Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Maj 4, 2017 | 1 comment

Enea Spring Break 2017 – oczy zamknięte, uszy otwarte.

Enea Spring Break 2017 – oczy zamknięte, uszy otwarte.

Bieganie po całym centrum Poznania z terminarzem w kieszeni. Stałe patrzenie na zegarek. Stanie w długich kolejkach. Czasami niepewność co się usłyszy, czasami długo wyczekiwany do usłyszenia artysta. Tak wyglądał w dużym skrócie mój pierwszy Enea Spring Break.

Poznańska największa (chyba) impreza showcase’owa organizowana przez Go Ahead w Polsce od bardzo dawna była na moim celowniku festiwalowym. Dotarcie na zeszłoroczną edycję pokrzyżowały mi tylko obowiązki zawodowe (bo miałem już nawet kupiony karnet). Tym razem nie miałem żadnej wymówki by odpuścić sobie to przeżycie – w końcu już prawie rok mieszkam w Poznaniu. Mimo to, jeszcze przed startem festiwalu musiałem zrobić dokładne rozeznanie w położeniu wszystkich piętnastu scen festiwalowych, bo w jeszcze w żadnym z tych klubów nie miałem okazji być. Na szczęście, dzieli je wszystkie naprawdę niewielki dystans. Trzeba było tylko sobie rozplanować gdzie zostać dłużej i ile czasu poświęcić na bieg np. z Dragona do Klubu Pod Minogą.

Koniec końców, najlepiej sprawdza się jednak zasada otwartych uszu i zamkniętych oczu. Innymi słowy – trzeba lecieć na ślepo, zaufać intuicji i nie pozwolić sobie na chwilę przerwy. Wtedy można doznać czegoś wspaniałego. Na ośmiu scenach festiwalowych (z dostępnych piętnastu) zobaczyłem dwadzieścia koncertów. Kiepskich, dobrych i wspaniałych.

DZIEŃ PIERWSZY

Bastard Disco

In Twilight’s Embrace

Zgodnie z założonym pierwotnie planem, zacząłem od Bastard Disco w Starym Kinie. Była to jedna z kapel, które najmocniej mnie zaintrygowały w lineupie o czym pisałem w moich poleceniach festiwalowych. I było poprawnie, ale… materiał studyjny pełen szorstkiego gitarowego grania zakorzenionego w latach 90. zapowiadał coś lepszego. Wokalista cały czas był odwrócony tyłem lub bokiem do publiczności i był stremowany jak cholera. A przecież nie był to ich pierwszy koncert w życiu. Wyszedłem przed końcem, by zdążyć punktualnie na In Twilight’s Embrace w Pod Minogą. Powiem krótko – mgła, mrok, ciemność, zajebiście. Death metal w najlepszym wydaniu. Nie ma co się dziwić, w końcu to jedna z najważniejszych kapel tego gatunku w Polsce.

Eric Shoves Them In His Pockets

Arrm

Po szybkim biegu do Dragona, przekonałem się o sile Spring Breaka – na koncert New People była ustawiona gigantyczna kolejka. Udało mi się wejść po starcie koncertu, ale też nie zobaczyłem za wiele – widziałem kawałek sceny przy klawiszowcu. Ale ile usłyszałem, to było dobrze. Ku mojej uciesze, zespół zapowiedział od razu kolejny koncert w Poznaniu. Kolejna kapela, która zagrała w Dragonie – Eric Shoves Them In His Pockets – dała lepszego czadu, niż się spodziewałem. Chwila przerwy na piwo pod chmurką i powrót do Minogi na Arrm. I nie zrozumcie mnie źle – kocham post-rocka i progressive, nie mam nic do muzyki instrumentalnej. Ale nie wtedy, kiedy przez prawie pół godziny gra się jeden kawałek, gdzie nie ma żadnej zmiany rytmu i melodii. A tak właśnie było na Arrm. Wynudziłem się, jak nie wiem co.
W międzyczasie w Poznaniu zdążyło się rozpadać, a ja zorientowałem się, że mam nadmiar wolnego czasu do następnego zaplanowanego koncertu. Po drodze do Dublinera, pomyślałem „a co mi tam, nic nie tracę” – i wszedłem do Zamku by posłuchać Wacława Zimpela. I mnie zatkało. Usłyszałem niesamowity spektakl muzyki elektronicznej wymieszany z brzmieniami jazzu i roots. Kim jest ten cholerny geniusz i czemu jeszcze nie został wielką gwiazdą?
Ostatnie dwa zaplanowane koncerty miałem w pobliskim Dublinerze, w którym królowały brzmienia lżejszego rocka. Czyli że idealnie dla mnie. Pierwszy z zepołów- Mala. Kilka młodziaków na poziomie amatorskiego grania. Może coś z nich wyrośnie, ale w Poznaniu zaprezentowali się mało energicznie. Za to następny Cinemon rozkręcił mocno publiczność podręcznikowym ostrym, analogowo brzmiącym rock’n’rollem. Powiedzieć, że zostałem fanem tej kapeli, to mało. Teoretycznie, miałem jeszcze w planach kolejny koncert… ale lata już nie te i zwyczajnie nie wyrabiałem na siłach.

