Pol’and’Rock Festival 2021 – dzień pierwszy

27. Pol’and’Rock Festival ze stacji Makowice – odjazd! Sygnał wybrzmiał w czwartek po godzinie 15 i Najpiękniejszy Festiwal Świata oficjalnie wystartował. Skromniejszy niż zwykle, co prawda – ale jak na czasy pandemiczne jest to festiwal z rozmachem światowym.

20 tysięcy wejściówek rozeszło się wcześniej piorunem – ale na sam start raptem połowa dozwolonych uczestników przyjechała. Jurek Owsiak postanowił w czwartek poczekać z uroczystym wygłoszeniem przysięgi festiwalowiczów „aż wszyscy przyjadą”. Kolejka samochodów do testów na COVID (według słów organizatorów tylko jedną osobę trzeba było odprawić z kwitkiem, po tym jak kilkakrotne testowanie dawało wynik pozytywny) ciągnęła się do późnych godzin, a przez bramę co chwila wchodzili ludzie z namiotami i śpiworami. Doszło wręcz do tego, że trzeba było szybko zorganizować więcej miejsca na namioty dla spóźnialskich. Fundacja postanowiła też pójść na rękę tym, którzy kupili bilety na późniejsze daty – bo można wjeżdżać bez patrzenia na datę biletu. Zarówno pod sceną, jak i w kolejkach czy strefach partnerów idzie zauważyć, że ten festiwal jest znacznie skromniejszy. Ale festiwalowy duch którego było pełno w Kostrzynie, jest obecny i w Makowicach. Ludzie uśmiechnięci, tańczący i śpiewający na pasie startowym lotniska, rozbijający swoje „wioski”, pełno zabawnych kostiumów i przebrań. Potwierdza się to, że ten festiwal tworzą uczestnicy, nie miejsce.

Na jednej z konferencji prasowych Jurek Owsiak nie czekał na pytanie, które na pewno by padło i od razu powiedział – tak, są plany by Pol’and’Rock został na lotnisku w Makowicach na następne parę lat. Podkreślał jak wielkim logistycznym wyzwaniem było zorganizowanie festiwalu na pustym lotnisku, gdzie trzeba było przywieźć dosłownie wszystko – również wodę do sanitariatów. Dziękował władzom gminy Płoty za współpracę, chwalił współpracę ze służbami porządkowymi i co rusz zapewniał, że największa praca wciąż jeszcze przed nimi. Bo zacząć festiwal udało się gładko – zakończyć z wywiezieniem wszystkiego może być znacznie trudniej. Ale nie mówmy o końcu, bo jeszcze do niego daleko.

O ile w zeszłych latach niemożliwym było zobaczyć dosłownie wszystkie festiwalowe występy, tak w tym roku Pol’and’Rock wręcz zdaje się do tego zachęcać. Spotkania z gośćmi Akademii Sztuk Przepięknych zaczynają się punkt dziesiąta, kończą tuż przed otwarciem Dużej Sceny, a wszystkich którym było przez cały dzień mało wrażeń jeszcze ugości nocna scena ASP. Ci najbardziej wytrzymali mogą więc bawić się przez ponad 16 godzin! O ile znajdą się tacy, bo wrażeń od samego początku jest co niemiara.

Widok na przestrzeń pod Dużą Sceną z koła Allegro.

