Krawczyk był idolem młodzieży

Wczorajsza wiadomość o śmierci Krzysztofa Krawczyka wszystkich zszokowała i nie będzie przesadą napisać, że artystę żegnała cała Polska. Rzecz jasna, jak to bywa ostatnimi laty w takich przypadkach, w zalewie postów żałobnych i wspomnień o artyście można znaleźć takie osoby które powątpiewają w szczerość tych łez, głównie u ludzi którzy mają mniej niż 30 lat. Pada oczywiście legendarne już zdanie „nie doceniali go za życia, a teraz dopiero płaczą”. A potem oliwy do ognia dolał już sam prezydent ze zdaniem „młodzi lekceważą taką muzykę”. I teraz się zastanawiam, pod jakim kamieniem żyli ci wszyscy ludzie, którzy nie zauważyli że Krzysztof Krawczyk od kilku lat jest idolem młodzieży?

Właściwie trudno powiedzieć, kiedy dokładnie się to zaczęło, ale od co najmniej 4-5 lat Krzysztof Krawczyk dla pokolenia Z i millenialsów wcale nie był jakimś „obciachem” czy „starym dziadem” – przynajmniej jeśli mówimy o kwestiach muzycznych. Był jakby naszą odpowiedzią na wracająca modę na retro, która objawiała się w remixach oraz… w memach. Takie czasy, cóż poradzić. Kwestia tylko, kto na tych memach będzie umiał skorzystać i pozwolić się odkryć na nowo. Tak samo jak Maryla Rodowicz z internetowych żartów o zamrażaniu zaczęła się otwarcie śmiać i zapraszać na koncerty, to w podobny sposób „renesans” swojej kariery zrobił pan od Parostatku.


Kiedy młodzież dzięki remixom i memom poznała postać Krawczyka, rzuciła się migiem sprawdzać kto to jest, co nagrał i co w życiu robił przez lata. I – pewnie ku ich zaskoczeniu – znalazła niezłego rockandrollowca, w którym podkochiwały się ich matki czy babki, który bez krępacji opowiadał o wciąganiu koksu i pożeraniu jointów. I tego rockandrollowca młodzież pokochała i pewnie zechciała go wskrzesić na nowo. Z czasem udało się znaleźć również muzykę, która wcale nie okazała się obciachowa i nudna. Bo – i temu twierdzeniu przyklaśnie każdy dziennikarz muzyczny – Krzysztof Krawczyk nigdy nie był taki sam. Bo wiedział też z kim nagrywać i co nagrywać. Duety z Nosowską, Bartosiewicz i Ras Lutą, nieco kiczowaty przebój dla reprezentacji Polski, nawet pieśni religijne – nic nie stało na drodze piosenkarzowi by zdobywać kolejne serca. Jeśli tylko było wyśpiewane tym barytonem, to chwytało od razu. Może i niektórzy pochodzili do tego na śmieszno – ale zawsze z szacunkiem do całego dorobku. Bo Krzysztof Krawczyk nie miał na koncie skandali, do których ktokolwiek mógł się doczepić, żeby urządzić mu w internecie „cancel-party” (odsyłam do wiki). Udało się dzięki temu stworzyć postać szlachetną i powszechnie uwielbianą, co do której nie było kłótni w internecie.

Wszyscy twierdzący, że heheszki internetowe nie miały żadnego przełożenia na popularność Krawczyka w „offline”, musieli być nieźle zszokowani widokiem Krzysztofa na juwenaliowych koncertach wypchanych po brzegi. Sam menager artysty był zdziwiony jakim cudem ci młodzi znają doskonale teksty Rysunku na szkle czy Pamiętam ciebie z tamtych lat. I naprawdę ktoś na widok tych tłumów skaczących na Mój przyjacielu chce powiedzieć, że młodzież nie znała Krzysztofa Krawczyka? Albo na info, że jeden z jego koncertów w Sopocie zorganizował polski oddział Tidala? I nikt nie śmiał narzekać, na to, że ze względu na jego zdrowie większość poleciała z taśmy – bo młodzież i tak wariowała.


Żegnaj, Krzysztofie.
Byłeś nam idolem. I będziesz na długo.

6 godzin wkurzania się, czyli nominacje do Fryderyków 2021

Czasy, kiedy ogłoszenie nominacji do Fryderyków spotykają się z wielką ekscytacją i oczekiwaniem, chyba nieprędko nadejdą. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy kiedykolwiek one istniały. Impreza, która od dekady szuka co rok nowego pomysłu na siebie i na przyciągnięcie do siebie uwagi słuchaczy (i czasem też mediów) dzisiaj znowu próbowała to zrobić. Z efektem takim, że Fryderyki tylko podniosły mi ostro ciśnienie.

