Moje grzechy na koncertach.

fot. Izabela Krzeczowska

Amerykański Rolling Stone wymienił i potępił najbardziej wkurzające zachowania publiczności na koncertach. Myślę, że każdy bywalec koncertowy/festiwalowy bez wątpienia zgodzi się z większością tych zarzutów (jeśli, podobnie jak ja, nie rozumiecie punktu piątego, to zajrzyjcie tutaj). I każdy z tych bywalców dopisałby do tego swoje własne punkty. Ja na początek chciałbym się odnieść do kilku zarzutów Rolling Stone’a. I zrobić rachunek sumienia. Bo też święty nie jestem.

Smartfon w górę! Cykamy foty! Nagrywamy! I tak cały koncert!

(pkt. 1)

I w takich chwilach człowiek ma ochotę kląć na postęp technologiczny. Las komórek wyciągniętych w górę przysłaniających nam cały widok na scenę, zwłaszcza na samym początku koncertu. Od razu się przyznam – również wyciągam telefon, robię zdjęcia, czasami nagrywam (i wychodziło mi to tak sobie). Na jedną, dwie, góra trzy piosenki. Wyjdzie mi z tego jakieś trzydzieści parę zdjęć, z czego 3/4 jest takiej jakości, że pożal się Boże. Ale powiem szczerze, nigdy nie zdarzyło mi się trzymać cały czas komórki w górze. Jedyny koncert, na którym co chwila wyciągałem telefon, wrrróć, to był w zasadzie festiwal. Gdynia Rock Fest w lutym 2012. Na początek występu każdego wykonawcy to samo – seria zdjęć, chowam telefon i wracam do rozkoszowania się dźwiękami. Ale też nigdy nie widziałem by ktokolwiek cały (napiszę ponownie wielkimi literami: CAŁY) koncert trzymał telefon w górze. Albo po prostu nie oglądam się na publiczność i za bardzo skupiam na tym co się dzieje na scenie. I też zastanawiam się, czy komukolwiek starczyłoby na to baterii. Mój telefon po serii zdjęć wykonanych na GRF zdechł jeszcze przed końcem. Więc gdybym próbował filmować całe show, nie wytrzymałby połowy. Ale może to ja mam dziadowski sprzęt. Tak czy siak, zachowajmy zdrowy rozsądek i wyznaczmy sobie jakieś granice. Idziemy na koncert żeby się bawić, a nie ciągle gapić się w telefon i skupiać na uwiecznianiu. A skoro już o telefonach mowa…

Nie mogę się bawić, bo muszę się pochwalić gdzie jestem!

(pkt. 2)

Raz pomyślałem sobie, żeby zrobić użytek ze swojego twittera, i robić na żywo relację z koncertu. I do dziś biję się za to po łbie. Raz, po czasie zdałem sobie sprawę, że moje ciągłe wyciąganie telefonu wszystkim przeszkadza świeceniem im w twarz. A po drugie, zdałem sobie też sprawę że ucieka mi prawie cały koncert. Dobrze wam radzę, nie róbcie tego. Po prostu.

Zagrajcie to czego chcę!

(pkt. 4)

Znowu jestem zmuszony uderzyć się w piersi – parę dni temu na Baabie Kulce niemal grzmiałem o „Number Of The Beast”. Stojąc tuż przy Gabie. I tak mnie nie posłuchali. Coś mnie to nauczyło. Że takie gderanie o „utwory dla siebie” nie ma sensu. Zespół najczęściej ma ustalony set przed koncertem, i mocno się go trzyma. I zawsze czegoś komuś zabraknie. Bo wszystkich zadowolić się nie da. Deal with it. Jeśli traficie na show, gdzie zespół pyta się fanów co chcą usłyszeć i to grają cały czas, to macie szczęście. Ja takiego koncertu jeszcze w życiu nie przeżyłem.

Ale napomknijmy tu o jeszcze jednym problemie związanym z publicznością ustalającą artyście setlistę.

Co wrzeszczy publiczność na koncertach Hurtu? „Za-ło-ga! Za-ło-ga!” Koncert Hey? „Tek-sań-ski! Tek-sań-ski!” happysad? „Zanim pójdę!”. Armia? „Niezwyciężony!”. A wiecie co chce wtedy krzyknąć zespół? „Zamknijcie się!”. Serio. Tylko mało kto mówi to głośno. Wierzcie lub nie, ale sam się o tym przekonałem podczas koncertu Strachy Na Lachy. Końcówka koncertu, zespół gra głównie swoje niesinglowe kawałki, lub te jeszcze niepublikowane. Zespół się nastraja, a Grabaż zagaduje fanów. Bez przerwy paru narwanych gości wrzeszczy „Piła tango!”, niemal zagłuszając wokalistę. Grabowski w końcu stracił cierpliwość: „Ej, wy tam! Idźcie sobie do baru, wypijcie ze dwa piwka, a jak wrócicie to Piła tango będzie. A nam dajcie grać.” Wierzcie lub nie. I tym bardziej nie ma sensu wrzeszczeć o te znane i popularne utwory, bo wiadomo że zespół/artysta i tak je zagra prędzej lub później. Ale myślę, że takie wrzeszczenie już wychodzi z mody. Będąc jakiś czas temu na koncercie Luxtorpedy, nie było ani jednej osoby, która by już od początku koncertu wywrzaskiwała o „Autystycznego”.