Począwszy od samych gości ASP, którzy tryskali humorem i dobrą energią – mimo wczesnych godzin rannych. A kiedy Tabu otworzyło Dużą Scenę, to zabawa zaczęła się na dobre! Na twarzach uczestników i artystów malował się uśmiech pełen beztroski i swobody, za którą wszyscy tęsknili przez cały 2020. Chociaż nikt z organizatorów nie twierdził, że zagrożenie minęło, to ziarnko nadziei na lepszą przyszłość zostało zasiane muzyką.
Atmosfera na Dużej Scenie zmieniała się z koncertu na koncert. Tabu bujało uczestnikami, WaluśKraksaKryzys swoim punk-rockowym uderzeniem zmuszał do skakania i pogowania, Kroke uspokoiło uczestników, a Vavamuffin i Jahcoustix rytmami reggae znowu rozbujali i namawiali do miłości. Kiedy scenę przejęli Łona i Webber & The Pimps, to pod sceną rozpoczęła się potężna impreza. Okrzyki ze słynnym „ośmiogwiazdkowym hasłem”, machanie rękami na lewo i prawo oraz unoszący się w powietrze piach i kurz wzniesiony przez tańczącą publiczność. I zasadniczo taka atmosfera została już do samego końca dnia, bo na Renacie Przemyk publiczność nawet nie próbowała się uspokoić. Sama artystka też nie kryła wzruszenia takim przyjęciem przez Pol’and’Rockową publiczność – chociaż był to jej już trzeci z rzędu koncert na festiwalu. Może tylko Raz Dwa Trzy nieco wyczillowało rozentuzjazmowaną festiwalową dzicz, ale kończąca dzień Łydka Grubasa od samego początku nie brała jeńców. W sumie nie musiała – obecni pod sceną festiwalowicze tańczyli tak ostro jak im zespół zagrał.

Łydka Grubasa na Dużej Scenie

A ci, którzy naładowani endorfinami i adrenaliną potrzebowali uspokojenia, mogli udać się od razu na scenę ASP, gdzie czekała na nich Trupa Trupa. Kiedy widziałem ich pierwszy raz na żywo jakąś dekadę temu, byli debiutującymi szczylami o których niewielu wiedziało. Teraz ich oglądałem na Pol’and’Rock Festiwal jako zespół z karierą międzynarodową porównywalną do Riverside czy Behemoth. Proponowany przez gdańską kapelę alt-psychodeliczny rock wprowadzał w atmosferę strachu i niepokoju. Idealną na zakończenie intensywnego pierwszego dnia festiwalu.

Trupa Trupa na scenie Akademii Sztuk Przepięknych

Pierwszy dzień potwierdził to, z czego już wcześniej ten festiwal był znany – na Pol’and’Rock Festival niemożliwe nie istnieje. Pandemia? Ograniczenia eventowe? Miejsce imprezy na którym nie ma nic? Eee tam – dla twórców tego festiwalu nie ma rzeczy nieosiągalnych. I tak zrobią festiwal pełen muzyki, kolorów i beztroskiej zabawy.

PS. I po raz kolejny przypominam, że znacznie więcej zdjęć i relacje na bieżąco są u mnie na instagramie!

Enea Edison Festival 2021 – festiwal nieco nieoczekiwany

Nie planowałem tego festiwalu. Nigdy też nie był on na moim festiwalowym radarze. Odbywa się przy jeziorze Kierskim, 30 minut jazdy samochodem z centrum Poznania gdzie transport publiczny tam nie jest rewelacyjny, a line-up zawsze był w 100% polski. Wiem, że jest potrzeba również takich imprez, ale ja zawsze wolałem poczekać na coś większego. W tym roku wpadłem tam trochę przypadkiem. Jednego weekendowego poranka miesiąc temu na moim FB pojawiła się reklama tegorocznej edycji wraz z informacją o ostatnich dniach tańszych biletów. Pokazałem narzeczonemu, a on po zobaczeniu line-up’u odpowiedział „jedźmy tam!”. W pierwszej chwili pomyślałem, że rok festiwalowej posuchy już tak bardzo źle na niego podziałał że chciałby jechać na wszystko. A potem sprawdziłem, że termin się zgrywa idealnie z naszym początkiem urlopu, więc godzinę później już kupowałem bilety. I tym sposobem zrobiliśmy sobie miły start festiwalowego lata.

