Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Sty 2, 2019 | 0 comments

2018 mocno osobisty

2018 mocno osobisty

Skoro mamy już styczeń, to niech tradycji tego bloga stanie się zadość. Robię sobie takie drobne zestawienie od 2015, ale zdaję sobie sprawę, że niewiele jest osób które tak długo śledzą moje poczynania, zatem – kolejny raz tłumaczę. To NIE jest lista najlepszych utworów minionego roku. W poprzednich latach nawet nie składała się z utworów wydawanych w roku je podsumowującym. To wybór czysto emocjonalny, który opisuje mój stan ducha na 2018. Jak się czułem i co przeżywałem w zeszłym już roku. I zdaję sobie sprawę, że pod względem jakościowym jest to lista bardzo nierówna – zwłaszcza kiedy umieszcza się nowoczesne R&B obok industrial rocka.

Robiąc najnowsze podsumowanie tym razem dałem sobie wyzwanie – znaleźć 15 utworów wyłącznie z zeszłego roku. Powiem szczerze: łatwo nie było – bo, jak zwykle, mam zaległości muzyczne, a także trzeba było się ograniczyć wyłącznie do piętnastki. Powstała lista bardzo… dziwna, co idealnie podsumowuje mój 2018, który był nieco dziwny i robił mi nieco pod górkę. Gdyby mój gust muzyczny przybrał fizyczną formę na podstawie te listy, byłby chyba pudelmetalem.
Cała playlista na Spotify jest tutaj. Kolejność jest tu bez znaczenia, możecie słuchać w trybie shuffle.

Reni Jusis – Aureola

Im bardziej taneczny i przebojowy album Reni wydaje, tym bardziej teksty są zmuszające do myślenia (swoją drogą, ten tekst napisała Gaba Kulka). Im dłużej tego słucham, tym mocniej słyszę tam historię o samobójstwie człowieka, którego depresji nikt nie zauważał. Poważnie.

Taconafide – Tamagotchi

Wiem, że uznawanie czegokolwiek z tego albumu za dobre może być obciachem, ale serio – pokażcie mi bardziej wkręcającą się w mózg linię melodyczną niż ta. Gdyby to wydał ktokolwiek inny, a wersy nie traktowałyby o reliktach lat 90., to dalej byłby wielki hit.

Rosalie. – Holding Back

Rok 2018 był rokiem nostalgii i tęsknoty za czasami, w których większość z nas nawet nie żyła, albo była za młoda by móc je w pełni pamiętać. Rosalie. swoim Flashbackiem zrobiła mi powrót do dokonań Alliyah, Destiny’s Child i Britney Spears z ich najlepszych lat. Holding Back jest tutaj zatem czysto symbolicznie (oraz za naprawdę piękny teledysk) – bo inaczej wrzuciłbym do tego zestawienia całą płytę.

Bownik – Delfina

Pierwszy odsłuch płyty Bownika to było jak objawienie. Ni to pop, ni to hip-hop, ni to alternatywa (tego ostatniego słowa nie znoszę). Potem zdałem sobie sprawę, że takich artystów jak Bownik mamy w tym kraju naprawdę na pęczki. Sęk w tym, że dopiero po raz pierwszy mamy kogoś takiego w mainstreamie. Jeśli w tym też się mylę, to migiem mnie z tego błędu wyprowadźcie.

Mark Ronson & Miley Cyrus – Nothing Breaks Like a Heart

Swego czasu spisałem straty jego (za strasznie przeciętne produkcje na własnych płytach) i ją (za łapanie kilku srok za ogon i żadnej w całości). A tu proszę – Mark przypomniał sobie jak się pisze przeboje, a Miley coraz mocniej czuje swoje korzenie country i mamy jeden z najlepszych radiowych singli 2018.

Albo Inaczej 2 – Chwile ulotne

Profanacja kultowego klasyka, powiecie. A ja odpowiem – fantastyczny przykład jak można się bawić muzyką. Bo nie doszukujmy się przy którejkolwiek odsłonie Albo Inaczej niczego innego jak zwykłej zabawy stylami. Czy wyjdzie dobrze, czy nie – to kwestia podejścia. Dla mnie to działa. I jeszcze daję tu punkty za odwagę. Bo żeby przerobić nieruszoną dotąd klasykę polskiego hip-hopu na jazzujący pop, to trzeba naprawdę „mieć jaja” (przepraszam, nie znoszę tego wyrażenia, ale lepszego nie znam).

