Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Lip 24, 2018 | 0 comments

3 lata związku z HIV

3 lata związku z HIV

24 lipca 2015 roku w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Kielcach usłyszałem diagnozę, która – jak mi się wtedy wydawało – zmieni moje życie diametralnie. Czy świadomość tego, że jestem nosicielem wirusa HIV to sprawiła? Cóż – tak. I nie.

Od sierpnia 2015 do czerwca 2016 kalendarz był oznaczony głównie datami kolejnych wizyt w Poradni Nabytych Niedoborów Odporności. W Krakowie, sto kilometrów od rodzinnego domu. Co oznaczało konieczność wstawania na czczo o piątej rano i jazda pociągiem z Kielc, czasem tylko po to, by pobrano mi krew i „do zobaczenia za parę tygodni”, ponieważ pobieranie krwi odbywało się w ośrodku tylko do 9 rano. Czasami było to też kilkugodzinne oczekiwanie na kontrolną wizytę i odbiór leków. Dlatego też przeprowadzka do Poznania w czerwcu 2016, gdzie PNNO mam na miejscu była rozsądnym pomysłem. Mimo tego, że w Poznaniu muszą na wykonanie kompletu badań zatrzymać mnie na 2 noce w szpitalu, a kolejki do lekarza nie są wcale mniejsze. Mam wrażenie, że im dłużej się leczę, tym coraz więcej nowych twarzy widzę w Poradni. Co gorsza, też tych znajomych twarzy.

Na początku o swoim zdrowiu jakoś nie myślałem za mocno, bo miałem gorsze zmartwienie na głowie – brak pracy. A bez ubezpieczenia zdrowotnego nie można mi było nawet wykonać badań, o cholernie drogich lekach nie wspominając. Dlatego u mnie wszystko strasznie się wlokło i dopiero we wrześniu (czyli ponad miesiąc po diagnozie) wykonałem sobie komplet badań, a w listopadzie otrzymałem leki. Przez długi czas się biłem z myślami, czy mówić o tym komukolwiek w pracy. W końcu musiałem się przyznać, po co tak często jadę do szpitala w Krakowie. Jak tylko się dowiedzieli, to kilka dni później się z nimi żegnałem, bo atmosfera stała się nie do zniesienia. Jeszcze w innym miejscu mnie dosłownie za to zwolniono – to już się stało w Poznaniu i mógłbym z tym iść do sądu pracy, ale darowałem sobie. I dziś sobie za to pluję w brodę. Tylko jeden pracodawca poruszył ze mną ten temat i zrobił to tak dobrze, że zrozumiałem jego racje i przestałem się na moment przyznawać publicznie do HIVa. W innej restauracji ktoś próbował szantażować mojego szefa moją chorobą, ale to na nikim nie zrobiło wrażenia. W obecnej firmie wszyscy wiedzą i nikt z tym problemu nie ma. Ale teraz już wiem, żeby nigdy nie odpuszczać.

Bóle głowy, zmęczenie, nudności, brak apetytu. To ostatnie chyba zostało mi do dzisiaj, ale mam nadzieję, że nie jest nijak związane z jedyną rutynową czynnością, którą mi przysporzyło zakażenie. Jedna tabletka codziennie, o tej samej porze. Nie ma wyjątków, zawsze trzeba łyknąć. I do końca życia mogę zapomnieć o jedzeniu grejpfruta, nalewkach i likierach ziołowych (także leczniczych, jak np. Amol), węglu aktywnym, leków sterydowych i niektórych owocach tropikalnych, a alkohol piję na własną odpowiedzialność. Bo według zaleceń, mogę wypić maksymalnie… radlera dziennie. Swoją drogą, ciekawe gdyby świadomość tego byłaby powszechniejsza, to ludzkość chętniej zakładałaby prezerwatywy, byleby tylko nie dostać „dożywotniego zakazu upicia się”?

Paradoksalnie, z facetami było najgorzej… i najlepiej. Bo jeśli trafił się jakiś, który na wieść o moim nieodłącznym „koledze” jednak się zdecydował na bliższą relację ze mną, to znaczy że był wart coś więcej niż tylko jednorazowego seksu (z zabezpieczeniem, rzecz jasna). I tak zazwyczaj było. Nie było gości, którzy unikali tematu i traktowali jak trędowatego. Byli za to faceci, którym mogłem na maksa zaufać, którzy chcieli dbać o mnie i o siebie. A obecnie? No cóż – nie mam na co narzekać. Zaraz nam stukną 2 lata.

A kryzysy? Jasne, że były. A raz zdążyłem już się poddać. Kiedy natłok problemów osobistych nałożył się w tych samych chwilach z tymi zawodowymi, spojrzałem pewnego dnia na swoje leki i odłożyłem do szuflady. Do lekarza też przestałem dzwonić. Nie chciałem walczyć. Nawet wtedy, kiedy innym mówiłem w twarz że jest OK, że się nie poddaję. Tak, przepraszam – okłamywałem was. I samego siebie. Odpuściłem i stwierdziłem, że ta walka nie ma sensu. Bo i tak nie wyzdrowieję, więc oddam się HIVowi całkowicie. Brzmi idiotycznie, prawda? Mam farta, że się opamiętałem. I wiem, że nie wszyscy to potrafili.

I co po tych 3 latach chorowania i osłabionej odporności mogę wam powiedzieć? Że HIV faktycznie nie jest tak straszny jak go niektórzy by malowali. Ale ponieważ epidemia wciąż rośnie i zbiera śmiertelne żniwo, a kolejki do lekarzy jakoś nie chcą się zmniejszyć, to bądźcie mądrzejsi ode mnie i zachowujcie się odpowiedzialnie. HIV nie jest straszny i można z nim funkcjonować normalnie. Ale na co wam to?

(Teledyski Queen są tu nie bez przyczyny – muzyka zespołu, a także historia Freddie’go Mercury’ego, wiele razy dawały mi siłę, żeby żyć dalej.)