Moje najważniejsze single 2020

Tym razem w ramach pożegnania z ZOZO, zestawienie które kiedyś pojawiało się u mnie regularnie co rok. Na użytek nowych czytelników wyjaśniam: to NIE jest lista najlepszych utworów minionego roku. To wybór czysto emocjonalny, który opisuje mój stan na 2020. Jak się czułem i co przeżywałem w zeszłym już roku. I zdaję sobie sprawę, że pod względem jakościowym jest to lista bardzo nierówna – zwłaszcza kiedy umieszcza się electropop w jednym rzędzie z polskim hip-hopem. Nie są to najlepsze utwory które usłyszałem w 2020 (bo były lepsze, np. na albumach które zdefiniowały mój poprzedni rok) – ale to są te najważniejsze.

Kolejnośc – losowa i bez znaczenia.

Charli XCX – anthems

Czy można w 6 tygodni podczas lockdownu od zera nagrać i wydać album? I czy można pisać tam o bólach związanych z przyszłością i izolacją? I czy można te lęki ubierać w rytmy agresywnego elektro/PC Music? I czy można się przy tym dobrze bawić? Można, ale jesteś w stanie to zrobić tylko jak jesteś Charli XCX.


Cardi B & Megan Thee Stallion – WAP

Bodaj Dj Carpigiani napisał o tej piosence, że jest ona jak te wszystkie kinowe blockbustery, których w tym roku zabrakło w kinach. Ja o swoim uwielbienniu do tego singla mógłbym wręcz napisać cały elaborat (i chyba to zrobię). Ale streszczę się jednym zdaniem – skoro 50 Cent może mieć rapowego hita z tekstem, że „da ci polizać swojego lizaka” oraz otaczać się w teledyskach kobietami niemal nagimi, tak nie widzę powodu dla którego Cardi i Megan nie mogą rapować o swoim pożądaniu seksualnym.


Margaret – Xanax

Margaret bez międzynarodowego kontaktu muzycznego, pokazująca się na instagramie bez makijażu, mieszkająca w holenderce w środku lasu, wydająca muzykę na swoim. Brzmi jak kiepski żart? Wprost przeciwnie – wszystkie single Margaret wydane w 2020 tylko udowadniają, że Małgosia naprawdę czuje się dobrze we własnej skórze. Nawet kiedy śpiewa takie słowa jak „Jedyne szczęście jakie dziś znam, to te na receptę /Ataki paniki i bezdech, stroje czarne, nastroje niebieskie”. Preorder albumu złożyłem od razu po premierze tego singla.


Jónsi & Robyn – Salt Licorice

Koleś z post-rockowego Sigur Ros i szwedzka królowa electropop razem? Duet, o którym nie wiedziałem, że go potrzebuję, póki go nie dostałem. I to jeszcze wyprodukowany przez A. G. Cooka w klasycznym dla niego stylu PC Music/electropop/techno. Chciałbym by Jónsi robił takie rzeczy częściej niż tylko raz na dekadę.


Sanah – Królowa dram

Kiedy w styczniu 2020 wyszedł Szampan, to Zuza weszła na wszystkie możliwe playlisty i do końca roku ani myślała ich oddać. Nawet jeśli im dłużej tam siedziała, tym bardziej się rozmieniała na drobne – to te wkręcające się w łeb melodie nawet na moment nie chciały mnie ode mnie odczepić.


theKayetan – Skóra

Moje odkrycie roku 2020, a wszystko przez… Paradę Równości. Kayax połączył siły z organizatorami Parady dla stworzenia składanki Music 4 Queers & Queens, na której znalazł się ten utwór. theKayetan w klubowym rytmie śpiewa o wydarzeniach z białostockiego Marszu Równości. Jest to dla mnie jak Jeszcze będzie przepięknie na dzisiejsze czasy dla polskiej społeczności LGBT/queer.


Miley Cyrus & Stevie Nicks – Edge Of Midnight

Kiedy Miley wydała Midnight Sky, na YouTube szybko zaczęły powstawać mash-upy z hiciorem Stevie Nicks. To było wtedy takie czysto fanowskie marzenie, które raczej nie miało prawa się ziścić… aż nagle się stało rzeczywistością. Teraz jeszcze marzę, by to się stało na żywo.