Na samym festiwalu panowała atmosfera i swoboda jakby pandemii już w ogóle nie było. Przypominały o niej tylko komunikaty ze scen nawołujące do maseczek, dezynfekcji rąk i dystansu. Rzecz jasna, nikt tego nie słuchał. Im bliżej sceny się stało, tym większy tłok panował. Co jakiś czas też z narzeczonym rozglądaliśmy się dookoła w poszukiwaniu zakrytych twarzy. Nie znaleźliśmy żadnych – nie licząc pracowników ochrony i naszych własnych. Na wejściu jeszcze tylko padało pytanie „czy jest pan zaszczepiony?”. Ja mogłem zgodnie z prawdą odpowiedzieć „tak” – ale czy zostało to jakkolwiek zweryfikowane? Możecie się chyba domyśleć. Nie chcę tu rozprawiać o czyjejś bezmyślności lub też oskarżać wszystkich uczestników o lekceważenie pandemii. Mam ochotę bardziej rzucać pomidorami w rządzących za tworzenie obostrzeń i ograniczeń, które są tak martwe jak tylko się da. A teraz nawet straszenie czwartą falą nic nie daje.

No dobra, to teraz przejdźmy do tego na co tam faktycznie przyjechaliśmy, czyli koncerty. Każdego dnia odbywało się ich osiem, naprzemiennie na dwóch scenach. Nie daliśmy rady zobaczyć codziennie wszystkich, bo a) przez moją pracę dojechaliśmy pierwszego dnia mocno spóźnieni, b) miniony tydzień tak mocno nas zajechał, że na bieganie od sceny do sceny już nie mieliśmy sił. Dlatego większość czasu spędziliśmy przy scenie głównej i zobaczyliśmy tylko niżej wymienionych (kolejność alfabetyczna).

Ania Rusowicz

Najpopularniejsza polska hipiska z zespołem otworzyła dzień drugi festiwalu i dała z siebie wszystko… na ile jej pozwoliło granie na klawiszach. Trochę mi było z tym dziwnie, bo z poprzednich jej koncertów pamiętam Rusowicz jako mocno szalejącą po całej scenie. Miała niewiele mniej niż godzinę, ale przeboje które miały wybrzmieć – jak Ślepa miłość, W co mam wierzyć czy Hej Świecie z ostatniej płyty Przebudzenie – wybrzmiały z pełną mocą i zostały wyśpiewane przez artystkę z pasją i uśmiechem na ustach. Szkoda tylko, że niewiele osób z publiczności dało się porwać żywiołowości Ani.

Artur Rojek

Jakoś tak się złożyło, że Rojka solowo nigdy mi się nie udało złapać, więc czekałem niecierpliwie na ostatni koncert festiwalu. Przez pierwszą godzinę Artur grał materiał ze swych solowych płyt – były Syreny, Beksa, A miało być tak pięknie i Bez końca. Jeśli oglądaliście teledysk do tego ostatniego, to już wiecie jaka była „choreografia” Rojka na koncercie. Śpiewał z takim zaangażowaniem i pasją, że tańczyłem i wściekałem się razem z nim. Pod koniec lekko się zaskoczyłem, kiedy Artur zaczął śpiewać… Długość dźwięku samotności, a potem Sprzedawców marzeń Myslovitz. Bo byłem święcie przekonany, że już tych utworów nie gra, bo skupia się na „byciu sobą” (jakkolwiek dziwnie to nie brzmi). Ale przyznam – tak jak nie znoszę Długości…, przez to jak została zarżnięta przez polskie radiostacje, tak tym razem Rojek zaserwował ją w tak ślicznym aranżu, że przestałem się gniewać na ten kawałek. Na koniec dodam, że czekam na czasy, kiedy Artur będzie mógł porzucić granie Myslovitz na koncertach. Poważnie. Bo teraz to coverowanie samego siebie jest dla mnie ciut zgrzytające. I tym sposobem przechodzę do następnego artysty z festiwalu…