Pomysł na stopniowe i pojedyncze ogłaszanie nominacji na papierze brzmiał całkiem spoko. Jasne, że krótka konferencja prasowa z wyczytaniem nazwisk lub wysłanie noty prasowej do mediów załatwiłyby sprawę szybciej. Tym razem spróbowano podkręcać i stopniować zainteresowanie. A skończyło się tak, że po pięciu godzinach ciągłego odświeżania Facebboka i Instagrama Fryderyków cała branża – bo tylko ci najbardziej wytrwali siedzieli nad tym cały dzień – była już mocno zniecierpliwiona. Niemal godzinne przerwy pomiędzy ogłaszaniem kolejnych kategorii prezentowanych na głuchych slajdach, bez żadnych odpowiedzi i dodatkowych słów od organizatorów. Łącznie sześć godzin siedzenia by poznać 22 kategorie. To już całe Grammy, gdzie wręcza się 80 statuetek trwało znacznie krócej. Drogi ZPAVie, nie róbcie tego w ten sposób nigdy więcej.
Dobra, to dosyć nerwów, przejdźmy do tego, co tak całej polskiej branży muzycznej wyjęło niemal cały dzień z życia.

5 nominacji dla Sanah ani trochę nie zaskakuje, w końcu to ona w 2020 rządziła mainstreamowym popem i radiowymi playlistami. I szło to w parze z dobrą jakością tej muzyki. Rok temu miała już trzy nominacje, ale wtedy miała pecha stanąć w szranki z Hanią Rani i Darią Zawiałow. Więc dopiero musiał „polać się szampan”, by w tym roku mogła sięgnąć po więcej. I chyba może jej tu zagrozić tylko drugi rekordzista w nominacjach – Krzysztof Zalewski mający tyle samo i rywalizujący z Zuzą w trzech kategoriach. Cztery nominacje dla Lanberry mogą niektórych zdziwić, ale osoby ciut bardziej obeznane w polskim mainstreamie wiedzą, że ta wokalistka ma doświadczenie w pisaniu popowych hitów nie tylko dla siebie. Co prawda, jej ostatni album Co gryzie Panią L.? przeszedł bez większego echa, ale uznanie krytyków wystarczyło by dostać kilka nominacji – głównie tych songwriterskich.

Podział na pop i pop alternatywny dla wszystkich obserwujących Fryderyki z boku brzmi jak fikołek logiczny, ale jest w nim drobna metoda. Wszystko przez to, że polscy twórcy w końcu przestali się przejmować tym, że trzeba ich wcisnąć w jakąś szufladkę i po prostu grają co chcą. Stąd efekt taki, że zarówno Sanah jak i Rojka nazwiemy popem – ale stawianie ich obok siebie byłoby już kuriozalne. Tych z kategorii „zwykłego” pop szybciej usłyszymy w radiach komercyjnych. Bo mamy tam Zuzę Jabłońską, Lanberry, Marię Sadowską, Sanah i Natalię Kukulską (która – bądźmy szczerzy – z projektem interpretującym Chopina powinna trafić do działu Muzyki Poważnej) W popie alternatywnym mamy też same uznane nazwiska jak Rojek, Kasia Lins, Zalewski i Hania Rani. Ale to tylko te, które puści najwyżej Radio 357 czy Czwórka. Dlatego – póki co – ten podział jeszcze musi mieć rację bytu. Przynajmniej dopóki nie dorobimy się w Fryderykach kategorii „pop i dance”. Może by się kiedyś takowa przydała?

Kiedy się patrzy w tym roku na kategorie rock i metal, to cytat Grabaża z Twojej Generacji sam ciśnie się na usta. Edyta Bartosiewicz i Majka Jeżowska obok Luxtorpedy, tribute album Acid Drinkers oraz tylko 3 nominacje w kategorii metalowej. Aż struny opadają. I wcale nie to, że twórców ciężkiego grania brakuje w Polsce. Skądże znowu. Oni po prostu najczęściej się nie zgłaszają, a Akademia musi wybierać z tego co ma. Co kończy się wyglądem tegorocznej stawki, a także zeszłorocznym zwycięstwem Nocnego Kochanka w kategorii metal. Rock umarł, rock jest martwy, stary.

