Pol’and’Rock Festival 2021 – dzień drugi

Cały dzień zastanawiałem się czy to ze mną jest coś nie tak, czy z tym festiwalem. Odzwyczaiłem się po roku bez intensywnych imprez? Nie daję rady jako początkujący „dziennikarz” (wrzucam to słowo w cudzysłów bo jeszcze za takiego się nie uważam) z relacjonowaniem na bieżąco? Czy to Pol’and’Rock swoim programem wyciska ze mnie ostatnie resztki sił? Tak czy siak, muszę to oficjalnie ogłosić już na wstępie podsumowania drugiego dnia – nie wyrabiam.

Wspominałem wam może, że mam obóz rozbity tuż przy Dużej Scenie? I że artyści zaczynają tam swoje próby od wczesnych godzin rannych? No to teraz już chyba wiecie jak z moim wysypianiem się. Jasne, na Pol’and’Rocku mieć spokojny sen to jak wygrać z nowotworem, ale ta edycja mnie już zniszczyła na ciele doszczętnie. Jestem od rana zwyczajnie wykończony tak, że nie mam siły i głowy iść na jakiekolwiek spotkanie na ASP. W momencie w którym piszę ten wpis Radek Kotarski kończy swoje spotkanie z publicznością tam – a chciałem tam być. Tak samo jak na wczorajszej debacie odnośnie przyszłości Polski w UE i czwartkowym spotkaniu z Andrzejem Chyrą. Za każdym razem organizm mi mówi „daj se spokój i tak nie wytrzymasz”. Te same sygnały dostałem też po północy, kiedy planowałem spędzić noc na koncertach ASP… i nic z tego.

Nie piszę tego przydługiego wstępu, by się pożalić. Tylko by na przyszłość od razu wyjaśnić, czemu nie umiem napisać o wszystkim co się dzieje na festiwalu. Bo nie umiem. Chciałem od samego początku zasuwać, relacjonować, donosić o niemal wszystkim co się tu dzieje – ale jako „jednoosobowa redakcja” (nawet mimo posiadania obok partnera w roli dodatkowego fotografa i kierowcy) nie daję rady. I liczę, że to zrozumiecie.

Ale spokojnie, nie zamierzam się tu tylko użalać nad sobą i nieumiejętnością szybkiego regenerowania się. Udało mi się zobaczyć co nieco. O ile pierwszego dnia festiwalu na Dużej Scenie była huśtawka emocji, tak drugiego dnia było ciągle rockowo i głośno – z jednym małym wyjątkiem, o którym za moment. Zespoły z mniejszym stażem i mniejszą popularnością, jak Cheap Tobacco, Nietrzask czy Decadent Fun Club wiedziały jak rozgrzać publiczność przed większymi wyjadaczami. Co w sumie nie powinno dziwić, w końcu jak cała ta trójka dostała się na festiwal dzięki Eliminacjom, to już wiedziała z czym będzie się mierzyć. I z radością mogę potwierdzić, że sprostali temu zadaniu.

Cheap Tobacco

Prawdziwa rozróba zrobiła się jednak kiedy na scenie pojawiła się ekipa z Dirty Shirt. Rumuńska kapela znaleziona w internecie przez organizatorów dostała zaproszenie już rok wcześniej – ale wiadomo co. Jurek Owsiak był jednak na tyle do nich przekonany, że dał im kolejną szansę i prosił gorąco publiczność, by również im ją dali. Kiedy zaczęli grać i ze sceny poleciał mocny folkowy hardrock (momentami było to jak pomieszanie Rammstein z Enejem) – to publiczność pod sceną oszalała.

Dirty Shirt

Nie gorzej było kiedy pojawił się Dżem – kapela od lat wyczekiwana przez uczestników festiwalu. Fani legendarnej kapeli stawili się tłumnie pod sceną (oraz za barierkami ci, którym nie pozwolono wejść z np. piwem) i wyśpiewali z Maciejem Balcarem wszystkie szlagiery kapeli. Na sam koniec koncertu zaserwowano publiczności niespodziankę w postaci sektorówki rozłożonej nad głowami. Kolejny zespół – pochodzący z Francji Igorrr – zebrał już mniejszą publiczność, ale równie entuzjastyczną. Chociaż muszę dodać, że tamte hardrockowe melodie wzbogacone o operowe zaśpiewy wokalistki i growl drugiego wokalu brzmiały mi osobiście bardzo topornie.

Igorrr

I właśnie potem klimat zmienił się momentalnie na bardziej lirycko-elektroniczny, bo oto na scenie pojawił się zespół Bokka. Zamaskowani muzycy porozumiewali się z publicznością za pomocą telebimów i musiała wszystkim wystarczyć muzyka. A ta – opierająca się na syntezatorach i loopach – wprowadzała w specyficzny trans. Któremu wiele uczestników się poddało. Nie był to bowiem pierwszy występ tej kapeli na scenie Pol’and’Rock i poniekąd można było się spodziewać jak ten występ przebiegnie. A potem pojawiła się Dubioza Kolektiv i nie było zmiłuj. Hałas, krzyki, pogo, fani na scenie i ostry rave ze sceny. Kto był na festiwalowym koncercie tej kapeli w 2018, ten w zasadzie dostał niemal to samo – tyle że tym razem nie w świetle dziennym. Ale nikt nie śmiał narzekać, wszyscy tańczyli i śpiewali jak im Dubioza zagrała.

Dubioza Kolektiv

I kiedy ten koncert dobiegł końca, moje ciało zaczęło wrzeszczeć o odpoczynek. Chciałem jeszcze pobiec na nocną scenę Akademii Sztuk Przepięknych, ale nie dość, że zrobiło się chłodniej, to jeszcze oczy same się zamykały. Dlatego sobie odpuściłem. I chyba odpuszczę również dziś. Bo to dziś trzeba wytrwać do samego końca. Wytrwać na pożegnanie.

