Byle do sierpnia, czyli co z tymi festiwalami w Polsce

Co by nie myśleć o tym jaki był 2020, to jedna rzecz w nim była stała – nie było niczego. Wielkich festiwali, zagranicznych gwiazd w Polsce, głośnych premier kinowych – wszędzie wisiał napis „odwołane/przesunięte” lub „przeniesione w on-line”. Po roku pandemii, kilku falach, szczepieniach i luzowaniu obostrzeń w większości krajów dziś można powiedzieć, że chyba lepiej było rok temu. Bo obecnie nikt nie wie czy cokolwiek dzisiaj się odbędzie. I czy w ogóle będzie mogło się odbyć.

A jak wygląda obecna sytuacja koncertowa w Polsce? Póki co, jedyne na co można liczyć w 100% to plenerówki z udziałem polskich artystów, do wyboru w kilku największych miastach kraju – od Trójmiasta po Kraków. Większość została ogłoszona jeszcze wiosną, na podstawie doświadczeń z zeszłego roku, kiedy to pod w maju 2020 zniesiono obostrzenia dla imprez plenerowych. Zatem wszyscy liczyli na powtórkę w tym roku. Tyle, że tym razem rząd jeszcze do zeszłego tygodnia nie kwapił się do uruchomienia branży eventowej. Czym wkurwił niemal cały polski mainstream, który na swoich social-mediach zapełnił się od niebieskich plansz z postulatem „otworzyć koncerty!”. Wskazywano przede wszystkim na niesprawiedliwe traktowanie – muzea, kina, teatry i centra handlowe otworzono, wydarzenia sportowe również (i to dla kilu tysięcy ludzi!), tymczasem koncerty olano. Kilka dni krzyczenia i udało się wywalczyć koncerty – dla maksymalnie 250 osób. Chyba że jesteś zaszczepiony, to wtedy jesteś poza tym limitem. Rząd ewidentnie chce wymusić na organizatorach koncertów promocję szczepień, tylko że w sposób niemożliwy do ogarnięcia. Jak organizatorzy mieliby weryfikować czy przez internet bilet kupuje osoba zaszczepiona? A jeśli kupi niezaszczepiony człowiek, który w kolejce do wejścia będzie dwieście pięćdziesiąty pierwszy, to czy organizator powie mu „wypad”?

Cały ten chaos wyżej wypisany sprawia, że jesteśmy na gorszej pozycji niż w zeszłym roku. Dodatkowo, jesteśmy w kraju, gdzie żyjemy od jednego rozporządzenia do drugiego, najczęściej wydawanych tydzień przed ich planowanym wejściem. Pewnie się zastanawia ktoś „no dobra, a czy można inaczej?”. Oczywiście, że można. Przykładem jest Wielka Brytania, która wiosną uruchamiała program pilotażowych eventów dla sprawdzenia ich bezpieczeństwa (wśród nich było m.in. rozdanie Brit Awards z udziałem publiczności) oraz pełny plan wychodzenia z lockdownu rozpisany na kilka miesięcy do przodu. Co prawda, sytuacja COVIDu przez nowe mutacje wciąż nie jest pewna, ale daje organizatorom sygnał do planowania – mówi się już o powrocie Glastonbury, a line-up na koniec sierpnia ogłosiły kilkudniowe festiwale Reading & Leeds.

W Polsce poddały się już wszystkie imprezy organizowane przez Alter Art – Orange Warsaw, Open’er oraz Kraków Live. Na obecną chwilę nie wiadomo co zrobi OFF Festvial, który od paru tygodni nie podaje żadnych konkretów, Opole Songwriters Festival nie podało nawet daty. Co nam zostało?