Cinemon

DZIEŃ DRUGI

Limboski

MajLo

Jeśli grasz na Spring Break i ci się trafi obsuwa, to licz się z tym, że możesz mieć wykruszającą się publiczność. Ja swój dzień drugi planowałem zacząć od Zanzingera, który ostatecznie zaczął jakieś dwadzieścia minut po zaplanowanym starcie. A po takim czasie ktoś z widowni może już uciekać na kolejny występ w innym klubie. I ja w taki sposób Zanzingera nie zobaczyłem. Bo musiałem iść na MajLo do Dragona. Niestety, ten mnie z kolei bardzo rozczarował. Jego ostatni album ukazywał go jako niezłego songwritera i producenta. A na żywo wręcz strasznie smęcił. Czas spędzony na jego koncercie uważam za wręcz zmarnowany.
Po dwóch zaplanowanych koncertach z których wyszły niewypały, postanowiłem zdać się na instynkt. Za chwilę w pobliskim Psie Andaluzyjskim miała zagrać nieznana mi formacja Vyspa. Usłyszałem fajne połączenia synth-rocka z energetycznymi brzmieniami. Gdyby nie mały rozmiary sceny, muzycy by mogli bardziej poszaleć. Potencjał jest, coś z nich wyrośnie. Za to niesamowicie podjarany byłem na Limboskiego, który po raz kolejny skradł mi serce. Wcześniej widziałem go tylko w klubie, w którym niegdyś pracowałem i zrobił na mnie wielkie wrażenie. Jego konwencja śpiewaka z gitarą w połączeniu z niesamowicie zabawnymi i chwytliwymi tekstami dała razem najlepszy występ tego dnia na Spring Break. Wyszedłem przed końcem by zdążyć na Bownika. I tak jak się spodziewałem – nic z tego, bo olbrzymia kolejka.
Ostatnie występy tego dnia czekały na mnie w Zamku i jego okolicach. W Sali Wielkiej swój las-metalowy spektakl dali Percival Schuttenbach. Klasyczne łączenie metalu z folkiem w atmosferze ciemności, czerwieni, latającego po scenie pierza i „opętanej” tancerki. Pół godziny dla takiej kapeli to zdecydowanie za mało. Ale nie ma co żałować, liczę na to, że wkrótce wrócą do Poznania, a ja pędzę na kolejne koncerty. Na Dziedzińcu Różanym Zamku stał Red Bull Tour Bus, na którym przez cały festiwal prezentowali się wykonawcy głównie z nurtu hip-hopu i r’n’b. Mnie ciekawość zawiodła na kolektyw Meek, Oh Why łączący łatwo przyswajalny hip-hop z wpływami jazzowmi. Wpadłem posłuchać ich na 3 piosenki. Nie wiem co powiedzieć, poza faktem, że zwyczajnie podobało mi się.

Snowman

Potem bieg z powrotem do Sali Wielkiej Zamku, by na kolejne koncerty nie oddać miejsca w pierwszym rzędzie aż do końca. Michał Kowalonek znowu zagrał z Snowman, co mnie cholernie cieszy. A nowy materiał zaprezentowany na koncercie bardzo, bardzo dobrze się zapowiada. Pełen wzniosłych zaśpiewów Michała i niewymuszenie chwytliwej gitary. Później sentymentalną wycieczkę w przeszłość zafundowała mi Anita Lipnicka. Kilka utworów z czasów Varius Manx, kilka z dawnych czasów solowych (zdziwił mnie brak Wszystko się może zdarzyć) artystka ubrała w nowe aranże i śpiewał je zupełnie inaczej, idąc w kierunku minimalizmu. Poznańska publiczność dostała też niespodziankę w postaci premierowego utworu – możecie posłuchać poniżej. Było to dla mnie świetne zwieńczenie drugiego dnia Spring Break.

