Byle do sierpnia, czyli co z tymi festiwalami w Polsce

Co by nie myśleć o tym jaki był 2020, to jedna rzecz w nim była stała – nie było niczego. Wielkich festiwali, zagranicznych gwiazd w Polsce, głośnych premier kinowych – wszędzie wisiał napis „odwołane/przesunięte” lub „przeniesione w on-line”. Po roku pandemii, kilku falach, szczepieniach i luzowaniu obostrzeń w większości krajów dziś można powiedzieć, że chyba lepiej było rok temu. Bo obecnie nikt nie wie czy cokolwiek dzisiaj się odbędzie. I czy w ogóle będzie mogło się odbyć.

A jak wygląda obecna sytuacja koncertowa w Polsce? Póki co, jedyne na co można liczyć w 100% to plenerówki z udziałem polskich artystów, do wyboru w kilku największych miastach kraju – od Trójmiasta po Kraków. Większość została ogłoszona jeszcze wiosną, na podstawie doświadczeń z zeszłego roku, kiedy to pod w maju 2020 zniesiono obostrzenia dla imprez plenerowych. Zatem wszyscy liczyli na powtórkę w tym roku. Tyle, że tym razem rząd jeszcze do zeszłego tygodnia nie kwapił się do uruchomienia branży eventowej. Czym wkurwił niemal cały polski mainstream, który na swoich social-mediach zapełnił się od niebieskich plansz z postulatem „otworzyć koncerty!”. Wskazywano przede wszystkim na niesprawiedliwe traktowanie – muzea, kina, teatry i centra handlowe otworzono, wydarzenia sportowe również (i to dla kilu tysięcy ludzi!), tymczasem koncerty olano. Kilka dni krzyczenia i udało się wywalczyć koncerty – dla maksymalnie 250 osób. Chyba że jesteś zaszczepiony, to wtedy jesteś poza tym limitem. Rząd ewidentnie chce wymusić na organizatorach koncertów promocję szczepień, tylko że w sposób niemożliwy do ogarnięcia. Jak organizatorzy mieliby weryfikować czy przez internet bilet kupuje osoba zaszczepiona? A jeśli kupi niezaszczepiony człowiek, który w kolejce do wejścia będzie dwieście pięćdziesiąty pierwszy, to czy organizator powie mu „wypad”?

Cały ten chaos wyżej wypisany sprawia, że jesteśmy na gorszej pozycji niż w zeszłym roku. Dodatkowo, jesteśmy w kraju, gdzie żyjemy od jednego rozporządzenia do drugiego, najczęściej wydawanych tydzień przed ich planowanym wejściem. Pewnie się zastanawia ktoś „no dobra, a czy można inaczej?”. Oczywiście, że można. Przykładem jest Wielka Brytania, która wiosną uruchamiała program pilotażowych eventów dla sprawdzenia ich bezpieczeństwa (wśród nich było m.in. rozdanie Brit Awards z udziałem publiczności) oraz pełny plan wychodzenia z lockdownu rozpisany na kilka miesięcy do przodu. Co prawda, sytuacja COVIDu przez nowe mutacje wciąż nie jest pewna, ale daje organizatorom sygnał do planowania – mówi się już o powrocie Glastonbury, a line-up na koniec sierpnia ogłosiły kilkudniowe festiwale Reading & Leeds.

W Polsce poddały się już wszystkie imprezy organizowane przez Alter Art – Orange Warsaw, Open’er oraz Kraków Live. Na obecną chwilę nie wiadomo co zrobi OFF Festvial, który od paru tygodni nie podaje żadnych konkretów, Opole Songwriters Festival nie podało nawet daty. Co nam zostało?