Zacznijmy od imprezy, która ma chyba najwięcej determinacji i przez to najwięcej do stracenia. FEST Festival, którego pierwsza edycja w 2019 trochę narobiła na polskim podwórku festiwalowym. Zagrali tam m.in. Alan Walker, Roisin Murphy, Disclosure, Metronomy i Sevdaliza, a w planach był jeszcze Wu-Tang Clan. Stworzyła go agencja Follow The Step, odpowiadająca m.in. za cykl koncertów Lato na Pradze oraz booking nadchodzącej trasy koncertowej Sanah. Na 2020 agencja miała plany na rozwój festiwalu, ale… wiadomo co.
W działaniach Follow The Step związanych z tegorocznym festiwalem widać wielką determinację – nagrano kilka filmów promocyjnych z udziałem m.in. Kayah, Ralpha Kamińskiego i Mery Spolsky, ogłoszono wiele zagranicznych gwiazd (m.in. James Bay, Aurora, Rag’n’Bone Man, Nothing But Thieves) oraz co rusz zapewniano w długich oświadczeniach „tak, FEST będzie!”. Ostatnie pojawiło się kilka dni temu. Jeszcze wcześniej Follow The Step mówiło, że opierają się na planie brytyjskim – licząc że w sierpniu świat wróci do normy. Brzmi naiwnie, ale w obecnej sytuacji mogą na tym ryzykowaniu sporo zyskać – w końcu przez dwa miesiące może wydarzyć się wszystko. Jeśli skoczy się to odwołaniem, to Follow The Step może mocno stracić wizerunkowo – zwłaszcza, że jest dość młodą agencją na naszym rynku. Ja za FEST trzymam kciuki do tego stopnia, że już zarezerwowałem nocleg w Katowicach.

Równie duże ryzyko, a może nawet większe podejmuje Jurek Owsiak z Pol’and’Rock Festivalem. Sytuacja pandemiczna wymusiła na Fundacji WOŚP przeprowadzkę – podobno tymczasową – z Kostrzyna nad Odrą do lotniska w Makowicach. Teren festiwalu zostanie w całości ogrodzony, a każdy uczestnik przed wejściem będzie musiał zostać przetestowany na COVID. I to ostatnie sprawiło, że festiwal będzie płatny. Co prawda, raptem 50 zł za osobę (i to niezależnie od tego na ile dni planujemy przyjazd) i ma to właśnie pokryć koszta zabezpieczeń COVIDowych – ale sam fakt „płatnego Pol’and’Rocka” sprawił, że wśród fanów festiwalu się potężnie zagotowało. Sama dystrybucja wejściówek też budzi kontrowersje – puszczane są w pulach po kilka tysięcy sztuk i są imienne. Fundacja dzień w dzień tłumaczy w komentarzach na FB i komunikatach, że to konieczne rozwiązanie, jeśli festiwal ma się w ogóle odbyć. Pol’and’Rock Festival może stracić mnóstwo zaufania, które wypracowali przez całe lata – nawet jeśli znowu chcą udowodnić, że niemożliwe nie istnieje i robić swój najpiękniejszy kawałek ziemi. Ja w nich dalej wierzę. I już teraz mogę wam powiedzieć, że widzimy się w Makowicach. Nawet jeśli nie wiadomo kto zagra, bo jedynym potwierdzonym zespołem w line-up’ie jest Dżem.

Drobne ryzyko również przed organizatorami katowickiego Tauron Nowa Muzyka. Co prawda, festiwal w tym roku się odbędzie, ale… trzeba kupić nowe bilety. Ci trzymający swoje od 2020 muszą na ich wykorzystanie poczekać do 2022. Podwójne naciąganie na koszta wiernie czekających fanów? Organizatorzy na tego typu zarzuty odpowiadają, że edycja 2021 będzie znacznie skromniejsza programowo (brak m.in wcześniej anonsowanych The Streets, Cigarettes After Sex i Underworld), dlatego wprowadzają nowe bilety na tę edycję i to całkiem tanie (od 149 zł). Do tego osobny klubowy koncert otwarcia oraz after w Dolinie Trzech Stawów. W 2019 zakochałem się w atmosferze tego festiwalu i chętnie bym do niego wrócił – ale termin niefortunnie koliduje mi z Pol’and’Rockiem.