Bartek Królik

Znacie muzykę tego faceta, choć jego samego już może nie. Współtwórca Sistars (razem z siostrami Przybysz i Markiem Piotrowskim), członek Łąki Łan, producent płyt Kukulskiej i Chylińskiej. W zeszłym roku wreszcie poszedł „na swoje” wydając album Pan od muzyki, na którym mocno czerpie z nowoczesnego R&B i bluesa. Bartek występujący pierwszego dnia festiwalu postawił sobie za cel honoru rozerwać całą publiczność – nie wahał się zejść ze sceny i do niej dołączyć by zachęcać do tańca i śpiewania wszystkich zgromadzonych. Udało mu się to osiągnąć zarówno nowymi utworami jak i tymi starszymi – bo pokusił się o coverowanie Sistars. Chociaż nie wiem czy można to nazwać coverowaniem, skoro to były też kiedyś jego utwory.

Król

Nie mój pierwszy raz z Królem – ale pierwszy od czasu wydania Nieumarkowania i po raz pierwszy… w świetle dziennym. Poprzednio widziałem go w warunkach klubowych i całego na czarno. Nie był to wtedy bardzo wesoły i głośny koncert. Tym razem zobaczyłem i usłyszałem zupełnie innego artystę – nieco pstrokatego, uśmiechniętego i znacznie bardziej żywiołowego niż wtedy. Rzadko się odzywał do publiczności, ale co chwila posyłał jej uśmiechy. Zdecydowanie muszę się wybrać na Błażeja jeszcze raz.

Kwiat Jabłoni

Zespół którego w wykonaniach studyjnych wręcz nie znoszę. Ich piosenki są wręcz nudne i ociekają banałem w warstwie instrumentalnej. Teksty są tylko trochę lepsze. Ale na żywo – to już zupełnie inna kapela, która pozwala sobie na znacznie więcej i ciekawiej. I pod względem technicznym absolutnie do niczego nie można się do nich przyczepić. A to zrobią energiczny wstęp na perkusji i bongosach, jeden utwór zaserwują w wersji elektro, Jacek Sienkiewicz walnie całkiem niezłe solówki na mandolinie, a publiczność zrobi im całkiem potężny chór. I nagle te banalne pioseneczki jak Wodymidaj, Wzięli zamknęli mi klub czy Dziś późno pójdę spać brzmią naprawdę świetnie.

Łąki Łan

Z zespołem Paprodziada jest tak, że jak widziałeś jeden jego koncert, to widziałeś wszystkie pozostałe. Jest rave, jest skakanie, jest energia, jest hałaśliwie, jest zachęta do przeżywania zabawy, a wokalista i perkusista mają za każdym razem te same gadki. Jasne, że fajnie jest się czasem wyskakać i wytańczyć – zwłaszcza po roku pandemii – ale ja w koncertach Łąki Łan (i w ich muzyce też, bo ostatnia płyta zalatywała zmęczeniem materiału) nie czuję żadnej świeżości. Tylko kolejne odgrywanie już raz sprawdzonego scenariusza widowiska scenicznego.

Sanah

Zapewne ten koncert był głównym powodem dla którego drugi dzień festiwalu był w całości wyprzedany. Nie dziwota – sam też byłem ciekaw jak Sanah wypada w wersji festiwalowej. W sumie, jedyne co się różniło od jej samodzielnego koncertu, na którym byłem miesiąc wcześniej, to nieco krótsza setlista w której nie było np. Duszek, Warcabów czy Bujdy, a Zuzannie przez cały występ wystarczyła tylko jedna sukienka. Poza tym, ten sam uroczy i nieco nieskładny słowotok Sanah, hity jeden za drugim odśpiewane razem z publicznością na czele z Królową dram, Szampanem i finalnym No sory. Za niecały miesiąc zobaczę Sanah na kolejnym festiwalu i jestem ciekaw czy tam będzie taki sam anturaż.


Już na drugi dzień po zakończeniu festiwalu organizatorzy ogłosili daty edycji 2022. Jak siebie znam, decyzję o obecności tam podejmę równie spontanicznie co w tym roku. Bo bawiłem się naprawdę dobrze – na festiwalu, na którym nigdy nie planowałem być.