Zacznijmy od imprezy, która ma chyba najwięcej determinacji i przez to najwięcej do stracenia. FEST Festival, którego pierwsza edycja w 2019 trochę narobiła na polskim podwórku festiwalowym. Zagrali tam m.in. Alan Walker, Roisin Murphy, Disclosure, Metronomy i Sevdaliza, a w planach był jeszcze Wu-Tang Clan. Stworzyła go agencja Follow The Step, odpowiadająca m.in. za cykl koncertów Lato na Pradze oraz booking nadchodzącej trasy koncertowej Sanah. Na 2020 agencja miała plany na rozwój festiwalu, ale… wiadomo co.
W działaniach Follow The Step związanych z tegorocznym festiwalem widać wielką determinację – nagrano kilka filmów promocyjnych z udziałem m.in. Kayah, Ralpha Kamińskiego i Mery Spolsky, ogłoszono wiele zagranicznych gwiazd (m.in. James Bay, Aurora, Rag’n’Bone Man, Nothing But Thieves) oraz co rusz zapewniano w długich oświadczeniach „tak, FEST będzie!”. Ostatnie pojawiło się kilka dni temu. Jeszcze wcześniej Follow The Step mówiło, że opierają się na planie brytyjskim – licząc że w sierpniu świat wróci do normy. Brzmi naiwnie, ale w obecnej sytuacji mogą na tym ryzykowaniu sporo zyskać – w końcu przez dwa miesiące może wydarzyć się wszystko. Jeśli skoczy się to odwołaniem, to Follow The Step może mocno stracić wizerunkowo – zwłaszcza, że jest dość młodą agencją na naszym rynku. Ja za FEST trzymam kciuki do tego stopnia, że już zarezerwowałem nocleg w Katowicach.

Równie duże ryzyko, a może nawet większe podejmuje Jurek Owsiak z Pol’and’Rock Festivalem. Sytuacja pandemiczna wymusiła na Fundacji WOŚP przeprowadzkę – podobno tymczasową – z Kostrzyna nad Odrą do lotniska w Makowicach. Teren festiwalu zostanie w całości ogrodzony, a każdy uczestnik przed wejściem będzie musiał zostać przetestowany na COVID. I to ostatnie sprawiło, że festiwal będzie płatny. Co prawda, raptem 50 zł za osobę (i to niezależnie od tego na ile dni planujemy przyjazd) i ma to właśnie pokryć koszta zabezpieczeń COVIDowych – ale sam fakt „płatnego Pol’and’Rocka” sprawił, że wśród fanów festiwalu się potężnie zagotowało. Sama dystrybucja wejściówek też budzi kontrowersje – puszczane są w pulach po kilka tysięcy sztuk i są imienne. Fundacja dzień w dzień tłumaczy w komentarzach na FB i komunikatach, że to konieczne rozwiązanie, jeśli festiwal ma się w ogóle odbyć. Pol’and’Rock Festival może stracić mnóstwo zaufania, które wypracowali przez całe lata – nawet jeśli znowu chcą udowodnić, że niemożliwe nie istnieje i robić swój najpiękniejszy kawałek ziemi. Ja w nich dalej wierzę. I już teraz mogę wam powiedzieć, że widzimy się w Makowicach. Nawet jeśli nie wiadomo kto zagra, bo jedynym potwierdzonym zespołem w line-up’ie jest Dżem.

Drobne ryzyko również przed organizatorami katowickiego Tauron Nowa Muzyka. Co prawda, festiwal w tym roku się odbędzie, ale… trzeba kupić nowe bilety. Ci trzymający swoje od 2020 muszą na ich wykorzystanie poczekać do 2022. Podwójne naciąganie na koszta wiernie czekających fanów? Organizatorzy na tego typu zarzuty odpowiadają, że edycja 2021 będzie znacznie skromniejsza programowo (brak m.in wcześniej anonsowanych The Streets, Cigarettes After Sex i Underworld), dlatego wprowadzają nowe bilety na tę edycję i to całkiem tanie (od 149 zł). Do tego osobny klubowy koncert otwarcia oraz after w Dolinie Trzech Stawów. W 2019 zakochałem się w atmosferze tego festiwalu i chętnie bym do niego wrócił – ale termin niefortunnie koliduje mi z Pol’and’Rockiem.