Tove Lo – Passion and Pain Taste the Same When I’m Weak

Finneas O’Connell po sukcesie siostry awansował na jednego z najbardziej pożądanych producentów w branży. W 2020 pożyczyli go od Billie Eilish m.in. Selena Gomez, Justin Bieber i Demi Lovato. Tove Lo zrobiła z Finneasem subtelny w środkach utwór o miłosnym uzależnieniu. Pianino, trochę przesterów i łamiący się głos Tove. Muszę być bardzo łatwy w obsłudze, skoro takie proste patenty działają na mnie najmocniej.


Zuza Jabłońska i Sarius – Duch

17-latka z The Voice śpiewająca o wyobcowaniu i hejcie dopasowana z jednym reprezentantów młodego rapowego pokolenia ubrana w pokręcony trapowy beat. Jeśli tak ma wyglądać polska reprezentacja popu wykonywanego przez nastolatki, to ja jestem jak najbardziej na tak (moja recenzja albumu Zuzy tutaj).


Rosalie. – Najbliżej

„A kiedy cię to zmęczy, podejdziesz do mnie znów najbliżej”. W 2020 chyba wszyscy byliśmy tym wersem Rosalie., która na pulsującym beacie od Chloe Martini zrobiła sobie radiowego hita. W idealnym świecie wszystkie stacje eskopodobne puszczałyby to co najmniej raz na godzinę.


Hayley Williams – Dead Horse

Tak, wiem – już wspominałem o tym, że Hayley Williams dała mi w twarz. I będę to powtarzał za każdym razem mówiąc o tych utworach i tym albumie. Bo naprawdę inaczej nie ujmę tego, jak się czuję za każdym przesłuchaniem tych tekstów. Bo niby wcześniej wszystko było OK, aż tu nagle Hayley jeszcze leczy swoje bóle i traumy na oczach całego świata.


Caville – Freakshow

Wyobraźcie sobie Pet Shop Boys na kwasie wchodzących do cyrku rodem z American Horror Story i już macie opis muzyki tego duetu. Dopiero zaczynają – w 2020 spod szyldu My Name Is New (pobocznego projektu Kayaxu) wyszedł ich debiutancki album. Jak lubicie takie electropopowe klimaty skąpane w mroku – dajcie im szansę. Ja słuchając Freakshow z trudem powstrzymywałem się od tańczenia na ulicy.


Tęskno – Frajda

Żeby w 2020 wypuszczać singla z takim refrenem jak „kiedy bliski koniec świata/do zabawy jest okazja”, to naprawdę trzeba mieć tupet. A jeszcze zrobić go w taki sposób, byśmy naprawdę chcieli się bawić słysząc te słowa – to już potrafiła zrobić tylko Joasia Longić.


Paulina Przybysz – Wszystko

Z sióstr Przybysz zawsze ciekawsza była dla mnie Paulina, która porusza się w obrębie soulu, R&b i hip-hopu. A najciekawiej jest wtedy, kiedy postanawia rapować i nie chowając się za melodią i metaforami zwyczajnie wyrzuca z siebie całego wkurwa. Tak jak w tym openerze swojej ostatniej płyty. Tu się nie da przytoczyć jednej linijki, tu trzeba posłuchać całości.


Halsey – Experiment On Me

Zawsze miałem Halsey za swoistą epigonkę po Ellie Goulding. Jej single były dla mnie wręcz nudne i bez własnego chrakteru. Aż wreszcie pojawił się soundtrack do Birds Of Prey (jedyny film jaki w 2020 zobaczyłem w kinie), a na nim ten utwór. Wtedy zrozumiałem na czym polega problem. Halsey po prostu potrzebuje współpracowników, którzy wyciągną z niej potencjał. A w przypadku tego singla byli to… panowie z Bring Me The Horizon, którzy zrobili z Halsey hard-rockową laskę.


Łona i Webber – Co Tam, Mordo?