PS. Po więcej zdjęć i nagrań zapraszam na instagrama.

Byle do sierpnia, czyli co z tymi festiwalami w Polsce

Co by nie myśleć o tym jaki był 2020, to jedna rzecz w nim była stała – nie było niczego. Wielkich festiwali, zagranicznych gwiazd w Polsce, głośnych premier kinowych – wszędzie wisiał napis „odwołane/przesunięte” lub „przeniesione w on-line”. Po roku pandemii, kilku falach, szczepieniach i luzowaniu obostrzeń w większości krajów dziś można powiedzieć, że chyba lepiej było rok temu. Bo obecnie nikt nie wie czy cokolwiek dzisiaj się odbędzie. I czy w ogóle będzie mogło się odbyć.

A jak wygląda obecna sytuacja koncertowa w Polsce? Póki co, jedyne na co można liczyć w 100% to plenerówki z udziałem polskich artystów, do wyboru w kilku największych miastach kraju – od Trójmiasta po Kraków. Większość została ogłoszona jeszcze wiosną, na podstawie doświadczeń z zeszłego roku, kiedy to pod w maju 2020 zniesiono obostrzenia dla imprez plenerowych. Zatem wszyscy liczyli na powtórkę w tym roku. Tyle, że tym razem rząd jeszcze do zeszłego tygodnia nie kwapił się do uruchomienia branży eventowej. Czym wkurwił niemal cały polski mainstream, który na swoich social-mediach zapełnił się od niebieskich plansz z postulatem „otworzyć koncerty!”. Wskazywano przede wszystkim na niesprawiedliwe traktowanie – muzea, kina, teatry i centra handlowe otworzono, wydarzenia sportowe również (i to dla kilu tysięcy ludzi!), tymczasem koncerty olano. Kilka dni krzyczenia i udało się wywalczyć koncerty – dla maksymalnie 250 osób. Chyba że jesteś zaszczepiony, to wtedy jesteś poza tym limitem. Rząd ewidentnie chce wymusić na organizatorach koncertów promocję szczepień, tylko że w sposób niemożliwy do ogarnięcia. Jak organizatorzy mieliby weryfikować czy przez internet bilet kupuje osoba zaszczepiona? A jeśli kupi niezaszczepiony człowiek, który w kolejce do wejścia będzie dwieście pięćdziesiąty pierwszy, to czy organizator powie mu „wypad”?

Cały ten chaos wyżej wypisany sprawia, że jesteśmy na gorszej pozycji niż w zeszłym roku. Dodatkowo, jesteśmy w kraju, gdzie żyjemy od jednego rozporządzenia do drugiego, najczęściej wydawanych tydzień przed ich planowanym wejściem. Pewnie się zastanawia ktoś „no dobra, a czy można inaczej?”. Oczywiście, że można. Przykładem jest Wielka Brytania, która wiosną uruchamiała program pilotażowych eventów dla sprawdzenia ich bezpieczeństwa (wśród nich było m.in. rozdanie Brit Awards z udziałem publiczności) oraz pełny plan wychodzenia z lockdownu rozpisany na kilka miesięcy do przodu. Co prawda, sytuacja COVIDu przez nowe mutacje wciąż nie jest pewna, ale daje organizatorom sygnał do planowania – mówi się już o powrocie Glastonbury, a line-up na koniec sierpnia ogłosiły kilkudniowe festiwale Reading & Leeds.

W Polsce poddały się już wszystkie imprezy organizowane przez Alter Art – Orange Warsaw, Open’er oraz Kraków Live. Na obecną chwilę nie wiadomo co zrobi OFF Festvial, który od paru tygodni nie podaje żadnych konkretów, Opole Songwriters Festival nie podało nawet daty. Co nam zostało?