Ciekawą propozycją jest też Salt Wave Festival, położony na samym skraju Polsku – w Jastarni, na Półwyspie Helskim. Parov Stelar, Roosevelt, Jazz Band Młynarski-Masecki, Coals, Ralph Kamiński i inni przez dwa dni pod koniec sierpnia malowniczej scenerii nieopodal Bałtyku. Zapowiada się kameralnie, spokojnie i z dużym luzem. Jak nie macie innych planów, to może warto spróbować?

Do tego jeszcze możecie znaleźć sporo festiwali z wyłącznie polskim line-upem, jak Jarocin, Craft Music czy Ladies Jazz. Oczywiście zakładając, że COVID oraz kolejne chaotyczne rozporządzenia i ustawy pisane na kolanie pozwolą na zrobienie ich, a co za tym idzie – utrzymanie się artystów, muzyków, promotorów i mnóstwa techicznych. Dlatego mam do was apel – kupcie bilet/karnet na cokolwiek. Nawet gdyby mieli to przesunąć o kilka miesięcy lub rok – to wtedy pozwolicie im przetrwać. Byle do sierpnia i oby tegorocznego.

PS. Chwilę po opublikowaniu napisała do mnie znajoma pracująca w Alter Art i dała do zrozumienia, że Open’er jeszcze nie całkiem się poddał i mają coś więcej do ogłoszenia… No to czekamy!


AKTUALIZACJA: 6.06.2021
Kilka godzin po opublikowaniu tego wpisu, organizatorzy FEST Festival wydali oświadczenie, w którym jasno zakomunikowali „szczepcie się, bo żadnych festiwali i koncertów nie będzie”. Dali też do zrozumienia, że zaszczepienie się jest jedyną gwarancją wejścia na festiwal, zgodnie z aktualnie funkcjonującymi rozporządzeniami i obostrzeniami. W sieci zawrzało. Potem oliwy do ognia dolał Kult pisząc, że nie będą brali udziali w koncertach na które będą wpuszczani tylko zaszczepieni, bo „apartheidowi mówią zdecydowane nie”. Pomijam to kompletnie niewłaściwie użycie słowa „apartheid”, bo teraz skupmy się na czymś innym. Że gniew publiczny jest kierowany kompletnie nie w tę stronę co trzeba.
Decyzja FEST Festivalu (oraz podobnie w przypadku Pol’and’Rocka) nie jest jakimś dziwnym widzimisię organizatorów. To tylko i wyłącznie kwestia nieudolnie napisanych na kolanie ustaw i rozporządzeń, do których organizatorzy koncertów MUSZĄ się stosować, jeśli nie chcą płacić wysokich kar, a także jeśli wy chcecie mieć swoje ukochane koncerty i festiwale.
I jeśli myślicie, że agencji Follow The Step to pasuje, to uwaga – wcale nie. Izba Gospodarcza Menedżerów Artystów Polskich też nie przepada za tym przepisem i będzie prowadzić rozmowy z rządem odnośnie jego zmian, bo w obecnym kształcie jest to dla nich kompletnie nieopłacalne robić jakikolwiek koncert. Nie mówiąc już o dużym festiwalu plenerowym. FEST napisał głośno o konieczności szczepień, bo zmusiła ich do tego sytuacja. Wierzcie mi doskonale – gdyby nie zaglądało im w oczy (oraz pewnie wielu innym podmiotom) widmo zamknięcia niezarabiającej agencji koncertowej, to nie byliby tak zdeterminowani by zachęcać ludzi do szczepień.
Nieważne czy ta regulacja o szczepionych ludziach na koncertach wam się podoba czy nie. Ale swoje żale kierujcie nie do festiwali, które próbują się dostosować do dziurawego prawa, by dać wam to za czym tak bardzo tęsknicie od dwóch lat. Pretensje miejcie wyłącznie do naszych rządzących.