PS. Tak, wiem – już to powtarzałem. Ale dalej zapraszam na mój instagram po znacznie więcej relacji i zdjęć.

Pol’and’Rock Festival 2021 – „dzień zero”

Teoretycznie, ten festiwal jeszcze się nie zaczął. Bo sygnał „odjazd!” jest dopiero dziś o 15 z Dużej Sceny festiwalu. Ale każdy bywalec Przystanku Woodstock i Pol’and’Rock Festival doskonale wie, że ten festiwal już wcześniej zaprasza i otwiera niektóre swoje podwoje już w środę. I właśnie ta środa na Pol’and’Rock Festival to takie before party – albo jak ja to lubię nazywać „dzień zero”.

A ponieważ udostępnione atrakcje zaczynają się dopiero późnym wieczorem, to jeśli wcześniej ktoś przyjedzie na miejsce, to powinien wykorzystać wolne chwile na zrobienie rozeznania na polu festiwalowym. A w tym roku musi je zrobić każdy uczestnik, bo – jak już pewnie wam wiadomo – Pol’and’Rock Festiwal został przez pandemię zmuszony do przeprowadzki na lotnisko Makowice-Płoty w województwie zachodnio-pomorskim (około 160 km od Kostrzyna nad Odrą).
Cały festiwal wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Pierwsze co się rzuca w oczy to wszechobecne ogrodzenia (suchary z nazwą gminy Płoty aż sypią się gęsto), festiwal nie jest tak otwarty jak poprzednie edycje – z przyczyn nam wszystkim wiadomych. W tym roku nie można się wybrać spontanicznie na festiwal, trzeba było odpowiednio wcześniej kupić wejściówkę za symboliczne 50 zł – nieważne czy ktoś przyjeżdża na dzień, na dwa czy na pięć dni. Chodzi tylko o to, by każdy uczestnik przed wejściem został przetestowany na COVID. Jeśli test wychodzi negatywny – zapraszamy na festiwal. Tylko lepiej go nie opuszczać, bo wtedy znowu trzeba zapłacić za test.

Zresztą, opuszczanie terenu festiwalu zwyczajnie się nie opłaca – bo wszystko co trzeba do przetrwania znajdzie się na miejscu. Stali partnerzy festiwalu jak co roku stanęli na wysokości zadania jeszcze przed startem imprezy. Play zapewnił przestrzeń do ładowania telefonów, zakupy w Lidlu można robić przez całą dobę, a Lech, Red Bull i Coca-Cola mają co dać do picia. Allegro również przywiozło swoje słynne wielkie koło – mimo, że podobno firma tego w tym roku nie planowała, ale ugięła się pod prośbami Jurka Owsiaka argumentującego „bez koła Allegro nie ma festiwalu”. No cóż, będą musieli je zabierać na Pol’and’Rock aż do końca świata (i jeden dzień dłużej!). Poza tym, ten sam pasaż handlowy dobrze znany uczestnikom oraz jedna nowość – festiwalowa apteka! Bardzo jej brakowało we wcześniejszych latach. Można tam kupić podstawowe środki przeciwbólowe i opatrunki, artykuły higieniczne, prezerwatywy, kosmetyki do opalania, a także maseczki i płyny do rąk.

Kiedy wczoraj przeszedłem się po lotnisku, wszystkie moje wcześniejsze wątpliwości odnośnie braku miejsca dla wszystkich od razu poszły się czesać. Lotnisko Makowice-Płoty to naprawdę olbrzymia przestrzeń – od szerokiego pasu startowego, na którym bez problemu wszyscy się mieszczą (co w wąskich uliczkach Kostrzyna nad Odrą było niewykonalne) po olbrzymie pole namiotowe z obu stron pasa. Fakt, samej publiczności będzie w tym roku znacznie mniej – udostępniono tylko 20 tysięcy wejściówek – ale miejsca naprawdę starczy tu dla każdego. Dlatego tym bardziej warto było tu przyjechać wcześniej, bo trzeba zrobić sobie jeden spokojny spacer po festiwalowych lokacjach by wiedzieć gdzie i jak należy dotrzeć w dane miejsce.

Festiwal do 2019 dorobił się aż pięciu scen koncertowych – w tym roku trzeba się zadowolić dwiema. Tą największą oraz namiotem Akademii Sztuk Przepięknych. I to właśnie ta druga otworzyła swoje drzwi dla uczestników już wczoraj. Jurek Owsiak o godzinie 20 z radością powitał wszystkich obecnych i zaprosił na występ kabaretu Neo-Nówka. Później wybrzmiały pierwsze koncerty – Kapeli ze Wsi Warszawa oraz EABS. Ta pierwsza wprowadzała zebranych w trans folkowymi i ludowymi brzmieniami oraz namawiała do tańców. Ta druga zaznajamiała nas z nowoczesnym jazzem, którego chłonęło się całym ciałem na stojąco. Oba zespoły zostały bardzo ciepło przyjęte i nagradzane co rusz gromkimi brawami.

Kapela ze Wsi Warszawa na scenie ASP
EABS na scenie ASP

Kiedy wczoraj z partnerem wreszcie rozbiliśmy namiot i postawiliśmy stopy na płycie lotniska, poczuliśmy się jakbyśmy wrócili w dobrze nam znane miejsce. Mimo, że w Makowicach jesteśmy wszyscy tu po raz pierwszy, to na pewno wszyscy dookoła czujemy się jak w domu. Na naszym własnym kawałku ziemi, który nazywa się Pol’and’Rock.

PS. Po relacje z festiwalu na bieżąco oraz znacznie więcej zdjęć zapraszam na mojego Instagrama.