Spadaj stąd, teraz ja tu będę stał!

(pkt. 6)

A takich zabić to mało. Znowu wam opowiem sytuację z życia wziętą. Przychodzę na koncert odpowiednio wcześnie, by móc zająć dobre miejsce. Udaje mi się stanąć w pierwszym rzędzie. Im bliżej do planowanego rozpoczęcia, tym mocniej się za mną kłębi tłum. Jest lekki ścisk. Zaczyna się show. Entuzjazm, wszyscy skaczą, śpiewają z zespołem. Pod sceną robi się naprawdę ciasno, ale wciąż stoję na przedzie. Nagle czuję jak ktoś mnie mocno szarpie za ramię, i najwyraźniej próbuje wyciągnąć do tyłu. Zdziwiony odwracam głowę, a tu jakiś koleś z  miną wściekłego niedźwiedzia mnie wyrywa do tyłu. Po co? Nie dowiedziałem się, ponieważ mocno trzymałem się barierek. Najwyraźniej towarzyszowi koncertu nie spodobało się, że stoję przy scenie i postanowił mi odebrać moją miejscówkę. No, cholera, człowieku! Zapamiętaj sobie – nie jesteś na koncercie sam. Nie bij innych łokciami (chyba że właśnie jesteś w kręgu „tańczących” pogo), nie rozpychaj się między ludzi, ani nie depcz po innych byleby tylko dostać się do przodu. Można się dobrze bawić nie tylko pod sceną. A z doświadczenia wiem, że i tam wcale nie jest najlepiej. Nie udało ci się dostać do barierek? Próbuj na następnym koncercie. I nikogo nie bij o to.

I tutaj mogę skończyć swoją spowiedź, i jedynie obiecać poprawę.

Ale też pamiętajmy o jednym. Potrafimy na koncertach tworzyć wspaniałą atmosferę zabawy, wspólnoty, wielkiej celebracji muzyki, potrafimy okazać wsparcie i miłość artyście/zespołowi. Przeżyłem to nie raz, nie dwa. I róbmy to dalej. Taka nasza pokuta za wszystkie koncertowe grzechy.

(pisane przy słuchaniu następujących albumów: Pink Floyd – The Wall, Agressiva 69 – Agressiva 69,  Depeche Mode -Violator. Cholera, wiecie jak cudownie ta muzyka inspiruje?!)

A za podrzucenie artykułu dziękuję panu Faliszkowi.

Dla kogo z was tańczy ona?

Co jakiś czas w internecie krąży inny muzyczny viral. Wszyscy słuchają, komentują, wstawiają na facebookowe tablice. Ja po doświadczeniach z „Friday”, „Call Me Maybe” oraz „Gangnam Style”, nauczyłem się żeby takie hity omijać z daleka. Bo to nigdy nie kończy się dobrze dla mojej estetyki. Dlatego, gdy zaczęło być głośno o utworze polskiej grupy o nieskomplikowanej nazwie Weekend, wiedziałem żeby nie naciskać przycisku „play”. Błogosławieni nieświadomi. Niestety, wszystko co piękne ma swój koniec.

Otóż, na początku roku mój zakład pracy zorganizował imprezę pracowniczą. Tańce, hulanki, swawole. Z początku DJ nie puszczał fajnych piosenek, więc znajoma postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Po chwili z radochą obwieszcza że „załatwiła u DJa Ona tańczy dla mnie„. Przepraszam, że co? I się przekonałem, o czym huczał internet.

I po raz kolejny, huczał o bardzo złej piosence. Czy to znaczy że społeczność sieciowa nie potrafi się dzielić niczym dobrym? Że musimy pokazywać wszystkim dookoła „ołmajgad, patrzcie, jakie to beznadziejne!”? Czemu nie dzielimy się dookoła świetną muzyką? O, przepraszam, odbiegłem od tematu. Chociaż zdecydowanie lepiej mi z tym.

„Ona tańczy dla mnie” jest szalenie prostym utworem, zarówno w warstwie tekstowej jak i instrumentalnej. Trwa niecałe 4 minuty (a do teledysku i tak ucięto go o minutę), z czego zdecydowaną większość całości stanowi skandowanie przez wokalistę słów „o-o-o-o”. Nie mi tak sądzić, ale może dlatego że nikt z grupy nie umiał napisać ciut dłuższego tekstu posiadającego więcej niż jedną zwrotkę i 3-krotnie powtarzany refren? Nad melodią też nikt się specjalnie nie wysilał – oparta na trzech powtarzających się dźwiękach. A śpiew wokalisty? Nie wiem czy to tylko moje zboczenie estetyczne, ale z tempem utworu nie klei się to w ogóle. Niech ktoś mi powie, czym się tutaj internet podnieca? Że to jest takie kiepskie? Błagam, oby nie.