Ten jedyny festiwal, czyli Opole Songwriters Festival 2020

Na początku maja już na dobre pożegnaliśmy się z myślami o festiwalach muzycznych tego lata. Już tylko czekaliśmy aż wszystkie wyczekiwane przez nas imprezy po kolei będą podawały info z napisem „odwołane/przesunięte” – w ostateczności były jeszcze „edycje on-line” (które uskuteczniły m.in. Pol’and’Rock Festival i Białystok New Pop Festival) lub „koncerty samochodowe”. Co prawda, później zniesiono obostrzenia i można było w nowym reżimie sanitarnym organizować kameralne koncerty plenerowe – ale gdzie im do letnich festiwali z mnogością scen i wykonawców grających do późnych godzin nocnych? Na szczęście, jest taka impreza, które nie zamierzała złożyć broni. Bo na dobrą sprawę, nie musiała tego robić – tylko trzeba było nieco więcej wysiłku i kreatywności. I to było największe wyzwanie organizatorów Opole Songwriters Festival, którzy uratowali moje festiwalowe lato.

OSF, które w stolicy polskiej piosenki odbyło się już dziewiąty raz, od samego początku było imprezą która stawiała na kameralność, bliski kontakt z artystami oraz ciekawych twórców, niekoniecznie tych, którzy na plakatach festiwalowych są wyróżnieni największym fontem. Jakby się uprzeć, jest to bardzo „alternatywny” festiwal (żeby wręcz nie powiedzieć „hipsterski”), bo trzeba naprawdę być wkręconym w temat, żeby wiedzieć dlaczego tak wielki entuzjazm wzbudzają koncerty Ani Jurksztowicz czy Tomka Makowieckiego. Sam do zeszłego roku nie miałem pojęcia o istnieniu tej imprezy, a wtedy skusiła mnie ona trzema nazwiskami – Courtney Barnett, Jessiką Pratt i Lechem Janerką. Pozostałych kompletnie nie znałem… co nie przeszkodziło mi wtedy kupić dwudniowy karnet w ciągu godziny od startu sprzedaży. I chociaż wymieniona wcześniej trójka bardzo mi się podobała na festiwalu, to moje serce skradli wykonawcy wcześniej mi nieznani, jak Westerman, Arlo Parks czy zespół Kwiaty. Po raz enty potwierdziła się moja teoria, że niektórych trzeba najpierw poznać na własne uszy i oczy. Dlatego już w 2019 wiedziałem, że rok później wrócę do Opola na – jak wtedy planowałem – kameralne zakończenie intensywnego sezonu festiwalowego, zaliczając wcześniej m.in. Open’era czy OFF Festival. Koronawirus jednak miał inne plany, zatem Opole Songwriters Festival zostało moim jedynym letnim festiwalem tego roku. Na szczęście, festiwalem bardzo udanym.

Gdybym miał line-up edycji 2020 podzielić na część bardziej i mniej znaną, to w tej pierwszej znalazły by się dla mnie 3 nazwy – Enchanted Hunters, Anna Jurksztowicz oraz Artur Rojek. Z czego Rojek został potwierdzony dosłownie na dwa dni przed festiwalem, zatem skuszony zostałem tylko dwiema nazwami. Całej reszty nie znałem. Ale i tak wiedziałem, że trzeba pojechać. Dla konieczności odkrycia kogoś nowego oraz dla uratowania mojego festiwalowego lata.

Festiwal w tym roku „rozłożył się” na terenie Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Opolu, na osiedlu mieszkalnym, więc okoliczne domy miały do co najmniej północy bardzo głośne wieczory. Na samym wejściu obowiązkowa procedura: mierzenie temperatury, podpisywanie oświadczeń o stanie zdrowia, nakaz zakrycia ust i nosa oraz prośba o skorzystanie z płynów dezynfekujących rozstawionych przy wejściu. Na OSF, które miało w sprzedaży nieco ponad setkę karnetów szło to bardzo sprawnie. A teraz spróbujcie to sobie wyobrazić na jakiejkolwiek większej imprezie…

Jednego dnia OSF jest od pięciu do siedmiu koncertów i każdy ma możliwość by zobaczyć wszystkie. Dwie niewielkie sceny – z czego jedna rozstawiona w namiocie – dzieliło od siebie kilka metrów. Kiedy kończy się koncert w namiocie, to po kilku minutach zaczyna się występ obok. Dlatego choć najmniejsze opóźnienie rozwala cały harmonogram – co miało miejsce drugiego dnia i łącznie było 40 minut obsuwy.

