sam uroczy i nieco nieskładny słowotok Sanah, hity jeden za drugim odśpiewane razem z publicznością na czele z Królową dram, Szampanem i finalnym No sory. Za niecały miesiąc zobaczę Sanah na kolejnym festiwalu i jestem ciekaw czy tam będzie taki sam anturaż.


Już na drugi dzień po zakończeniu festiwalu organizatorzy ogłosili daty edycji 2022. Jak siebie znam, decyzję o obecności tam podejmę równie spontanicznie co w tym roku. Bo bawiłem się naprawdę dobrze – na festiwalu, na którym nigdy nie planowałem być.

PS. Po więcej zdjęć i nagrań zapraszam na instagrama.

„Irenka” to Sanah, która zeszła na ziemię

Właśnie mija rok od premiery Królowej dram. Powiedzieć, że Sanah nie próżnowała to niedopowiedzenie. W 2020 była dosłownie wszędzie – na pierwszych miejscach OLiSu i topek Spotify, w Opolu, w każdym możliwym radiu i serwisie informacyjnym, ledwo pół roku po albumie wydała nową EPkę. Niestety, ostatnio zaczęło się jej to odbijać czkawką – kolejne single wiały nudą. Dlatego, na początku byłem zaniepokojony zapowiedzią Irenki. Co tam dostałem? Kolejną świetną odsłonę Sanah.

Mały disclaimer na początek: wersja na streamingach to edycja deluxe, która zawiera 6 utworów znanych już z EPki Bujda – które już funkcjonują jako osobny album i ich nie biorę pod uwagę oceniając Irenkę.

Irenka muzycznie to te same patenty, które słyszeliśmy na Królowej dram – klawisze i skrzypce na pierwszym planie, co jakiś czas perkusja z automatu i synthy. Z tych ostatnich artystka korzysta jednak śmielej niż wcześniej – czego już pierwsze singlowe Ale jazz! dało wyraz. W porównaniu do pierwszej płyty jest tu znacznie mniej producentów (brak m.in. Bogdana Kondrackiego i Czarnego HIFI), a poza Warsem i 2:00 brzmienie całości jest bardziej energiczne i żywsze. Sanah chyba sama nie wie w jakim wydaniu wolałaby się słyszeć i może dlatego singiel etc. dostaliśmy zarówno w wersji lirycznej jak i bardziej pod parkiety. Mnie bardziej odpowiada ta delikatna Zuza, nieprzykryta syntezatorem.

Za to o tekstach Zuzy rozchodzi się tu najwięcej. Rzutem oka po reakcjach w internecie i można odnieść wrażenie, że niektórym nie mieści się w głowie wizja, że można wrzucać w piosenki takie frazy jak „dla mnie byłeś sztosem”, „sorka za ten telefon” czy „tam zasuwam, tam popylam”. Dla mnie, właśnie na tym polega cały sukces Sanah. W 2021 pop nie musi być – ba!, wręcz nie powinien polegać wyłącznie na wielkich słowach i nadętych frazach. Należy wpuścić do niego mnóstwo luzu językowego i słownictwa używanego na co dzień przez rówieśników Zuzy i słuchaczy młodszych od niej. Hip-hop i trap właśnie na takiej bezkompromisowej szczerości zbudowały swój sukces, więc tym bardziej mogą takie luzackie słowa rzucać romantyczne pop dziewczyny. Wszystkie komentarze o szczerości i autentyczności są właśnie przez to.

O ile Królowa dram w tekstach była zdołowanym lekkoduchem, tak Irenka jest już bardziej przyziemna, a na życie patrzy z większą nadzieją. Na przykład, uśmiechając się przy „hardkorowym deszczu” (Ale jazz!), nie daje tak łatwo uwieść pierwszym lepszym typkom (Warcaby, etc) i utwierdzać nas we własnej sile i niezależności (Irenka). Dla wielu słuchaczy będzie to brzmiało infantylnie – i to jeszcze rozumiem. Ja biorę na poprawkę, że to dopiero druga płyta, wydana w momencie kiedy nastrój po pierwszej jeszcze nie opadł – więc nic dziwnego, że brzmi to bliźniaczo i ja to akceptuję. Zacznę na to narzekać dopiero przy trzeciej płycie lub kolejnej EPce.

Jeden z fanpejdży memowych rzucił obrazkiem wyśmiewającym, że Sanah słuchają dosłownie wszyscy – od jesieniar i fanek polskich rom-komów po ludzi zaczynających komentarze na YT zdaniem „na ogół słucham metalu i rocka ale”. Wszystkie liczby na YT i Spotify zdają się to potwierdzać, a że Irenka trzyma ten sam poziom co debiut – to zostało nam już tylko czekać na koniec pandemii i patrzeć jak Sanah sama będzie wyprzedawała stadiony.

