ABBA „Voyage”: do czego tu wracać?

Nie wiem jak dla was, ale mnie fraza „powrót Abby” jest strasznie nietrafionym wyrażeniem. Jasne, sam zespół działalność koncertową i studyjną odłożył na półkę z napisem „czas nieokreślony” 40 lat temu, ale ten zespół był wiecznie żywy. Sam jestem z tego pokolenia, ktore nie ma prawa pamiętać jego największych sukcesów, ale spuścizna szwedzkiego kwartetu była wiecznie żywa. Czy to w wydawanych niezmiennie reedycjach albumów, remixach, tribute bandach (sam doskonale pamiętam młodzieżowy A*Teens, który zaczął od śpiewania utworów Abby), broadway’owskiego musicalu przeniesionego na filmowy ekran czy niezliczonych ilościach coverów. Na te ostatnie porywały się zarówno gwiazdy pokroju Cher czy Kylie jak i muzycy z rejonów bardzo odległych od Abby jak Sinead O’Connor czy Steven Wilson.

Czy zatem o zespole, który od czterech dekad był nieaktywny muzycznie, ale zawsze w jakiś sposób obecny w muzyce, można powiedzieć, że „powraca”? W szczególności na to, jak nietypową formę ten powrót przybiera. Jeden album – i to bardzo krótki, trwający zaledwie 40 minut – który już na wstępie zapowiadany jest jako „ten definitywnie ostatni”, zamiast zwykłych koncertów dostajemy londyńską „rezydenturę hologramów” (jak to nazywają anglojęzyczne media „digital residency”), a obowiązki promocyjne odwalają głównie panowie Benny Andersson i Björn Ulvaeus. A w konsekwencji tego jak nowy album Szwedów brzmi, to cała „trasa hologramowa” wydaje się być bardziej priorytetowa niż Voyage. Piszę to z całym ryzykiem, że zjecie mnie za to zdanie – sam krążek zdaje się być najbardziej zbędny w tym comebacku.

Voyage brzmi dokładnie tak jak można było się spodziewać po pierwszych dwóch singlach, a najlepszym słowem na to będzie „nostalgicznie”. Żadnych eksperymentów, zmian brzmienia czy dostosowania się do obecnych czasów – stara, dobra Abba, która zatrzymała się w czasie swojej komercyjnej świetności. Jednak o ile wcześniejsze albumy Szwedów posiadały więcej tanecznych kawałków, to Voyage jest bardziej refleksyjne i spokojne. Gdyby to album właśnie miał być podstawowym zaproszeniem do trasy koncertowej zespołu, nie wiem czy nie żałowałbym tych kilkudziesięciu minut spędzonych 2 miesiące temu w wirtualnej kolejce po bilety. Zapowiadałby bowiem nieco ospałe tournee.

Oprócz już dobrze znanego Don’t Shut Me Down, do tańca porywa też Keep An Eye On Dan – naprawdę trudno tego utworu nie skojarzyć z przebojem Gimme! Gimme! Gimme!. Singlowe Just a Notion też może zabrzmieć nieobco fanom kapeli – jest tam coś z I Do, I Do, I Do, I Do, I Do. Te trzy wcześniej wymienione plus No Doubt About It są jedynymi bardziej porywającymi elementami albumu. Na upartego można do nich dołożyć When You Danced With Me, gdyby nie jego nieco nierówne tempo i irlandzkie flety pasujące tam jak pięść do nosa. Całość Voyage zapada w pamięć słuchacza jednak jako ta bardziej stonowane oblicze muzyki Ulvaeusa i Anderssona (tak, panowie wciąż są trzonem kompozycyjnym grupy, a Agnetha i Anni-Frid jedynie głosami), bowiem te wolniejsze utwory bardziej się wybijają. Tylko żaden jakoś nie umiał zapaść mi w pamięć.

I Still Have Faith In You było pod każdym względem idealne na pierwszy powrotny singiel i na opener albumu – autobiograficzna ballada z patosowym wręcz finałem była prostym komunikatem „patrzcie i słuchajcie – to właśnie my”. Niestety, próżno szukać na albumie równie dobrych ballad. Świąteczne (tak, Abba wrzuciła na powrotny album bożonarodzeniową piosenkę!) Little Things brzmi wręcz infantylnie. Bumblebee brakuje dobrego rozwinięcia, przez co piosenka przelatuje beznamiętnie. Zaś do I Can Be That Woman trzeba być mocno wsłuchanym – przejmujący tekst o przemocy domowej niestety ginie w nudnym aranżu. Finalne Ode To Freedom swoim orkiestrowym i chóralnym patosem – które zdecydowanie ma być też odbierane jako finał całego przedsięwzięcia jakim jest Abba – chyba próbuje dorównać pierwszemu singlowi, ale tutaj człowiek ma wrażenie siedzenia w pustym kościele, a nie słuchania Abby. Do tego utwór – i zarazem album – kończy się w momencie jakby dopiero miał się zacząć na dobre.