Łona i Webber poniżej pewnego poziomu już nie schodzą, ale to się zadziało na Co Tam, Mordo? przekracza jakiekolwiek stężenie rapowej przebojowości. Taneczny groove, rytm niemal dyskotekowy, Webber który zamiat patrzeć na trendy w muzyce zwyczajnie odwala nam sambę i Łona z przekazem „tańcz, do jasnej cholery!”. Tu nie ma wyjścia, trzeba po prostu tańczyć.


Quebonafide i Daria Zawiałow – BUBBLETEA

Nie wiem czy jest jakieś określenie jak „comfort food” do muzyki, ale ten duet zdecydowanie był nim dla mnie w 2020. Kiedy Quebo co chwila nam opowiada za czym wciąż tęskni, to można było grać w bingo i zaznaczać momenty kiedy podzielamy jego braki. Za każdym odsłuchem czułem zapach beztroskiego życia, lata w powietrzu i rozmów ze znajomymi. I wszystkiego za czym tęskniłem w erze pandemii.


Billie Eilish – No Time To Die

Billie śpiewająca do Bonda jest chyba bardziej sobą niż była w Bury a Friend czy Bad Guy. Jeden z jej najbardziej oszczędnych i zarazem „epickich” (w brzmieniu) singli. I właśnie taką Billie najmocniej uwielbiam – kiedy wybrzmiewa przede wszystkim ona, a nie produkcja.


Dua Lipa – Love Again

Zasadniczo, to na tej liście powinna być cała tracklista Future Nostalgia, bo ten album to zestaw genialnych dance-popowych singli. Wyróżnienie przypadło Love Again z jednego powodu – fantastycznego użycia sampla z Your Woman. Za pierwszym przesłuchaniem mi po prostu opadła szczęka.


RUNDA BONUSOWA – utwory sprzed 2020

czyli single starsze, ale które miały wpływ na mnie w 2020.

Sophie Ellis-Bextor – Get Over You

Jak już wspomniałem w zestawieniu albumów, w 2020 rządziło u mnie disco – robione w salonie. Sophie Ellis-Bextor też uskuteczniała takowe w swojej kuchni podczas live’ów na Instagramie. Potem wydała składankę swoich przebojów, która przypomniała mi o jej dance’owych bangerach. Get Over You wciąż zachęca do gibania się, nawet mimo swych 20 lat.


Julia Wieniawa – Nie muszę

O Julii Wieniawie mówi się dużo – najczęściej złego. Że ma parcie na szkło, że wszędzie jej pełno, że aktorką jest kiepską… Ja natomiast widzę, że wystarczy dobrać jej odpowiednich współpracowników muzycznych, by tworzyła świetne kawałki. Nie muszę napisane przez Rasa i wyprodukowane przez Urbańskiego jest tego dowodem. Dziwię się, że dopiero w 2020 zwróciłem na niego uwagę. Julia, wydawaj wreszcie ten album.


Fleetwood Mac – Everywhere

W październiku legendarny już album Fleetwod Mac Rumours nagle wskoczył do pierwszej dziesiątki najpopularniejszych płyt na Billboardzie. Stao się to za sprawą… wiralu na TikToku. Za każdym widokiem nagłowków z tym osiągnięciem przychodziło mi głowy własnie Everywhere. Które nawet nie jest na tym albumie. Nie wiem czemu, nie pytajcie.


Anna Jurksztowicz – Dziękuję, nie tańczę

Ostatnia edycja Opole Songwriters Festival zdecydowania miała coś z tym wspólnego. Zajrzyjcie do mojej relacji, a się dowiecie czemu.


Z podsumowań rzeczy, które w 2020 były dobre, to jeszcze sobie pogadamy o koncertach, które udało mi się jakimś cudem doświadczyć. Chociaż w sumie korci mnie by jeszcze napisac o tych rzeczach, które muzycznie w ZOZO mnie co najmniej zawiodły. Dajcie znać, czy ktokolwiek byłby na to chętny.