W zeszłym roku kategoria debiut była głównie pop-kobietą, w tym roku jest głównie raperem. Miły ATZ, Zdechły Osa, Mata (stawiam wszystkie pieniądze, że wygra), Sobel, a obok nich z zupełnie innej bajki Ptakova. I dobrze, bo hip-hop w Polsce to rynek, który jest potęgą, ale duże wytwórnie i rozgłośnie czasami zachowują się, jakby nie traktowały go poważnie. Może jak coraz więcej raperów zacznie zgarniać duże wyróżnienia, to coś się z tym zmieni. A ci na Fryderykach mogli zwykle liczyć tylko na statuetkę w kategorii Album Hip-Hop, czasami jeszcze za Teledysk. A skoro już przy rapie jesteśmy, to rzut okiem na tę kategorię i chyba wszyscy wiemy, że wygra Quebonafide. Chociażby za to, że za Bubbletea nie dostało się raperowi nic (a wiemy, że było zgłaszane np. do Utworu Roku). I nie oszukujmy się – ten album słyszeli w tym kraju wszyscy, a to ułatwia Akademii głosowanie.

Nie rozumiałem w 2019 wprowadzenia kategorii Najlepsze Nowe Wykonanie i nie rozumiem jej do teraz. Bo jaki jest sens nagradzania za odtwarzanie czyjejś pracy? Jasne, że do coverowania można podejść fascynująco i dobrym efektem. Ale obecnie jest to jakby kategoria do dawania Fryderyków dla Męskiego Grania i innych albumów kompilacyjnych. O których zwykle zapomina się po miesiącu czy dwóch.

Czy udało się kogoś umieścić w nieodopowiedniej kategorii? Oczywiście, że tak. Ale wystarczyły takie słowa klucz jak „alternatywa” czy „muzyka poetycka”. Coals, które prędzej pasowało do elektroniki czy nawet pop, Kwiatostan zespołu Błoto (który – według wytwórni – zgłaszał się w nominacjach jazzowych) czy Pink Freud, Igor Herbut, Voo Voo- trudno się pozbyć wrażenia, że te albumy są nie tam gdzie powinny gatunkowo. W szczególności Siksa w kategorii „muzyka poetycka”. Przecież zawsze można wymyślić nowy podział z mniejszą ilością twórców. Tak jak to się stało w przypadku kategorii Album Soul/R&B/Gospel. Tam trafiły się płyty o których można dużo mówić w tych gatunkach właśnie. Paulina Przybysz, Rosalie. i Bartek Królik dostali własną pasującą im półkę, bez potrzeby wciskania ich na siłę gdzie indziej. Ewentualnie możemy całkiem zrezygnować z gatunkowości i mieć nadzieję, że znowu wszystkiego nie zgarnie Podsiadło (to nie żart – sprawdźcie jak wyglądali nominowani i nagrodzeni w 2014).

Kategorie techniczne (Producent, Autor, Kompozytor) dają do myślenia, jak w Polsce podchodzi się do zawodu prodcenta/songwritera… albo jak ten fach wyglądał w 2020. O ile na Zachodzie takie nagrody przyznaje się ludziom pracującym dla wielkich nazwisk, tak w PL wciąż najczęściej „każdy sobie rzepkę skrobie”. Bo czy nominowani Zalewski, Hania Rani czy Sanah oddali swoje talenty songwriterskie czy producenckie komuś innemu? Pytanie retoryczne. Nie licząc Atutowego czy duetu Kumór/Buczkowski-Wojtaszek, tak w 2020 Akademia wyróżniła w tych kategoriach Zosie-Samosie. W sumie, to całkiem niezłe podsumowanie roku gdzie dominował dystans społeczny.

Na razie nie wiadomo kiedy i gdzie tegoroczne Fryderyki zostaną wręczone. Nie dziwi mnie to, zwłaszcza kiedy mamy lockdown za rogiem, a zeszłoroczna wielka gala musiała po pół roku czekania zamienić się w zwykłą konferencję transmitowaną on-line. Zostało nam tylko czekać i typować faworytów. I lobbować za rozdaniem latem na świeżym powietrzu.

Albumy mojej 30tki: „Out Of Time”

Rok 1991. W warszawskim Teatrze Dramatycznym po raz pierwszy zostanie wystawione Metro. ZSRR chyli się ku upadkowi. Deep Purple zagra swój pierwszy koncert w Polsce. Ukaże się pierwszy numer Super Expressu. Z taśmy produkcyjnej zjedzie ostatni Fiat 125p, zwany „dużym Fiatem”. Na ekrany kin wejdą Milczenie Owiec, Thelma i Louise oraz druga część Terminatora. W Bułgarii odbędą się pierwsze wolne wybory. Polska zostanie przyłączona do Internetu.
W tym samym roku będą też miały premierę albumy, które za jakiś czas staną się ważnymi wydawnictwami w historii muzyki. Z okazji ich przypadającego w tym roku 30-lecia wspomnę tu o kilku z nich.
Czemu akurat o tych? Cóż – jestem ich równolatkiem.
Urodziłem się w 1991 roku.