Marysia Starosta – Hibiskus

Tak, wiem że Marysia czasem fałszuje, a te instrumentale na całej płycie są jakieś… dziwne. Ale w tym są właśnie te emocje – poszarpane, niestabilne, pokazujące co to jest rozpadająca się miłość. Bo tak obojętnie jest i żaden piękny gest nie robi na mnie już wrażenia. Skrycie liczę, że tegoroczny album Sokoła będzie zawierał jakąś odpowiedź na słowa jego byłej, ale patrząc na to jaką oboje mają klasę, raczej nie mam co na to liczyć.

The Carters – Apeshit

Jaka epoka, tacy John i Yoko. Bo jak robić ze swego życia sprzedajną telenowelę, to tak żeby wszyscy słuchacze ze zdziwienia rzucali w ciebie hajsem. I to jest definicja całego publicznego życia Beyonce i Jay’a. Nawet mnie w to wciągnęli, skubańce.

Bovska – Lucy Phere

T.Love z pomocą kolegów z branży sobie wystawiło na wskroś przeciętną laurkę z kilkoma ciekawymi eksperymentami. A to jest coś, co w muzyce lubię najbardziej. Tutaj Bovska z tego rzewnego country kawałka wyciągnęła fajną opowiastkę o wodzeniu na pokuszenie.

Ala|ZaStary – Nie otwieraj powiek

Niech oni wreszcie w tym roku wydadzą płytę, bo ile można katować w kółko cztery single? Nie otwieraj powiek jest tutaj jako najlepszy z całej reprezentacji ich twórczości, a i tylko dlatego, że ich Pilot, który brzmi lepiej, wyszedł jeszcze w 2017. No cóż.

New People – Yoga Lover

A na album tej supergrupy czekałem od momentu ich koncertu na Spring Breaku w 2017, na który ostatecznie nie wszedłem, bo była olbrzymia kolejka. Na początku 2018 ukazała się ich płyta, niesamowicie poptymistyczna, którą chce się odkrywać i słuchać na różnych poziomach głośności. Yoga Lover też jest tu symbolicznie, bo na ich poznańskim koncercie tej jesieni właśnie ten kawałek najbardziej ochoczo zagrali na drugi bis.

Nine Inch Nails – God Break Down The Door

Chyba jedyna płyta w tym roku, na którą czekałem niecierpliwie i która mnie przy tym nie zawiodła. Swoim tryptykiem EPek zapoczątkowanym pod koniec 2016 Trent Reznor dał mi najpierw biforek (Not The Actual Events), potem trudną imprezę (Add Violence z 2017), by tego lata poczęstować mnie ostrym kacem po imprezie. I to jeszcze grając mi na saksofonie. Trent, ja cię po prostu kocham.

Kendrick Lamar & SZA – All The Stars

Fakt, że soundtrack do Czarnej Pantery dostał siedem nominacji do Grammy i został potraktowany jako samodzielny album, a nie jak kompilacja (rywalizuje nawet do AOTY), może świadczyć najwyżej o tym, jak bardzo kiepsko było w tym roku w amerykańskim mainstreamie. Ale, do jasnej cholery, były tam naprawdę dobre piosenki, które chciało się śpiewać niezależnie od kulturowej reprezentacji.

Florence + The Machine – Big God

Do najnowszego albumu rudej wiedźmy mam nieco zarzutów, ale jestem zmuszony się przyznać że High as Hope to 100% esencji Flo, zwłaszcza przy tym singlu, który brzmi jak nagrany na pierwszą płytę kapeli. A F+TM od samych początków istnienia było zespołem które coś z moim gustem zrobiło. Hejters gonna hejt, a Florence gonna Florence.

Nosowska i Łona – Boję się

Tak, Basta mnie rozczarowała, nic się tu nie zmieniło. Gdybym jednak przyznał, że żaden utwór mnie tam nie zadowala, byłoby to wierutne kłamstwo. I potwierdza się też jaki jestem prosty w obsłudze – wystarczy sparować moją ukochaną artystkę z najlepszym warsztatowo raperem w Polsce, a już jestem kupiony. Ładna wizja? No to ciach! – wiele nie trzeba!

Jeśli chodzi o inne podsumowania 2018, to zrobię potem jeszcze tylko jedno – o płytach. I nie, nie będę tam wybierał tej jednej najlepszej, bo takiego wyboru nie da się podjąć. Tak samo jak na powyższej liście nie wybieram jednego kawałka ponad wszystkie pozostałe. Bo wartościowe są dla mnie wszystkie.
To pozostało mi tylko życzyć wam udanego roku 2019.

PS. Dla ciekawych – zestawienia z lat poprzednich: 2015, 2016, 2017.