Moje najważniejsze albumy 2020

Skoro mieliśmy rok jaki mieliśmy, to też postanowiłem zrobić coś nietypowego. I tak, podsumowanie roczne z samymi albumami jest taką rzeczą, bowiem… przez osiem lat pisania nie zrobiłem takowego ani jednego! I od razu postawmy sprawę jasno – nie używam sformułowania „najlepsze”, bo sam mam niejedno zastrzeżenie do poszczególnych niżej wymienionych albumów. Są to natomiast te albumy, które były dla mnie najważniejsze. Dawały mi otuchę, radość, zabawę, nawet mimo swoich wad. One po prostu były moim 2020. Dlatego nie jest to zestawienie „najlepszych” płyt – jest to zestawienie moich najważniejszych płyt.

Kolejnośc totalnie losowa i bez znaczenia.


Grimes – Miss Anthropocene

Zdaję sobie sprawę, że wiele ludzi odbiło się od tej płyty, bo… jej nie zrozumieli. I nie chcę tu powiedzieć, że słuchacze byli tępi. Po prostu dosłownie nie zrozumieli Grimes. Nie dość, że wokale na Miss Anthropocene momentami brzmią jak mamrotanie (sam do dzisiaj nie wiem co ona śpiewa w So Heavy I Fell Through The Earth i 4AEM), to produkcja muzyczna jest co najmniej dziwna. Zabawy z kilkoma popowymi stylistykami na raz robione w duchu DIY dały tu efekt albumu teoretycznie dla każdego, a w praktyce dla nikogo. I jeszcze ten koncept „bogini końca świata” (tytułowej Miss Anthopocene), który nikogo nie obszedł. Efekt końcowy? Ja w tym wszystkich zakochałem się bez pamięci.


Dua Lipa – Future Nostalgia

Kiedy Dua wydała swój debiutancki album – do którego droga była długa i poprzetykana kiepskimi singlami – to spisałem ją na straty. Całość brzmiała tak generycznie i beznamiętnie, że zakładałem iż skończy jak Rita Ora. Aż tu nagle przyszedł olbrzymi skok jakościowy jakim jest Future Nostalgia. Które nie tylko bierze sporo patentów z ery disco, ale też naprawdę świetnie je miesza ze współczesnymi trendami dance-popu. Zaprawdę powiadam wam, gdyby nie pandemia, to Future Nostalgia byłaby wszędzie.


Jessie Ware – What’s Your Pleasure?

Jeśli mam zrobić listę muzycznych zaskoczeń 2020, to transformacja Jessie Ware w divę a’la Donna Summer byłaby na pierwszym miejscu. Dyskotetkowe bangery mieszające ze sobą patenty z lat 80 i 90, pełne namiętności i klimatem rodem ze Studio 54. Nie ukrywam, że w jej przypadku zatrzymałem się na erze Wildest Moments… więc możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy do moich uszu doszło What’s Your Pleasure?. To ta sama kobieta? No way!


Rina Sawayama – SAWAYAMA

Gdybym jako nastolatek chciał wydać płytę będąca zmiksowaniem wszystkiego co mi wtedy wpadało w ucho, to zapewne wyszłoby mi coś na kształt tego, co zrobiła Rina Sawayama. Jej debiutancki album to definicja eklektyzmu we współczesnym popie, który już nie garściami, a wręcz całą łopatą bierze z każdego gatunku – z rocka, popu, nu-metalu, R&B, hip-hopu, soulu – oraz różnych kultur. Rina, która jest Japonką wychowaną w Wielkiej Brytanii, jest ze swoim albumem jak ambasadorka hasła „jedność ponad różnicami i narodami”. Ten album jest jak film Marvel Cinematic Universe – nie zostawi was obojętnym i zechcecie go rozbierać na części pierwsze. I powtarzać seans aż do znudzenia.


Hayley Williams – Petals For Armor

Ilekroć w podsumowaniach roku pisałem cokolwiek o Paramore, to myślałem sobie „czy jeśli Hayley z chłopakami nagrałaby zły materiał, to i tak byłoby to dla mnie coś ważnego w minionym roku”? Póki nie muszę się nad tym zastanawiać głębiej, to cieszę się, że dała mi w tym roku album ubrany w dźwięki do których niekoniecznie mnie przyzwyczajała od lat. Pełen gniewu, otwartych ran, kobiecości i szczerości. Szczerości, która wręcz przywaliła mi w twarz (bardziej szczegółowa recenzja tutaj).