8/10

6 godzin wkurzania się, czyli nominacje do Fryderyków 2021

Czasy, kiedy ogłoszenie nominacji do Fryderyków spotykają się z wielką ekscytacją i oczekiwaniem, chyba nieprędko nadejdą. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy kiedykolwiek one istniały. Impreza, która od dekady szuka co rok nowego pomysłu na siebie i na przyciągnięcie do siebie uwagi słuchaczy (i czasem też mediów) dzisiaj znowu próbowała to zrobić. Z efektem takim, że Fryderyki tylko podniosły mi ostro ciśnienie.

Pomysł na stopniowe i pojedyncze ogłaszanie nominacji na papierze brzmiał całkiem spoko. Jasne, że krótka konferencja prasowa z wyczytaniem nazwisk lub wysłanie noty prasowej do mediów załatwiłyby sprawę szybciej. Tym razem spróbowano podkręcać i stopniować zainteresowanie. A skończyło się tak, że po pięciu godzinach ciągłego odświeżania Facebboka i Instagrama Fryderyków cała branża – bo tylko ci najbardziej wytrwali siedzieli nad tym cały dzień – była już mocno zniecierpliwiona. Niemal godzinne przerwy pomiędzy ogłaszaniem kolejnych kategorii prezentowanych na głuchych slajdach, bez żadnych odpowiedzi i dodatkowych słów od organizatorów. Łącznie sześć godzin siedzenia by poznać 22 kategorie. To już całe Grammy, gdzie wręcza się 80 statuetek trwało znacznie krócej. Drogi ZPAVie, nie róbcie tego w ten sposób nigdy więcej.
Dobra, to dosyć nerwów, przejdźmy do tego, co tak całej polskiej branży muzycznej wyjęło niemal cały dzień z życia.

5 nominacji dla Sanah ani trochę nie zaskakuje, w końcu to ona w 2020 rządziła mainstreamowym popem i radiowymi playlistami. I szło to w parze z dobrą jakością tej muzyki. Rok temu miała już trzy nominacje, ale wtedy miała pecha stanąć w szranki z Hanią Rani i Darią Zawiałow. Więc dopiero musiał „polać się szampan”, by w tym roku mogła sięgnąć po więcej. I chyba może jej tu zagrozić tylko drugi rekordzista w nominacjach – Krzysztof Zalewski mający tyle samo i rywalizujący z Zuzą w trzech kategoriach. Cztery nominacje dla Lanberry mogą niektórych zdziwić, ale osoby ciut bardziej obeznane w polskim mainstreamie wiedzą, że ta wokalistka ma doświadczenie w pisaniu popowych hitów nie tylko dla siebie. Co prawda, jej ostatni album Co gryzie Panią L.? przeszedł bez większego echa, ale uznanie krytyków wystarczyło by dostać kilka nominacji – głównie tych songwriterskich.

Podział na pop i pop alternatywny dla wszystkich obserwujących Fryderyki z boku brzmi jak fikołek logiczny, ale jest w nim drobna metoda. Wszystko przez to, że polscy twórcy w końcu przestali się przejmować tym, że trzeba ich wcisnąć w jakąś szufladkę i po prostu grają co chcą. Stąd efekt taki, że zarówno Sanah jak i Rojka nazwiemy popem – ale stawianie ich obok siebie byłoby już kuriozalne. Tych z kategorii „zwykłego” pop szybciej usłyszymy w radiach komercyjnych. Bo mamy tam Zuzę Jabłońską, Lanberry, Marię Sadowską, Sanah i Natalię Kukulską (która – bądźmy szczerzy – z projektem interpretującym Chopina powinna trafić do działu Muzyki Poważnej) W popie alternatywnym mamy też same uznane nazwiska jak Rojek, Kasia Lins, Zalewski i Hania Rani. Ale to tylko te, które puści najwyżej Radio 357 czy Czwórka. Dlatego – póki co – ten podział jeszcze musi mieć rację bytu. Przynajmniej dopóki nie dorobimy się w Fryderykach kategorii „pop i dance”. Może by się kiedyś takowa przydała?