Album Voyage zdecydowanie nie spełnia swojego zadania jako zakończenie historii szwedzkiego kwartetu. To wciąż tylko dodatek do nadchodzącej serii występów. Wcześniejsze przeboje zespołu wystarczyłyby na nawet 3-godzinny koncert, te z Voyage spokojnie ustąpiłyby im miejsca. Budżetu też nikt tu nie musi reperować – sam zespół wielokrotnie to przyznawał wcześniej, zdarzyło się im już odmówić propozycji powrotu za miliard dolarów. Abba wraca i zarazem się żegna. Pytanie na koniec – do czego w tej historii będziemy wracać? Bo naprawdę z trudem mi uwierzyć, że do nagrań wydanych na Voyage.

Kylie Minogue w strefie komfortu

Kiedy na poprzedniej płycie postanowiła robić imprezę taneczną w saloonie w Nashville, to miałem ochotę kląć i zabić każdego, kto jej na to pozwolił. Na szczęście, rok później się ogarnęła, a wraz z wydaniem nowego „the best of” i trasą festiwalową (wśród której były Open’er i Glastonbury) chyba sobie przypomniała za co pokochały ją miliony ludzi. A ponieważ światowa pandemia jest okresem gdzie jedni są płodni twórczo, a drudzy pragną pocieszenia, to równanie jest proste – Kylie Minogue robiąca disco jest nam dziś niesłychanie potrzebna.

Patrząc na dyskografię Kylie, można odnieść wrażenie, że jej relacje z disco/dance są jak w starym małżeństwie. Siedzi w tej strefie komfortu z przyzwyczajenia (i dobrych wyników sprzedaży) od lat, a co jakiś czas postanowi obrazić się na swój pomnik, by chcieć sobie postawić nowy – raz próbowała z trip-hopem (Impossible Princess), jeszcze kiedyś był house (Let’s Get To It), ogrywanie starych hitów z orkiestrą (The Abbey Road Seesions) a o ostatnich zabawach z country to ja naprawdę chcę zapomnieć (Golden). Niemal zawsze kończyło się to dla niej komercyjnym niebytem, po którym – być może z podkulonym ogonem – wracała do trzaskania dance-popowych przebojów. A ponieważ ostatnie miesiące zmuszona była siedzieć w domu (jak my wszyscy) głównie zdana sama na siebie, to nauczyła się inżynierii dźwięku oraz wokali. Dając nam w ten sposób album, który samym tytułem mówi nam wszystko. Ponad wszystko DISCO.

Kylie na brzmieniach tanecznych zjadła zęby już na początku kariery, ale trzeba przyznać – jej początki z I Should Be So Lucky i Better The Devil You Know dziś brzydko się zestarzały. Jej disco/dance zaczęły mieć ręce i nogi na początku lat 2000, kiedy wszyscy niezależnie od płci i wieku tańczyliśmy do Can’t Get You Out Of My Head i Spinning Around. Za to najnowsze DISCO jest… no po prostu disco na pełnym basie i syntezatorze.
Nie dostajemy nic więcej od prawie godziny porywających do tańca brzmień. Momentami jest tu mocny Daft Punk (Supernova, Where Does The DJ Go?), a singlowe Say Something i Magic są jak żywcem wyjęte z płyt Donny Summer. Mój kumpel w Last Chance dosłuchał się nawet Abby. Handclapy, kliki i modulacje głosu ścielą się tu gęsto. Cięzko nawet cokolwiek wyróżnić od reszty, bo – przepraszam, jeśli to zabrzmi brutalnie – wszystkie utwory stylistycznie są takie same. I oczywiście, że Kylie w tym zestawie bardzo do głosu i twarzy, bo za co innego ją pokochaliśmy?

Tym co gubi ten album to brak jakiegoś wytchnienia, bo Kylie przez cały czas nam mówi „tańcz!”. Więc nie zdziwię się jak ktoś powie, że wszystkie utwory mu się zlewają w jedno i nie da rady odsłuchać całości za jednym zamachem. Bo łatwo nabawić się niestrawności tą dyskoteką, ale moim zdaniem – ona jest warta takiego kaca, bo potrzebujemy dziś takiej imprezy jak mało kiedy.