Zacznijmy od imprezy, która ma chyba najwięcej determinacji i przez to najwięcej do stracenia. FEST Festival, którego pierwsza edycja w 2019 trochę narobiła na polskim podwórku festiwalowym. Zagrali tam m.in. Alan Walker, Roisin Murphy, Disclosure, Metronomy i Sevdaliza, a w planach był jeszcze Wu-Tang Clan. Stworzyła go agencja Follow The Step, odpowiadająca m.in. za cykl koncertów Lato na Pradze oraz booking nadchodzącej trasy koncertowej Sanah. Na 2020 agencja miała plany na rozwój festiwalu, ale… wiadomo co.
W działaniach Follow The Step związanych z tegorocznym festiwalem widać wielką determinację – nagrano kilka filmów promocyjnych z udziałem m.in. Kayah, Ralpha Kamińskiego i Mery Spolsky, ogłoszono wiele zagranicznych gwiazd (m.in. James Bay, Aurora, Rag’n’Bone Man, Nothing But Thieves) oraz co rusz zapewniano w długich oświadczeniach „tak, FEST będzie!”. Ostatnie pojawiło się kilka dni temu. Jeszcze wcześniej Follow The Step mówiło, że opierają się na planie brytyjskim – licząc że w sierpniu świat wróci do normy. Brzmi naiwnie, ale w obecnej sytuacji mogą na tym ryzykowaniu sporo zyskać – w końcu przez dwa miesiące może wydarzyć się wszystko. Jeśli skoczy się to odwołaniem, to Follow The Step może mocno stracić wizerunkowo – zwłaszcza, że jest dość młodą agencją na naszym rynku. Ja za FEST trzymam kciuki do tego stopnia, że już zarezerwowałem nocleg w Katowicach.

Równie duże ryzyko, a może nawet większe podejmuje Jurek Owsiak z Pol’and’Rock Festivalem. Sytuacja pandemiczna wymusiła na Fundacji WOŚP przeprowadzkę – podobno tymczasową – z Kostrzyna nad Odrą do lotniska w Makowicach. Teren festiwalu zostanie w całości ogrodzony, a każdy uczestnik przed wejściem będzie musiał zostać przetestowany na COVID. I to ostatnie sprawiło, że festiwal będzie płatny. Co prawda, raptem 50 zł za osobę (i to niezależnie od tego na ile dni planujemy przyjazd) i ma to właśnie pokryć koszta zabezpieczeń COVIDowych – ale sam fakt „płatnego Pol’and’Rocka” sprawił, że wśród fanów festiwalu się potężnie zagotowało. Sama dystrybucja wejściówek też budzi kontrowersje – puszczane są w pulach po kilka tysięcy sztuk i są imienne. Fundacja dzień w dzień tłumaczy w komentarzach na FB i komunikatach, że to konieczne rozwiązanie, jeśli festiwal ma się w ogóle odbyć. Pol’and’Rock Festival może stracić mnóstwo zaufania, które wypracowali przez całe lata – nawet jeśli znowu chcą udowodnić, że niemożliwe nie istnieje i robić swój najpiękniejszy kawałek ziemi. Ja w nich dalej wierzę. I już teraz mogę wam powiedzieć, że widzimy się w Makowicach. Nawet jeśli nie wiadomo kto zagra, bo jedynym potwierdzonym zespołem w line-up’ie jest Dżem.

Drobne ryzyko również przed organizatorami katowickiego Tauron Nowa Muzyka. Co prawda, festiwal w tym roku się odbędzie, ale… trzeba kupić nowe bilety. Ci trzymający swoje od 2020 muszą na ich wykorzystanie poczekać do 2022. Podwójne naciąganie na koszta wiernie czekających fanów? Organizatorzy na tego typu zarzuty odpowiadają, że edycja 2021 będzie znacznie skromniejsza programowo (brak m.in wcześniej anonsowanych The Streets, Cigarettes After Sex i Underworld), dlatego wprowadzają nowe bilety na tę edycję i to całkiem tanie (od 149 zł). Do tego osobny klubowy koncert otwarcia oraz after w Dolinie Trzech Stawów. W 2019 zakochałem się w atmosferze tego festiwalu i chętnie bym do niego wrócił – ale termin niefortunnie koliduje mi z Pol’and’Rockiem.