W 1988 roku R.E.M. dopełniło swoje zobowiązania kontraktowe ze swoją pierwszą wytwórnią I.R.S. Records. Zespół po pięciu albumach wtedy w USA był na fali wznoszącej i niejedna wytwórnia chciała go pozyskać w swoje szeregi. Bill Berry, Peter Buck, Mike Mills i Michael Stipe zdecydowali się na współpracę z Warnerem, który miał obiecać zespołowi pełną wolność artystyczną. Wydany jeszcze w tym samym roku album Green ugruntował pozycję zespołu na ryku amerykańskim. Ale najlepsze dopiero nadchodziło. 12.03.1991 ukazuje się Out Of Time – album, który wywindował R.E.M. do statusu międzynarodowych gwiazd rocka i dał im ich największy hit – Losing My Religon. Album, który kończy dziś 30 lat.

Będę szczery – dyskografię R.E.M. znam bardzo wyrywkowo. Zdarzało mi się odpalić Automatic For The People, Collapse Into Now oraz Around The Sun. Ale do Out Of Time zawsze ciągnęło mnie najmocniej. I nie ma co ściemniać, Losing My Religion było tego powodem. Pamiętam jak słyszałem ten utwór w radiostacjach regularnie będąc gówniarzem i nie rozumiejąc ani jednego słowa. Chyba dopiero gdzieś po skończeniu technikum pierwszy raz usłyszałem w całości Out Of Time. Ale bankowo ktoś inny musiał mi tę płytę puścić po raz pierwszy, bo ja wtedy jeszcze mocno w popie siedziałem.

Czym Out Of Time broni się po trzydziestu latach? Moim zdaniem, zespołowi udała się tu sztuka osiągnięcia łatwego i przyjemnego brzmienia – takiego wręcz radiowego – przy jednoczesnym byciu wiernym alt-rockowym korzeniom. Nie ma przydługich utworów (wersja podstawowa trwa niecałe 45 minut), jest kilka przyswajalnych singli, ale zespół wciąż był tam sobą. Najbardziej zaskakuje to, że mimo olbrzymich naleciałości country – mniej lub bardziej oczywistych, to album dał radę osiągnąć z tym olbrzymi sukces komercyjny. Podobno Stipe i ekipa po raz pierwszy pisali utwory od razu z myślą o aranżacjach na mandoliny, organy i akustyczne gitary, zamiast później dogrywać te instrumenty w postprodukcji.

R.E.M. w 1991

Strony albumu na winylu są opisane jako „Time Side” i „Memory Side”. Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia czy ma to jakieś znaczenie, ale ja osobiście jeszcze inaczej podzieliłbym tę płytę. Na „poważną” i „co oni sobie tam myśleli?”. Oczywiście w tej drugiej znalazłoby się Shiny Happy People, o którym ja naprawdę nie wiem co myśleć. Niby słodkie, wesołe, takie poptymistyczne wręcz (utwór miał być czołówką serialu Przyjaciele), ale – bądźmy szczerzy – pasuje tam jak pięść do nosa. Podobnie mam z brzmieniem Radio Song. Tekst jest o kiepskim kawałku w radiu, tymczasem muzycznie jest to tak radiowe, że bardziej się nie dało. Tak samo trochę nie rozumiem jak powstało Belong, które sprawia wrażenie jakby Stipe chciał swoim śpiewem zagłuszać wiadomości w TV. Lubię ten kawałek, ale ponownie – chciałbym wiedzieć co oni sobie myśleli nagrywając to.

I na drugim biegunie tego samego krążka są takie rzeczy jak Low – głębokie, basowe cudo, Near Wild Heaven jakby wyrwane z dyskografii The Cure czy ociekające Texasem Texarana i Country Feedback. No i oczywiście Losing My Religion ze swym uduchowionym tekstem. Jeśli macie konto na Netflixie, to polecam obejrzeć odcinek programu Song Exploder, gdzie członkowie R.E.M. opowiadają ze szczegółami historię powstania tego szlagiera, od każdego instrumentu z osobna do tekstu. I teraz zestawcie te wszystkie utwory obok samego Shiny Happy People. I to właśnie dla mnie jest esencja całego Out Of Time.

Zaryzykuję stwierdzenie, że Out Of Time to chyba najbardziej porąbana płyta R.E.M. – chociażby ze względu na samą tracklistę. I chyba właśnie dlatego, ta płyta aż tak dobrze ze mną rezonuje i tak dobrze na mnie działa. Jest równie porąbanym trzydziestolatkiem jak ja.