Ciekawą propozycją jest też Salt Wave Festival, położony na samym skraju Polsku – w Jastarni, na Półwyspie Helskim. Parov Stelar, Roosevelt, Jazz Band Młynarski-Masecki, Coals, Ralph Kamiński i inni przez dwa dni pod koniec sierpnia malowniczej scenerii nieopodal Bałtyku. Zapowiada się kameralnie, spokojnie i z dużym luzem. Jak nie macie innych planów, to może warto spróbować?

Do tego jeszcze możecie znaleźć sporo festiwali z wyłącznie polskim line-upem, jak Jarocin, Craft Music czy Ladies Jazz. Oczywiście zakładając, że COVID oraz kolejne chaotyczne rozporządzenia i ustawy pisane na kolanie pozwolą na zrobienie ich, a co za tym idzie – utrzymanie się artystów, muzyków, promotorów i mnóstwa techicznych. Dlatego mam do was apel – kupcie bilet/karnet na cokolwiek. Nawet gdyby mieli to przesunąć o kilka miesięcy lub rok – to wtedy pozwolicie im przetrwać. Byle do sierpnia i oby tegorocznego.

PS. Chwilę po opublikowaniu napisała do mnie znajoma pracująca w Alter Art i dała do zrozumienia, że Open’er jeszcze nie całkiem się poddał i mają coś więcej do ogłoszenia… No to czekamy!


AKTUALIZACJA: 6.06.2021
Kilka godzin po opublikowaniu tego wpisu, organizatorzy FEST Festival wydali oświadczenie, w którym jasno zakomunikowali „szczepcie się, bo żadnych festiwali i koncertów nie będzie”. Dali też do zrozumienia, że zaszczepienie się jest jedyną gwarancją wejścia na festiwal, zgodnie z aktualnie funkcjonującymi rozporządzeniami i obostrzeniami. W sieci zawrzało. Potem oliwy do ognia dolał Kult pisząc, że nie będą brali udziali w koncertach na które będą wpuszczani tylko zaszczepieni, bo „apartheidowi mówią zdecydowane nie”. Pomijam to kompletnie niewłaściwie użycie słowa „apartheid”, bo teraz skupmy się na czymś innym. Że gniew publiczny jest kierowany kompletnie nie w tę stronę co trzeba.
Decyzja FEST Festivalu (oraz podobnie w przypadku Pol’and’Rocka) nie jest jakimś dziwnym widzimisię organizatorów. To tylko i wyłącznie kwestia nieudolnie napisanych na kolanie ustaw i rozporządzeń, do których organizatorzy koncertów MUSZĄ się stosować, jeśli nie chcą płacić wysokich kar, a także jeśli wy chcecie mieć swoje ukochane koncerty i festiwale.
I jeśli myślicie, że agencji Follow The Step to pasuje, to uwaga – wcale nie. Izba Gospodarcza Menedżerów Artystów Polskich też nie przepada za tym przepisem i będzie prowadzić rozmowy z rządem odnośnie jego zmian, bo w obecnym kształcie jest to dla nich kompletnie nieopłacalne robić jakikolwiek koncert. Nie mówiąc już o dużym festiwalu plenerowym. FEST napisał głośno o konieczności szczepień, bo zmusiła ich do tego sytuacja. Wierzcie mi doskonale – gdyby nie zaglądało im w oczy (oraz pewnie wielu innym podmiotom) widmo zamknięcia niezarabiającej agencji koncertowej, to nie byliby tak zdeterminowani by zachęcać ludzi do szczepień.
Nieważne czy ta regulacja o szczepionych ludziach na koncertach wam się podoba czy nie. Ale swoje żale kierujcie nie do festiwali, które próbują się dostosować do dziurawego prawa, by dać wam to za czym tak bardzo tęsknicie od dwóch lat. Pretensje miejcie wyłącznie do naszych rządzących.