Yungblud – weird!

Podobno każda moda zatacza koło i wraca. Wszystko wygląda na to, że wkrótce czeka nas muzyczny revival punk-popu i właśnie m.in. przez Yungbluda. 23-latek na weird! bierze pod swoje muzyczne, przebojowe ramiona te wszystkie dzieciaki, które czują się niezrozumiane w domach, odrzucone przez rówieśników i przeżywających mocno każde rozstanie miłosne. I mówi im w piosenkach „hej, jestem z wami, ja was rozumiem”. A ja do dziś nie zapomniałem jak to jest być takim nastolatkiem. Dlatego ten album – mimo, że wyszedł pod koniec roku – tak mocno mnie urzekł. Może dalej jestem tym nastolatkiem.


Poppy – I Disagree

A jak już jesteśmy przy zaskoczeniach, to Poppy też się do nich zalicza. Wcześniej jej muzyka tylko pojawiała się na chwilę w moich słuchawkach i szybko o niej zapominałem, bo był to electropop z domieszką rocka, jakiego wszędzie pełno. Za to na I Disagree mamy już pełnokrwisty industrial rock i nu-metal. Z wokalem Poppy, który za jednym razem brzmi cukierkowo, a później wydziera się „na pełnej kurwie”, tworzy to niezapomniany album. Ujmując skrótowo – tak by mogła brzmieć Britney Spears zmiksowana z Nine Inch Nails. I sam się sobie dziwię, że to działa.


Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately

Powiem krótko – tak by brzmiała Lana Del Rey, gdyby była facetem (nieheteronormatywnym). Muzyka Michaela Hadreasa to popis eksploracji duszy mężczyzny we współczesnym świecie ubrany w poetycki, nieco teatralny indie-pop. Rzecz koniecznie do słuchania w całości, od początku do końca.


Bring Me The Horizon – Post Human: Survival Horror

Panowie z BMTH zainspirowani pandemią i kryzysem klimatycznym stworzyli najlepszy możliwy soundtrack do nadchodzącej apokalipsy i odbudowali moje zaufanie do nich, nadszarpnięte poprzednimi dokonaniami (więcej w mojej recenzji).


Arca – KiCk i

Albumów opowiadających o niebinarności i tożsamości płciowej jest jak na lekarstwo. A zwłaszcza u takich choć trochę bardziej popularniejszych twórców. I chociaż o Arce częściej mówi się pomiędzy nazwiskami współpracowników (Bjork, Kanye West, FKA Twigs), to jako ona sama ma sporo do powiedzenia. Muzyka na KiCk i to połamana elektronika pełna synthvawe’ów, techno-clubowych rytmów i wpływów latino. Wszystkie te elementy razem złożone na albumie mają tak dziwną konstrukcję, że nawet najbardziej wytrwałego słuchacza mogą wprawić w dyskomfort. Nawet jeśli są tu popowe bangery (jak numer z Rosalią) i gościnny występ Bjork, to wciąż jest to świadectwo producentki żyjącej w świecie przyszłości. Przyszłości bez granic muzycznych i granic płciowości.


Hania Rani – Home

Jeśli mówimy o podsumowaniu roku, gdzie wszyscy byliśmy zmuszeni do siedzenia w domach, to płyta o takim tytule musiała się tu pojawić. I będę szczery – fenomenalnej Esji nie udało się artystce przebić. Za to stworzyła jej dobrą kontynuację, wzbogaconą subtelnymi wokalami i – po raz kolejny – wypełniona przestrzenią, w której wręcz się idzie utopić. Kolejna w tym zestawieniu rzecz do słuchania tylko w całości.


