Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Lip 25, 2016 | 2 comments

Najtrudniejsze wyjście z szafy

Najtrudniejsze wyjście z szafy

24 lipca 2015. Tej daty chyba nie zapomnę do końca życia. Cały czas sobie myślę, jak wyglądałoby moje życie, gdybym 5 dni wcześniej nie zdecydował się iść oddać honorowo krew, a potem nie odebrał tego telefonu z ponagleniem jak najszybszego stawienia się u lekarza.

Za to wiem, co już wtedy sobie myślałem – że nie będę zdziwiony jak usłyszę słowa „ma pan wirusa HIV”.
I tak dokładnie było.

Odkąd pamiętam, dostaję cięgi od społeczeństwa.
W latach szkolnych słuchałem muzyki innej niż reszta, miałem czelność wyglądać trochę inaczej niż reszta dzieciaków w mojej klasie. Za bardzo się wyróżniałem. A takiego człowieka nie można łatwo ominąć. A jeśli ominąć nie można, należy nim wzgardzić i go tępić.
W technikum pomału zdawałem sobie sprawę ze swojej orientacji. Nie wstydziłem się jej. I od razu odgrodzono mnie murem ignorancji i krzywych spojrzeń. A
A po skończeniu szkoły nie było lepiej. Zacząłem sobie – tym razem na własne życzenie – komplikować życie ucieczką z domu, toksycznym związkiem, kredytem, kłótniami z rodziną (niektóre kończyły się na sali sądowej). Kumulacja tego wszystkiego w ciągu zaledwie jednego roku sprawiła, że moje życie dosłownie zmierzało do upadku na łeb i na szyję. Grożono mi więzieniem.
I po tym wszystkim jestem jak marmur – nie rusza mnie nic. Cokolwiek złego mnie jeszcze po tamtym spotyka, traktowałem to w kategoriach „oho, znowu. Ciekawe co jeszcze”.

I dokładnie taka sama była moja reakcja u lekarza.

Przez pierwszy tydzień traktowałem to na zasadzie „zdarzyło się i tyle”. Od początku byłem nastawiony na fakt, że ta informacja za wiele w moim życiu nie zmieni. Trzymałem się twardo, jakoś zupełnie nie zważając na fakt, że jestem chory nieuleczalnie. Niedługo po diagnozie pojechałem na Woodstock, gdzie z jednej strony bawiłem się jak nigdy w życiu, a z drugiej pilnowałem się jak tylko mogłem żeby sobie nie zrobić najmniejszej rany i nikt nie miał kontaktu z moją krwią (i bardzo szybko mi zabrakło wymówek, kiedy nowi znajomi chcieli mnie swatać).

A potem nagle coś we mnie pękło.
Cały ten mur w moim umyśle postawiony przeciwko cudzej krytyce, ignorancji i homofobii okazał się tylko kawałkiem kruchego szkła na wieść o byciu pedałem z HIV. Chciałem długo udawać, że mnie to wręcz nie obchodzi. I nawet nie wiem kiedy i jak do mnie to dotarło, że jestem faktycznie chory nieuleczalnie.

Kiedy wygadywałem się pierwszym zaufanym znajomym i rodzinie, wszystkim uparcie powtarzałem „że się nie złamię, nie poddam, będę żył długo i szczęśliwie”. A potem po nocach ryczałem, bo sam w to nie wierzyłem. Przecież musiałem robić dobrą minę do złej gry. Nie mogłem dać do zrozumienia nikomu, że jestem „słabiakiem co byle czym się zdenerwuje i załamie” (dokładnie tak o sobie myślałem). I, co jeszcze dziwniejsze, nawet nie wiem kiedy dokładnie mi to nastawienie minęło. Zabrzmi to patetycznie, ale pomogła mi w tym muzyka.

Jeszcze wracając do 24 lipca. Tego samego dnia dostałem komunikat, żeby powiedzieć partnerowi seksualnemu, ale wszystkim innym lepiej nie mówić. Taką samą informację dostałem też w książeczce wydawanej przez Krajowe Centrum ds. AIDS. Miałem iść w świat i żyć ze wstydem – tak to interpretowałem. Od razu nie zabolał mnie wirus, ale ta stygmatyzacja. Że po co komu fakt że staram się być dobrym człowiekiem, mam pasje, lubię słuchać ludzi – bo wystarczy, że powiem o tych trzech literach, a już zostanę napiętnowany.

Jeśli mnie choć trochę znacie, to wiecie, że nie znoszę siedzieć cicho. A już zwłaszcza nie znoszę takiego stygmatyzowania ludzi, co obserwujemy teraz szczególnie mocno w społeczeństwie odnośnie uchodźców. A skoro nie ma nikogo kto mógłby zmienić postrzegania nosicieli wirusa HIV, to postanowiłem sam się postawić w roli kogoś takiego. Wielu znajomych odradzało mi to: „nie rób tego, ty i tak masz już przerąbane jako gej! A co dopiero będzie jak będziesz gejem z HIVem?!” (mniej-więcej takie były słowa). Właśnie tu jest sedno sprawy. Mi wciąż jest wszystko jedno. Już nie dbam o to, jak odbierze mnie z tym społeczeństwo, bo dalej nie będę go słuchał. Po prostu dostarczyłem ludzkości kolejny powód do obrzucenia mnie kamieniami. Możecie rzucać – ale nie oczekujcie ode mnie reakcji innej niż obojętność.

A tak na koniec, wiecie ile się zmieniło w moim życiu od momentu diagnozy?
Tyle tylko, że od niecałego miesiąca łykam jedną tabletkę dziennie. Poza tym, zupełnie nic. Szczęścia w miłości nie mam dalej, kariery zawodowej wciąż nie zrobiłem, wciąż kocham i bazgrolę o muzyce.
Tylko teraz częściej was będę pytał, kiedy sobie zrobiliście badania. Nie tylko na obecność wirusa HIV.

I żyję dalej tak samo jak wy wszyscy. Nie poddam się.

(Pisane przy dyskografii zespołu, który niejednokrotnie dawał mi siłę zarówno muzyką, jak i postawą ich lidera, który doświadczył tego samego co ja – Queen. Dlatego na początku wita was zdjęcie znajdującego się w Montreux pomnika Freddie Mercury’ego)

  • Blondynka

    Najwięcej zawsze mają do powiedzenia ci, którzy sami są tacy nudnie przewidywalni, albo tacy, którzy zajmują się życiem innych, bo w swoim mają coś gorszego do ukrycia i chcą w ten sposób odwrócić uwagę. I jednymi i drugimi nie ma co się przejmować. Najważniejsze to być sobą, mieć obok siebie bliskich ludzi i przejmować się tylko ich zdaniem.
    Trzymaj się!

  • Krzysztof Osiński

    Trzymaj się. Wszystkiego najlepszego. Dałeś mi trochę optymizmu.