Pol’and’Rock Festival 2019 – niemożliwe nie istnieje

Jest takie miejsce w Polsce, gdzie na koncercie jazzowym publiczność tańczy i krzyczy jak oszalała. Miejsce, gdzie para nowożeńców tańczy przy artyście na największej scenie. Miejsce, gdzie koncert polskiego wykonawcy przyciąga tak dużo ludzi, że potrzebna jest jego transmisja na położonej dalej mniejszej scenie. Miejsce, gdzie widok samolotów na niebie wywołuje ciarki. Miejsce, które w ciągu paru dni staje się trzecim najbardziej zaludnionym miastem w Polsce. Miejsce, gdzie rozkręca się pogo nawet na występie Majki Jeżowskiej. Miejsce, gdzie nie istnieje słowo „niemożliwe”. Tym miejscem była 25. edycja Pol’and’Rock Festival w Kostrzynie nad Odrą.

Koncert happysad na Dużej Scenie, 1.08

Już zeszłoroczny Pol’and’Rock był wielkim nawoływaniem do walki o wolność, ale przy tegorocznym to jeszcze przybierało na sile. Decyzja o braku dodatkowych pociągów na festiwal, podwyższone ryzyko po raz kolejny, wiele głośnych deklaracji i odważnych słów ze strony gości ASP (wśród których byli m.in. sędziowie oraz Rzecznik Praw Obywatelskich) jak i artystów występujących zarówno na Dużej jak i Małej Scenie. Hasło „Białystok” padało wielokrotnie w wielu kontekstach, Tom Morello (Prophets Of Rage) miał na swojej gitarze wypisane „Pierdolić faszyzm”, Skin (Skunk Anansie) ostro komentowała politykę Wielkiej Brytanii i ostatnie strzelaniny na tle rasistowskim w USA, a ostatni utwór muzyczny Jurka Owsiaka nie wymaga komentowania. Wszystko to po raz kolejny wytworzyło klimat, że jesteśmy tu nie tylko dla dobrej zabawy. Tak, polityka mocno się odznaczyła na tym festiwalu. I będzie to trwało tak długo, jak długo polityka będzie się tym festiwalem tak intensywnie interesować i rzucać jego organizatorom kłody pod nogi. Wszystkim, którym się to nie podoba, polecam pomyśleć o tym przy najbliższych wyborach.

Ale ten festiwal w tym roku był czymś więcej niż tylko symbolem sprzeciwu wobec wielu złych postaw. Był dowodem na to, że słowa „nie da się, to nie ma sensu” nie mają tu jakiejkolwiek racji bytu. Zabrano pociągi na festiwal? Spoko, marszałkowie z województw sami zorganizują swoje, a liczba uczestników szybko przekroczy 750 tysięcy. Już w czwartek zamknięto wjazd samochodami na Pole Malinowskiego, a namiotów przybywało z godziny na godzinę, również na płatnych kempingach. Opuszczenie festiwalu w niedzielę było dla wielu podróżnych sprawdzianem cierpliwości – opuszczenie Kostrzyna zajęło mi aż 10 godzin. Pożegnałem miasto widokiem policjanta kierującego ruchem, który strasznie się wkurzał na kierowców… jadących za wolno!

Żelazny Tron zawitał również do Kostrzyna nad Odrą

Po raz kolejny też się potwierdziło, że na Pol’and’Rocku nie używa się wyrażenia „ten zespół tutaj nie pasuje”. Jedyne co nie pasowało, to niektórzy artyści do swoich scen – pod względem tego, jakie ilości ludzi przyciągali. Kwiat Jabłoni na Małej Scenie pokazał, że nawet skromnością dźwięków porusza się tłumy. Jazz Band Młynarski-Masecki na ASP sprawił, że nawet solówka na puzonie może dostać ogromne brawa (wzruszenie w oczach Janka Młynarskiego było bezcenne). Namiot ASP okazał się też za mały dla przebojowej Karoliny Czarneckiej oraz spektaklu Kabaretu Hrabi – choć w przypadku tego drugiego było to do przewidzenia, bo występ tej formacji od lat był marzeniem uczestników. A show Majki Jeżowskiej na pewno przejdzie do historii Pol’and’Rocka – patrząc na publiczność, która tam przybyła i jej szaleństwa, wynik głosowania Złotego Bączka zdaje się być już przesądzony.