Jasne, wiem. To przecież tylko disco-polo. I wcale nie wymagam od tego żadnego większego przekazu słownego, ani solówek wiolonczelowych rodem z „IV Pór Roku” Vivaldiego. Tylko naprawdę chcę pojąć, po co tyle szumu o jeden kiepski utwór (Weekend ma ich naprawdę sporo, wystarczy zajrzeć na ich kanał na YouTube). Czemu nie potrafimy robić wielkiego szału dobrymi piosenkami?

Pozostaje tylko żywić nadzieję, że ten utwór nie podzieli los „Gangnam Style”, i zostanie szybko zapomniany. W końcu 41 milionów wyświetleń nic nie będzie znaczyć, prawda? Prawda?…

(pisane przy min.: My Chemical Romance – „DESTROYA”, The Gathering – „Liberty Bell”, Archive – „Bullets”, i oczywiście przy opisywanym tu utworze)

Koncertowa ściana marzeń.

fot. Michał Dzikowski/INTERIA.PL

Okey, muszę się wam do czegoś przyznać. Do jednego uzależnienia. Uzależnienia, które z jednej strony sprawia mi ból, a z drugiej dostarcza wielkiej radochy. Do uzależnienia od koncertów.

Karol grozi pięścią Grabażowi
Karol na koncercie zespołu Strachy Na Lachy w gdańskim Parlamencie – 11/03/2012 (fot. Izabela Krzeczowska)

Zaczęło się w roku 2009, kiedy to mój o rocznik starszy brat zabrał mnie – 18-letniego wówczas szczyla – do Warszawy na koncert Gogol Bordello w Stodole. Skoro nie muszę płacić za jazdę i bilet, t0 czemu nie? Pojechałem, poznałem w praktyce znaczenie słowa „hedonizm”, oraz przeżyłem pierwsze prawdziwe pogo życia. I zapragnąłem więcej, i więcej. Od tamtej pory przeżyłem wiele koncertów – r0ckowych i hip-hopowych, cudownych i beznadziejnych, płatnych i darmowych, jeżdżąc po Polsce oraz zostając w swoim mieście.

Niestety, jak to często bywa, brutalna rzeczywistość przegrywa z marzeniami. Z planowanych koncertów udaje mi się „zaliczyć” zaledwie połowę, i zostaje mi płacz i zgrzytanie zębów. Bo wierzcie mi na słowo – ja cierpię, gdy cokolwiek przegapię. Cierpię sromotnie. Raz miałem szansę wygrać koncertowe życie. A raz mogłem okazję usłyszeć niepublikowane jeszcze wtedy kawałki artysty. Nazwijcie mnie jak chcecie, ale to boli.

Zatem przedstawiam swoją koncertową ścianę płaczu, która może choć częściowo zamieni się w koncertową ścianę szczęścia. Życzcie mi powodzenia.

26.01 – Anneke van Giersbergen & Danny Cavanagh (Ucho, Gdynia)

06.02 – Billy Talent (Stodoła, Warszawa)

09.02 – Rock In Arena 2013: Strachy Na Lachy, Illusion, Lao Che Jelonek, Dog Eat Dog, happysad, Rust (Hala Arena, Poznań)

13.02 – Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators (Spodek, Katowice)

02.03 – Gdynia Rock Fest 2013: Strachy Na Lachy, Luxtorpeda, Myslovitz, Acid Drinkers Mela Koteluk, Lipali, Chassis (Hala Widowiskowo-Sportowa, Gdynia)

17.03 – Jelonek (Parlament, Gdańsk)

21.03 – Riverside (Parlament, Gdańsk)

15.05 – Major Lazer (Palladium, Warszawa)

25.05 – Rock On The Rock: Luxtorpeda, Lao Che, Vervax (Amfiteatr Kadzielnia, Kielce)

04-05.06 – Impact Festival 2013: Rammstein, 30 Seconds To Mars, Korn, Slayer, Mastodon, i inni (Lotnisko Bemowo, Warszawa)

12.06 – Dead Can Dance (Opera Leśna, Sopot)

18.06 – Green Day (Atlas Arena, Łódź)

25.07 – Depeche Mode (Stadion Narodowy, Warszawa)

01.-03.08 – Przystanek Woodstock 2013: Anthrax, Atari Teenage Riot, Ugly Kid Joe, Farben Lehre, Emir Kusturica, i inni (Kostrzyn Nad Odrą)

Lista zaplanowana, więc teraz czas na wygranie moich milionów w totka.

 

(pisane przy: 30 Seconds To Mars – „Night Of The Hunter”)