Kiedy się patrzy w tym roku na kategorie rock i metal, to cytat Grabaża z Twojej Generacji sam ciśnie się na usta. Edyta Bartosiewicz i Majka Jeżowska obok Luxtorpedy, tribute album Acid Drinkers oraz tylko 3 nominacje w kategorii metalowej. Aż struny opadają. I wcale nie to, że twórców ciężkiego grania brakuje w Polsce. Skądże znowu. Oni po prostu najczęściej się nie zgłaszają, a Akademia musi wybierać z tego co ma. Co kończy się wyglądem tegorocznej stawki, a także zeszłorocznym zwycięstwem Nocnego Kochanka w kategorii metal. Rock umarł, rock jest martwy, stary.

W zeszłym roku kategoria debiut była głównie pop-kobietą, w tym roku jest głównie raperem. Miły ATZ, Zdechły Osa, Mata (stawiam wszystkie pieniądze, że wygra), Sobel, a obok nich z zupełnie innej bajki Ptakova. I dobrze, bo hip-hop w Polsce to rynek, który jest potęgą, ale duże wytwórnie i rozgłośnie czasami zachowują się, jakby nie traktowały go poważnie. Może jak coraz więcej raperów zacznie zgarniać duże wyróżnienia, to coś się z tym zmieni. A ci na Fryderykach mogli zwykle liczyć tylko na statuetkę w kategorii Album Hip-Hop, czasami jeszcze za Teledysk. A skoro już przy rapie jesteśmy, to rzut okiem na tę kategorię i chyba wszyscy wiemy, że wygra Quebonafide. Chociażby za to, że za Bubbletea nie dostało się raperowi nic (a wiemy, że było zgłaszane np. do Utworu Roku). I nie oszukujmy się – ten album słyszeli w tym kraju wszyscy, a to ułatwia Akademii głosowanie.

Nie rozumiałem w 2019 wprowadzenia kategorii Najlepsze Nowe Wykonanie i nie rozumiem jej do teraz. Bo jaki jest sens nagradzania za odtwarzanie czyjejś pracy? Jasne, że do coverowania można podejść fascynująco i dobrym efektem. Ale obecnie jest to jakby kategoria do dawania Fryderyków dla Męskiego Grania i innych albumów kompilacyjnych. O których zwykle zapomina się po miesiącu czy dwóch.

Czy udało się kogoś umieścić w nieodopowiedniej kategorii? Oczywiście, że tak. Ale wystarczyły takie słowa klucz jak „alternatywa” czy „muzyka poetycka”. Coals, które prędzej pasowało do elektroniki czy nawet pop, Kwiatostan zespołu Błoto (który – według wytwórni – zgłaszał się w nominacjach jazzowych) czy Pink Freud, Igor Herbut, Voo Voo- trudno się pozbyć wrażenia, że te albumy są nie tam gdzie powinny gatunkowo. W szczególności Siksa w kategorii „muzyka poetycka”. Przecież zawsze można wymyślić nowy podział z mniejszą ilością twórców. Tak jak to się stało w przypadku kategorii Album Soul/R&B/Gospel. Tam trafiły się płyty o których można dużo mówić w tych gatunkach właśnie. Paulina Przybysz, Rosalie. i Bartek Królik dostali własną pasującą im półkę, bez potrzeby wciskania ich na siłę gdzie indziej. Ewentualnie możemy całkiem zrezygnować z gatunkowości i mieć nadzieję, że znowu wszystkiego nie zgarnie Podsiadło (to nie żart – sprawdźcie jak wyglądali nominowani i nagrodzeni w 2014).

Kategorie techniczne (Producent, Autor, Kompozytor) dają do myślenia, jak w Polsce podchodzi się do zawodu prodcenta/songwritera… albo jak ten fach wyglądał w 2020. O ile na Zachodzie takie nagrody przyznaje się ludziom pracującym dla wielkich nazwisk, tak w PL wciąż najczęściej „każdy sobie rzepkę skrobie”. Bo czy nominowani Zalewski, Hania Rani czy Sanah oddali swoje talenty songwriterskie czy producenckie komuś innemu? Pytanie retoryczne. Nie licząc Atutowego czy duetu Kumór/Buczkowski-Wojtaszek, tak w 2020 Akademia wyróżniła w tych kategoriach Zosie-Samosie. W sumie, to całkiem niezłe podsumowanie roku gdzie dominował dystans społeczny.

Na razie nie wiadomo kiedy i gdzie tegoroczne Fryderyki zostaną wręczone. Nie dziwi mnie to, zwłaszcza kiedy mamy lockdown za rogiem, a zeszłoroczna wielka gala musiała po pół roku czekania zamienić się w zwykłą konferencję transmitowaną on-line. Zostało nam tylko czekać i typować faworytów. I lobbować za rozdaniem latem na świeżym powietrzu.