Jazz Band Młynarski-Masecki na nocnej scenie ASP
Karolina Czarnecka na nocnej scenie ASP

Nawet Duża Scena dla niektórych okazała się niewystarczająca. Co ciekawe, polskie kapele łatwiej przyciągały większe tłumy niż te zagraniczne. Przodowali w tym m.in. happysad, który dał fantastyczny koncert z gościnnym udziałem Darii Zawiałow i Mroza, Agnieszka Chylińska, która przypomniała publiczności hity z czasów O.N.A., oraz – czego spodziewali się wszyscy – Kult. Koncert zespołu Kazika Staszewskiego chcieli zobaczyć dosłownie wszyscy, więc dla wygody uczestników (i bezpieczeństwa) był też transmitowany na Małej Scenie. Może nie był to wybitny koncert, ale na pewno przełomowy dla tego festiwalu. Publiczność dobrze dopisała również na występie Krzysztofa Zalewskiego, który tak jej zaufał że się na nią rzucił. Jak sam przyznawał – zrobił to po raz pierwszy w życiu. Również na jego koncercie para nowożeńców została zaproszona przez Jurka do tańca na Dużej Scenie. Wielu fanów przyciągnęła też Łydka Grubasa, która w tym roku odebrała nagrodę Złotego Bączka.

Agnieszka Chylińska na Dużej Scenie
happysad na Dużej Scenie – fot. Damian Mekal

Żeby nie było, goście z innych krańców świata również dawali czadu. Ziggy Marley nie krył wzruszenia, kiedy otwierał festiwal swoim koncertem, zaskoczony gorącym przyjęciem publiczności. Przy dźwiękach Gogol Bordello nie dało się ustać w miejscu, a Skunk Anansie i Prohpets of Rage roznosili Dużą Scenę bardzo ostrym graniem. Jednym z najciekawszych występów był koncert Lordi – widok tych dziwadeł na scenie to nieco surrealne przeżycie. A największych malkontentów pewnie też przekonał występ Pertubartora, pełen metalowego czadu, a zrobiony jedynie perkusją i syntezatorem.

Koncert Ziggy’ego Marley’a na Dużej Scenie
Lordi na Dużej Scenie

Osobiście z tego festiwalu zapamiętam na zawsze trzy momenty.
Po pierwsze – Renata Przemyk w duecie z Titusem z Acid Drinkers! Przysięgam, to było najlepsze wykonanie Babę zesłał Bóg w historii! Po drugie – Skin ze Skunk Anansie schodząca i śpiewająca pomiędzy publicznością! Po trzecie – przelot samolotów na otwarciu. Dzięki wielkie dla Red Bulla! Czyli trzy rzeczy, które tam wydawały się najbardziej niemożliwe do zobaczenia.

Renata Przemyk i Titus – fot. Lucyna Lewandowska
Skin lawirująca pomiędzy publicznością – fot. Bartek Muracki

25 lat festiwalu to dobra okazja do podsumowań i przemyśleń na następne lata. Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy udało się stworzyć miejsce pełne niezwykłych momentów, niezwykłych zdarzeń, ważnych słów i miejsce, które stało się swoistym symbolem walki o wolność i miłość. Nieważne czy było ono w Żarach, czy w Kostrzynie nad Odrą – nieważne też jaką miało nazwę. Stało się też w tym roku miejscem, gdzie nie uznaje się słowa „niemożliwe”. To jest właśnie Pol’and’Rock Festival.