Jessie Reyez – Before Love Came To Kill Us

W 2020 na playlistach rządził dance, a niewiele było dobrego, przebojowego R&B. Jessie Reyez swoim debiutanckim albumie trzyma się bardziej tego gatunku w stylu bardziej Lauryn Hill i Alicii Keys niż Beyonce. Pełno żywych instrumentów, przeklinania i kobiecej emancypacji – a nad tym wszystkim lekko chropowaty, nafaszerowany emocjami głos. Jessie miała w tym roku tego pecha, że jej pełnoprawny debiut ukazał się tego samego dnia co Future Nostalgia Dua Lipy – więc nawet bez pandemii mogłaby mieć problem rozbłysnąć pełnym blaskiem. Ale jeszcze ma na to sporo czasu. Po Before Love Came To Kill Us wierzę w nią.


Rosalie – IDeal

Pierwsza zakontraktowana artystka polskiego Def Jam zrobiła album do tańca… i wydała go na samym początku wiosennego lockdownu, kiedy tańczyć można było tylko w mieszkaniach. I tak, zgadliście – tańczyłem do tych pop/R&B przebojów jak wariat w salonie. Bo wystarczy odpalić Najbliżej, Nie mów czy Zapomniałam jak, a nogi będą wam chodzić same.


Roisin Murhpy – Roisin Machine

Roisin swoim albumem dołączyła do Jessie Ware, Dua Lipy, Lady Gagi i Kylie Minogue zapewniając nam pandemiczne disco. W całej tej czwórce to jednak najbardziej kupiła mnie Roisin, której to dyskotetka jest od początku do końca opowieścią, w której autorka prowadzi nas za rękę i opowiada w rytmie nu-disco, smyczków i euro-dance historie o wyzwoleniu i pragnieniach.


Kasia Lins – Moja wina

Nigdy do słuchania Lins nie miałem pośpiechu, ale w przypadku Moja wina wyszło mi to nawet na dobre. Bo gdybym zaczął słuchać jej przy premierze, to miałbym cale lato zmarnowane na dołowaniu się. Ale za ubranym w świetną blues-rockową gitarę, teksty pełne teatralnych metafor i klimat jak z filmów Lyncha. Zaryzykuję stwierdzenie, że Ewa Demarczyk byłaby dumna.


Taylor Swift – folklore + evermore

Co prawda, ta druga wydana w grudniu jest ciut słabsza od poprzedniczki, ale przyjmijmy te „siostrzane płyty” za jednolite dzieło. Bo łączy je sporo – panowie z The National i Bon Iver, zamiłowanie do akustyki i przeklinania (Taylor Swift śpiewająca „fuck you forever” to coś pięknego), klimat wioski schowanej w lesie i są obie pierwszymi od dawna albumami Swift gdzie instrumenty mają coś do powiedzenia, nieprzykryte popowymi beatami.


Taki to był mój albumowy 2020. Bardzo taneczny w roku, kiedy parkiety musiały świecić pustką oraz pełen opowieści w roku, kiedy miałem aż nadto czasu na słuchanie takowych. A co grało u was w 2020?

Jeśli album był dla mnie ważny, to logiczne, że muszę go sobie sprawić na winylu. Tę szóstkę z powyższych udało mi się dorwać.

PS. Kolejne podsumowanie będzie o singlach.

8 albumów z 2020, które (najpewniej) przegapiliście

Podsumowanie roku 2020 (lub jak niektórzy lubią go nazywać ZOZO) zacznę dość nietypowo – tak, jaki ten rok był, delikatnie mówiąc.
Nawet jeśli znacznie więcej czasu spędziliśmy w domach, to absolutnie nie ma człowieka, którzy zdążyłby przesłuchać wszystkie albumy jakie wyszły lub nawet jakie chciał przesłuchać. I domyślam się, że każdy z was ma taką listę płyt, które – chcąc nie chcąc – szeroka opinia publiczna przegapiła. Ale po coś mam własnego bloga, żeby móc ponarzekać na rankingi Pitchforka i Wyborczej. Zatem przedstawiam wam osiem albumów, które – moim zdaniem – w 2020 zasługiwały na znacznie więcej uwagi.