Muzyczne inspirowanie się końcówką ubiegłego wieku jest dziś na topie z prostego powodu – dzieciaki/młodzież wychowani na tych brzmieniach w większości są dziś dorośli i to ich pieniądze napędzają rynek. Dlatego ten trend nie skończy się prędko, ale… czy Kylie kiedykolwiek z niego tak w 100% wyszła? No właśnie. I to jej daje tutaj przewagę. Bo ona nie wskakuje nagle żeby się wybić na obecnej modzie – ona w niej już od dawna jest. Siedząc na złotym tronie pośrodku parkietu w swojej bezpiecznej strefie komfortu.

7/10

Ariana Grande której nie potrzebowaliśmy – „positions”

Mam z Arianą Grande mocny hate-love relationship. Kiedy w 2014 Problem i One Last Time leciały na okrągło w radiostacjach, z uporem maniaka powtarzałem że to kolejna wykreowana plastikowa gwiazdka, która szybko przepadnie. I byłem święcie przekonany, że śpiewać też nie potrafi. Dla udowodnienia tego szperałem po całym YouTube za live’ami gdzie usłyszę fałszowanie Ariany – co oczywiście mi się nie udało. Ale niechęć do Ariany pozostała. Aż do 2016, kiedy to ukazało się Dangerous Woman, gdzie wreszcie przestałem zgrywać zrzędliwego krytyka i polubiłem się z panną Grande. Wiadomość o nowym albumie jeszcze w październiku była dla mnie jednym z niewielu punktów na korzyść 2020. Niestety, Positions nie będzie jednym z mych ulubionych albumów Ariany.

Żeby było jasne – to nie jest zła płyta. Nic z tych rzeczy. W kategorii pop/R&B jest to solidnie wyprodukowane rzemiosło, skrojone niemal od linijki przez cały sztab producentów i songwriterów, a Ariana wykorzystuje potencjał swojego wokalu tam gdzie trzeba i jak trzeba. Wiele produkcji kojarzy się z dwoma ostatnimi udanymi albumami, które były nafaszerowane świetnymi refrenami i zapadającymi w ucho momentami. Których to właśnie na Positions zabrakło. Brak jakichś punktów zaczepienia sprawia, że nawet po kilkukrotnym słuchaniu album mi beznamiętnie przelatuje przez uszy. Może na chwilę zwracają uwagęmotive (gdzie wersy gościnnie rapującej Doja Cat można by było spokojnie wyciąć i nikt by nie stracił) i six thirty, ale nie będziemy się spieszyć do kliknięcia „repeat”. W off the table artystce próbuje pomóc The Weeknd, ale już lepiej odświeżyć sobie ich wcześniejszy duet w Love Me Harder.

Powiem szczerze, że nie wiem jak ugryźć ten album. Z jednej strony jest to Ariana w dobrej formie, ale jakby była na autopilocie: bez emocji weszła do studia, wyciągnęła wysokie C, „mic drop”, dziękuję i wychodzę. Można powiedzieć, że całość ma jakiś klucz kompozycyjny, bo to taki zestaw namiętnych pościelówek, które pewnie będą nieźle wchodziły podczas leżenia pod kocem w listopadzie. Ale nawet na mniej przebojowym Thank U, Next dostaliśmy kilka radiowych bangerów. Mam też podejrzenie, że Ariany wręcz taśmowe wydawanie płyt (Positions jest jej czwartym albumem wydanym na przestrzeni dwóch lat) może być motywowane chęcią dopełnienia kontraktu wydawniczego – i dlatego te ostatnie płyty momentami brzmią bardzo podobnie. I czy Ariana wydałaby ten album już teraz, gdyby nie globalna pandemia? I czy bez niej też by go zapowiedziała tydzień przed wydaniem? Koniec końców, jest to miła niespodzianka od niej, ale chyba odnotujemy fakt jej istnienia tylko ze względu na rok wydania.

Całe Positions można skrócić w jednym zdaniu – jest ładnie, jest pięknie… tylko przebojów brak. Fakt, że Ariana już nie ma potrzeby trzaskania ich przy każdej płycie tylko udowadnia jej pozycję artystyczną. Ale następnym razem poproszę o jakieś bangery na miarę God Is a Woman czy 7 Rings, żeby Ariana za 10 lat nie podzieliła komercyjnie losu swojego pierwowzoru – Mariah Carey, której albumy wychodzą całkiem niezłe, a nie kupuje ich prawie nikt.

6/10

PS. Ariana rozpoczęła u mnie listopadowy cykl 1 dzień = 1 płyta. Zaglądajcie tu codziennie – na bloga lub na FB, to będziemy mogli sobie podyskutować w dzień w dzień o innym albumie.