No dobra, to teraz konkretnie. Zaczynając od pań, na które najmocniej czekałem, czyli Enchanted Hunters, które zamknęły pierwszy dzień OSF. Duet, który tworzą Magdalena Gajdzica i Małgorzata Penkalla tworzą muzykę z pogranicza synth-popu z dużymi odwołaniami do lat 80. Nie jest to muzyka dla każdego, ale zapewniam was – jak raz złapie, to nie wypuści. Dziewczyny wykonywały materiał z najnowszego Dwunastego domu w pstrokatych perukach, który na zmianę był refleksyjny i taneczny – zatem pod koniec wszyscy już gibali się pod sceną (ale w odstępach od siebie!). W trakcie jeszcze publiczność odśpiewała Małgosi urodzinowe „sto lat!”. Niewielkie zasłona dymna raz oświetlenie jeszcze dopełniły efektu wizualnego, przez co koncert Enchanted Hunters wypadł jak małe widowisko. Nie wyobrażam już sobie innych koncertów dziewczyn niż plenerowych.

Dzień później była ona – Anna Jurksztowicz grająca w całości swój debiutancki album sprzed 35 lat Dziękuję, nie tańczę. Album, który był swoistym kamieniem milowym popu tamtych lat, a dziś wydaje się zapomniany i wspominany jedynie przez prawdziwych fanów gatunku. Anna wraz z zespołem odegrała go z nieco podkręconymi aranżami – na szczęście, bez szarżowania – i tyle wystarczyło by publiczność wbrew tytułowi płyty tańczyła jak szalona. Jedyne co zgrzytało, to sztywna konferansjerka Ani i jej chórzystki, która co kilka piosenek… czytała fragmenty książek, w których wymieniano Anię. Nie rozumiem po co to było. Żeby uświadomić nam, że Ania naprawdę zapisała się w historii polskiego popu? Ale to przecież wiedzieliśmy, bo przecież przyszliśmy na koncert z tym właśnie materiałem. Żeby spełnić marzenie usłyszenia na żywo Diamentowego kolczyka, Przenikam czy Stanu pogody.

Wspólne miejsce muszę poświęcić dwóm koncertom, które mnie całkowicie zaczarowały. Z jednej strony, oba z tego samego powodu – z drugiej, były od siebie zupełnie inne. Jungstötter oraz Sean Nicholas Savage. Obaj panowie, którzy zahipnotyzowali mnie swoimi głosami. Pierwszy z nich, który muzycznie przypomina Nicka Cave’a, ale z aparycji jest niczym młody Bowie, wprowadza nas w posępny, melancholijny świat. Pierwszą rolę grają tam pianino, kontrabas i mroczne riffy gitarowe, ale gdy Junstötter otworzy usta, aż się nie dowierza, że ten młody wyglądający człowiek może śpiewać z taką głębią. Podobnie też dzień później oczarował mnie Sean Nicholas Savage. Z tym, że Sean stanął na scenie sam, romantycznie pląsał się po niej, a głos jego sprawiał wrażenie, jakby był dzieckiem Tiny Turner i Michaela Jacksona. Brzmienie też było inne – bardziej popowe, ale wciąż mroczne i romantyzujące. Kiedy pod koniec jego w Opolu rozszalała się burza, miało się wrażenie uczestniczenia w szamańskim spektaklu. Z którego nikt ani myślał wychodzić. Obu tych panów zacząłem przesłuchiwać dosłownie na dwa dni przed festiwalem, by wiedzieć na co się szykować, a wracałem z Opola zakochany w tym co usłyszałem.