DZIEŃ TRZECI

Julia Wieniawa

Tola

Dwa koncerty tego dnia traktowałem jako „umrę jak nie usłyszę”, cała reszta wynikała dość spontanicznie. I spontanicznie zacząłem od dziewczyny, o której nic nie wiedziałem. Julia Wieniawa, bo to o niej mowa zrobiła na dachu Red Bull Tour Busa mały pokaz swoich dość przeciętnych umiejętności wokalnych ubranych w beaty house/lounge/r’n’b. Niech dziewczyna znajdzie sobie dobrego producenta, może jeszcze coś nam fajnego pokaże. Bo na Spring Break dała do zrozumienia, że jeszcze jest młoda, nieobyta ze sceną i przyjdzie na nią czas w przyszłości.
Kolejnym spontanem miał być koncert Dead Sirens w Aligatorze. Niestety, zespół zaliczył 10-minutową obsuwę w starcie, przez co wyszedłem po jednej piosence w pośpiechu na kolejny koncert. A szkoda, bo mogło być ciekawie. Niestety, na takiej imprezie jak Spring Break jakiekolwiek opóźnienia nie wchodzą w grę. Zwłaszcza kiedy trzeba zdążyć na tak świetny band jak 8 Lat w Tybecie! W Klubie Pod Minogą śląska formacja zrobiła rockowe, przebojowe widowisko. Naprawdę było mi szkoda, że nie zostałem do samego końca, ale… w Zamku czekał mnie najważniejszy koncert całego festiwalu.
I nie jestem pewien, czy jestem pewien w stanie napisać cokolwiek obiektywnego o występie Toli. Dla mnie to było zwykłe spełnienie nastoletnich marzeń. Stałem i patrzyłem jak urzeczony w moją idolkę, którą pokochałem 10 lat temu. Może napiszę tylko, że nowy materiał który Tola zaprezentowała, brzmi bardzo dojrzale i ciekawie. Duża w tym zasługa obecnych przy niej muzyków.
Kolejna dama, której występu nie mogłem się doczekać – Dominika Barabas – powiedziała w trakcie ciekawą myśl. Że „artyści mają większy margines na bycie nienormalnym”. I zgadzam się. Dominika w stylizacji na porcelanową lalkę dała nienormalnie piękny występ  w Scenie Na Piętrze. Największą robotę robiły jej niepokojące i poetyckie teksty. A na finał zaserwowałem sobie w Dublinerze zespół Tekno. Rzadko kiedy widzi się perkusję wysuniętą na przód sceny, z wokalistą do tego. Zespół zrobił naprawdę dobrą robotę, mimo niesprawnego samplera – który w twórczości studyjnej grupy odgrywał sporą rolę – dzięki czemu było surowo i ciekawie. Szkoda tylko, że publiczność nie dała się tak łatwo porwać brzmieniom zespołu.

Po moim pierwszym Spring Breaku mam tylko jedno przemyślenie – muzykę trzeba odkrywać z zamkniętymi oczami. Dopiero wtedy otworzą nam się uszy i poznamy dla siebie kogoś nowego i wspaniałego. Jak ja podczas 3-dniowego biegania po centrum Poznania.
Do zobaczenia na edycji 2018!

fot. Jacek Mójta

  • Jeśli chodzi o Zimpla, to faktycznie, nie grają go w RMF czy Zet, jednak jest rozpoznawalny na tyle, że nie tylko dostał w tym roku Paszport Polityki, współpracował z największymi gwiazdami poszukującego jazzu (od Klausa Kugela przez Mikołaja Trzaskę do Hamida Drake’a), ale też pisał o nim New York Times (o tutaj: https://www.nytimes.com/2016/02/25/arts/international/global-rhythms-of-a-polish-composer-and-clarinetist.html?_r=0), więc wcale nie jest tak anonimowy.

    A skoro spodobał ci się jego solowy występ, to polecam też płytę LAM, zespołu ZImpla, Krzysztofa Dysa i Huberta Zemlera oraz „Seven Lines” nieistniejącej już niestety Hery. Aha, i jeszcze ciekawostka-śmiesznostka, od kilku lat jego trio the Light (Zimpel-Rasz-Traczyk) jest zespołem towarzyszącym Gabie Kulce na płtach i koncertach.