Paris Jackson – wilted

Tak, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. Jedyna córka Króla Popu zaczęła śpiewać. Jeszcze pięć-dziesięć lat temu byłaby to jedna z najgorętszych premier roku. Trudno powiedzieć co w 2020 roku przeszkodziło do pełnego rozbłysku tej płyty – pandemia czy coraz więcej wątpliwości w niewinność ojca. Bo debiutancki album Paris Jackson jest płytą bardzo obiecującą. 22-latka na wilted porusza się w klimacie nowoczesnego folk-popu z inspiracjami Radiohead – posłuchajcie chociażby let down, eyelids, dead sea czy scorpio rising. Wszystkie utwory aż kipią od emocji. Album to kompletna opowieść młodej kobiety o bólu, mroku, żałobie i – na koniec – odkupieniu ubrana w subtelne gitary i przejmujące chórki. Jeśli ostatnie albumy Taylor Swift skradły wasze serca, to Paris Jackson zrobi to jeszcze lepiej. Będę niecierpliwie czekał na jej dalszy rozwój. A wy idźcie posłuchać wilted.


Ala|Zastary – Jutro?

Piosenkowa para tworząca pop z inspiracjami r’n’b, hip-hopu i lo-fi elektroniki – tak brzmi info prasowe. Strasznie generycznie i mogące kojarzyć się z 3/4 dzisiejszych nowych zespołów. Ale dla tzw. zorientowanych w branży muzycznej to nazwiska twórców nie powinny być ani trochę obce, bo Alicja Boratyn i Kuba Sikora to żadni debiutanci (zaryzykuję stwierdzenie, że Boratyn to wręcz stara wyjadaczka, bo zaczęła karierę 15 lat temu!). Ala|Zastary wzięli na swoim albumie garściami najnowsze trendy alt/electropopu, ale podali we własnym sosie melancholii i obaw o życie. Roi się tego pełno też w tekstach. Palnę tu generycznym frazesem, ale to jest właśnie nadzieja młodego alternatywnego popu. Idealna na puste miejsce po The Dumplings.


Pet Shop Boys – Hotspot

Mam wrażenie, że im bliżej jesieni tym łatwiej wszyscy zapominali, że Pet Shop Boys wrócili z nowym albumem już na początku stycznia 2020. I to znakomitym wręcz. Owszem, ostatnie dzieła duetu komercyjnie przepadały, a w koncertowej promocji Hotspot przeszkodziła pandemia. Neil Tennant i Chris Lowe, mimo już czternastej studyjnej płyty, wciąż – z pomocą Stuarta Price’a (jednego z ojców sukcesu Confessions On a Dancefloor Madonny) – sypią tanecznymi przebojami jak z rękawa. Gra tutaj wszystko – melodie, tempo, groove, modulacje głosowe. W idealnym świecie takie bangery jak Monkey Business, I Don’t Wanna czy Dreamland nagrane z Years & Years grałyby w radiostacjach co godzinę. Co więc się stało, że nikt na koniec roku nie wspomina o Hotspot? O ile jeszcze mógłbym zrozumieć to w polskich redakcjach, które mogły słusznie wkurzyć się na odwołanie koncertu w Warszawie (wszystkie pozostałe na trasie zostały tylko przesunięte), tak nie czaję czemu próżno szukać albumu Pet Shop Boys w podsumowaniach zagranicznych redakcji.


Julia Marcell – Skull Echo

„Mamy do czynienia z jednym z najlepszych muzycznych polskich wydawnictw w 2020 roku” – tak o tej płycie pisała Interia. Chociaż był dopiero luty, to te słowa wciąż są aktualne, mimo wszystkich płyt które zdążyły wyjść później. Julia Marcell, która w szerokiej świadomości słuchaczy zaistniała jako autorka tak poptymistycznych i prostych w strukturze piosenek jak CRTL, Matrioszka, Tarantino czy Manners, tym razem zrobiła materiał znacznie bardziej wymagający. Ale za to jak dobry. Pełen przestrzeni, inspiracji prog-rockiem, shoegaze’m i synth-popem oraz z opowieściami o samotności i niepokojach społecznych. Ale to nie jest rzecz, w której się zakochacie od razu i będziecie wiedzieli za co. Artystka śpiewa o poważniejszych rzeczach (w odróżnieniu od jej poprzedniej, bardzo optymistycznej płyty) i liczy na to, że słuchacz będzie jej słuchał w skupieniu. Może dlatego tak niewielu się zachwyciło tym albumem, bo zwyczajnie poległo? Albo cały 2020 tak nas wszystkich przygniótł, że ciężar emocjonalny Skull Echo to już może być dla niektórych za dużo. Nie dziwię się – ale ja ten ciężar kupuję w całości.