Sean Nicholas Savage

Bardzo dobre wrażenie zrobiła tez na mnie pochodząca z Czech Aiko – dziewczyna z zacięciem na gwiazdę electro-popu, ale takiego bardziej z gatunku Banks czy Halsey. Kompozycje pełne przestrzeni i mocne refreny – czego chcieć więcej? Może tylko w przyszłości nieco więcej miejsca na występy, bo niewielka scena festiwalu ją ograniczała. Miło zaskoczył mnie też Kurkiewicz zapowiadany jako „stare Kombi grające Ariela Pinka” i to była najbardziej szczera rekomendacja ever. Muzyk miał głos, który aż kipiał od emocji (zdecydowanie jestem tym typem słuchacza, dla którego liczy się „przekaz ustny”).

Czy były rozczarowania? Nie, ale z ręką na sercu muszę przyznać, że nie każdy artysta mnie interesował. Tomka Makowieckiego szanuję, ale jego występ odpuściłem bez żalu, podobnie jak Brożka. Duet Bad Hammer z początku mnie zaciekawił, ale im dalej w występ tym bardziej robiło się monotonnie. Ale jest rzecz, o której koniecznie trzeba porozmawiać. DJ set Artura Rojka. Został potwierdzony na dwa dni przed startem imprezy i był chyba jedną z największych niewiadomych dla uczestników. Sam był ciekaw co Rojek wymyśli za konsoletą i… nie wiem co myśleć. Może mam za małe doświadczenia z muzyką klubową, ale nie wiem do czego set Rojka miał mnie przekonać. Do tańca? Niespecjalnie się do tego nadawało. Do rozmyślań? Na pewno nie tym hard bassem, który sączył się gęsto. Uciekłem po dziesięciu minutach z wielkim znakiem zapytania w głowie.

Tomek Lipiński, Leszek Gnoiński i Artur Rojek

Na festiwalu zorganizowano też dwa panele dyskusyjne. Na jednym Tomek Lipiński opowiadał o debiucie Brygady Kryzys, na kolejnym wraz z Leszkiem Gnoińskim – dziennikarzem muzycznym, mającym na koncie ksiązki o Republice, Mylovitz i Kulcie – oraz Rojkiem rozmawiali o początkach polskiej fonografii. Problem w tym, że są to tak szerokie tematy, że po jednej godzinie, które panowie dostali na te dyskusje – to stanowczo za mało. Kiedy panowie się na dobre rozkręcali, trzeba było już zaczynać koncerty. Prośba do organizatorów na przyszły rok – więcej czasu na panele. Albo mniej angażujące tematy do rozmów, żeby godzina wystarczała.

W normalnych okolicznościach jechałbym do Opola po niezłym maratonie koncertowym, spędzonych wśród wielkich tłumów, scen i billboardów, a tam bym od tego odpoczywał pośród muzyki na żywo. Stało się inaczej – na nieszczęście dla mnie, na szczęście dla tego festiwalu. Został on bowiem zbawcą mojego koncertowego lata, a także stałym punktem muzycznego życia. Bo przecież oczywistym jest, że wrócę na Opole Songwriters Festival za rok. W szczególności jak będzie to jubileuszowa, 10. edycja.

Drobiazgi przywiezione z festiwalu. Brakuje tylko maseczki, która czeka na wypranie.

Koncerty w Polsce – czerwiec 2019

Zakończony w sobotę Orange Warsaw Festival rozpoczął najgorętszy okres koncertowy w naszym kraju. Polscy organizatorzy postanowili w tegorocznym czerwcu przypuścić masowy atak na czas wolny, gusta i portfele polskiej publiczności, skutkiem tego przez najbliższe 27 dni nasz kraj odwiedzi ponad 60 artystów. Na logikę, przekładałoby się to na dwa koncerty dziennie i szansę na zobaczenie chociaż połowy z nich, jeśli ktoś zamierza żywić się wyłącznie energią słoneczną. Niestety, ale rzeczywistość jest jeszcze brutalniejsza.
Raz trzeba wybrać między Kurtem Vile a Scooterem (tak, są tacy którzy mają ten dylemat!) w tym samym mieście, innego dnia między Bryanem Adamsem a Rodem Stewartem na dwóch krańcach Polski, a 24 czerwca w Warszawie będą równocześnie zajęte Torwar, Palladium, Progresja i Hydrozagadka. O festiwalach już nie wspominając, bo 3 z nich porażają rozmachem. Kilka zespołów, jak Dead Can Dance czy Cigarettes After Sex nie zadowalają się tylko jednym koncertem w naszym kraju. Owszem, kilka poniższych imprez już jest wyprzedane, ale z doświadczenia wiem, że to nie jest wielka przeszkoda.
Listę całoroczną i regularnie aktualizowaną znajdziecie tutaj.