Ciekawą propozycją jest też Salt Wave Festival, położony na samym skraju Polsku – w Jastarni, na Półwyspie Helskim. Parov Stelar, Roosevelt, Jazz Band Młynarski-Masecki, Coals, Ralph Kamiński i inni przez dwa dni pod koniec sierpnia malowniczej scenerii nieopodal Bałtyku. Zapowiada się kameralnie, spokojnie i z dużym luzem. Jak nie macie innych planów, to może warto spróbować?

Do tego jeszcze możecie znaleźć sporo festiwali z wyłącznie polskim line-upem, jak Jarocin, Craft Music czy Ladies Jazz. Oczywiście zakładając, że COVID oraz kolejne chaotyczne rozporządzenia i ustawy pisane na kolanie pozwolą na zrobienie ich, a co za tym idzie – utrzymanie się artystów, muzyków, promotorów i mnóstwa techicznych. Dlatego mam do was apel – kupcie bilet/karnet na cokolwiek. Nawet gdyby mieli to przesunąć o kilka miesięcy lub rok – to wtedy pozwolicie im przetrwać. Byle do sierpnia i oby tegorocznego.

PS. Chwilę po opublikowaniu napisała do mnie znajoma pracująca w Alter Art i dała do zrozumienia, że Open’er jeszcze nie całkiem się poddał i mają coś więcej do ogłoszenia… No to czekamy!


AKTUALIZACJA: 6.06.2021
Kilka godzin po opublikowaniu tego wpisu, organizatorzy FEST Festival wydali oświadczenie, w którym jasno zakomunikowali „szczepcie się, bo żadnych festiwali i koncertów nie będzie”. Dali też do zrozumienia, że zaszczepienie się jest jedyną gwarancją wejścia na festiwal, zgodnie z aktualnie funkcjonującymi rozporządzeniami i obostrzeniami. W sieci zawrzało. Potem oliwy do ognia dolał Kult pisząc, że nie będą brali udziali w koncertach na które będą wpuszczani tylko zaszczepieni, bo „apartheidowi mówią zdecydowane nie”. Pomijam to kompletnie niewłaściwie użycie słowa „apartheid”, bo teraz skupmy się na czymś innym. Że gniew publiczny jest kierowany kompletnie nie w tę stronę co trzeba.
Decyzja FEST Festivalu (oraz podobnie w przypadku Pol’and’Rocka) nie jest jakimś dziwnym widzimisię organizatorów. To tylko i wyłącznie kwestia nieudolnie napisanych na kolanie ustaw i rozporządzeń, do których organizatorzy koncertów MUSZĄ się stosować, jeśli nie chcą płacić wysokich kar, a także jeśli wy chcecie mieć swoje ukochane koncerty i festiwale.
I jeśli myślicie, że agencji Follow The Step to pasuje, to uwaga – wcale nie. Izba Gospodarcza Menedżerów Artystów Polskich też nie przepada za tym przepisem i będzie prowadzić rozmowy z rządem odnośnie jego zmian, bo w obecnym kształcie jest to dla nich kompletnie nieopłacalne robić jakikolwiek koncert. Nie mówiąc już o dużym festiwalu plenerowym. FEST napisał głośno o konieczności szczepień, bo zmusiła ich do tego sytuacja. Wierzcie mi doskonale – gdyby nie zaglądało im w oczy (oraz pewnie wielu innym podmiotom) widmo zamknięcia niezarabiającej agencji koncertowej, to nie byliby tak zdeterminowani by zachęcać ludzi do szczepień.
Nieważne czy ta regulacja o szczepionych ludziach na koncertach wam się podoba czy nie. Ale swoje żale kierujcie nie do festiwali, które próbują się dostosować do dziurawego prawa, by dać wam to za czym tak bardzo tęsknicie od dwóch lat. Pretensje miejcie wyłącznie do naszych rządzących.