Princess Nokia – Everything Sucks / Everything Is Beautiful

Chyba nie trzeba komukolwiek mówić, że kobiecy hip-hop oferuje znacznie więcej niż Cardi B, Nicki Minaj, Megan Thee Stallion i Doję Cat (nic nie ujmując całej tej czwórce). I że pod głównym nurtem jest pełno dziewczyn, mających świetne pomysły. I jedną z tych dziewczyn jest Princess Nokia, która postanowiła pokazać swoje dwie natury życiowe i wydała jednego dnia wydała aż dwa albumy: Everything Sucks – agresywny, trapowy i skupiający się na trudnej przeszłości artystki (wychowywała się w ośrodku opiekuńczym, gdzie znęcano się nad nią psychicznie), oraz będace jego przeciwieństwem Everything Is Beautiful, które jest bardziej pogodne z wpływami R&B i soulu. Z obu tych płyt wyłania nam się obraz kobiety świadomej swoich przeciwieństw i przekuwających je w świetne historie.


Maya Hawke – Blush

Fani Stranger Things znają to nazwisko. Wszystkim pozostałym przedstawiam młodą aktorkę, która zagrała również w Once Upon a Time In Hollywood Tarantino oraz telewizyjnych Małych Kobietkach. Wiadomo, że na wieści pt. „śpiewający aktor” należy reagować z dystansem, ale w przypadku Hawke jest na czym ucho zawiesić. Blush to pozycja z półki folk-rockowej, pełna emocji. Artystka (tak, używam tego stwierdzenia, bo Maya współtworzyła cały ten materiał) wyśpiewuje słowa o oddaniu, tęsknocie i miłości trochę od niechcenia Ale pod tym smęceniem jest schowana cała paleta uczuć. To jest muzyka od której słuchaczowi ma się zrobić ciepło na sercu – i robi to doskonale. Jak w przypadku wyżej wymienionej Paris Jackson – jest to debiut, który bardzo wiele obiecuje i daje nadzieje na więcej. O ile Hawke nie postawi na karierę aktorską.


Westerman – Your Hero Is Not Dead

Usłyszałem tego muzyka na Opole Songwriters Festival w 2019. Nie wiedziałem na kogo dokładnie idę, a wyszedłem zachwycony występem. W czerwcu ukazała się jego debiutancka płyta Your Hero is Not Dead, na którą rzuciłem się jak oparzony. Gdybym miał to włożyć do jakiejś szufladki byłaby to to z napisem avant/folk-rock. Zgrabne łączenie elektroniki z jakby przestrojoną gitarą. Na upartego, można by go położyć obok dyskografii Talk Talk, Phoebe Bridgers czy Fleet Foxes. Zaś sam Westerman śpiewa tak przejmująco, że mnie zwyczajnie ciarki przechodzą. Co prawda, artysta nie przeszedł całkowicie niezauważony w polskich mediach, ale jemu zwyczajnie należy się więcej atencji.


No to niniejszym cykl podsumowań 2020 uznaję za rozpoczęty. W kolejnych częściach pogadamy sobie jeszcze między innymi o:
-najważniejszych dla mnie płytach (nie „najlepszych” – najważniejszych),
singlach które zdefiniowały mnie jako człowieka,
-oraz o koncertach, które jakimś cudem udało mi się zaliczyć w roku gdzie więcej się odwoływało niż ogłaszało.
Jedno jest pewne – mam co wspominać z 2020. I na szczęście, więcej niż tylko światową pandemię.