3.06
Arch Enemy (support: Death Angel): Wrocław – A2
Bryan Ferry (support: Diane Birch): Wrocław – Narodowe Forum Muzyczne
Die Antwoord (support: Moonchild Sanelly): Warszawa – Torwar
4.06
Cigarettes After Sex: Wrocław – A2
Slayer: Gliwice Arena
5.06
Cigarettes After Sex: Warszawa – Palladium
Maroon 5 (support: Sigrid): Kraków – Tauron Arena
Tokio Hotel: Warszawa – Progresja
6.06
Cigarettes After Sex: Kraków-Kwadrat
Die Toten Hosen: Warszawa-Stodoła
7.06
Die Toten Hosen: Kraków-Studio

11.06
IMPACT FESTIVAL-Tool, Alice In Chains Black Rebel Motorcycle Club i inni: Kraków – Tauron Arena
12.06
Eric Nam: Warszawa-Progresja
Godsmack: Kraków-Studio
Nothing, Nowhere: Warszawa-Proxima


14-15.06
WROsound Festiwal-SOHN, Michael Kiwanuka, ONUKA, James Holden & The Animal Spirits i inni: Wrocław-Plac Społeczny

16.06
Dropkick Murphys: – Gdańsk-B90
17.06
Suzanne Vega: Warszawa-Stodoła
18.06
Kiss: Kraków-Tauron Arena
Julio Iglesias: Warszawa-Torwar
19.06
Kurt Vile & The Violators: Warszawa-Proxima
Scooter: Warszawa-Torwar
20-22.06
TAURON NOWA MUZYKA FESTIWAL-Kraftwerk, GusGus, Rhye, Skepta, Lisa Morgenstern, Matthew Dear, The Mouse Outfit i inni: Katowice-Strefa Kultury


20.06
Disturbed: Warszawa-Torwar
21.06
Bryan Adams: Trójmiasto-Ergo Arena
Dead Can Dance: Warszawa- Torwar
Rod Stewart: Kraków-Tauron Arena
22.06
Dead Can Dance: Warszawa-Torwar
Muse (support: allusinlove): Kraków-Tauron Arena
24.06
Backstreet Boys: Warszawa-Torwar
Halestorm: Warszawa-Progresja
Primal  Scream: Warszawa-Palladium
The HU: Warszawa-Hydrozagadka
25-26.06
MYSTIC FESTIVAL-Slipknot, Amon Amarth, King Diamond, Testament, Powerwolf, In Flames, Soulfly, Sabaton, Within Temptation, Trivium, King Diamond i inni: Kraków-Tauron Arena


25.06
Toto: Sopot-Opera Leśna
26.06
King Crimson: Warszawa-Teatr Roma
Phill Collins (support: Nile Rodgers & CHIC): Warszawa-PGE Narodowy
27.06
King Crimson: Warszawa-Teatr Roma
27-30.06
INNE BRZMIENIA-Ministry, Helbaliser, We Fill Fail, Lee Stratch Perry, Solo Ansamblis i inni: Lublin-Błonia Pod Zamkiem
28-30.06
HALFWAY FESTIVAL-Julia Holter, My Brightest Diamond, These New Puritans, Foxing i inni: Białystok-Amfiteatr Opery i Filharmonii Podlaskiej
28.06
Diana Krall: Kraków-Tauron Arena
29.06
John Fogerty: Dolina Charlotty
New Hope Club:Warszawa-Proxima

Jeśli jakiegoś koncertu brakuje, dajcie znać w komentarzu. Na co się wybierzecie w czerwcu? Tylko nie mówcie że na nic, bo większych okazji w tym roku już raczej nie będzie.