Weź głęboki oddech, czyli trochę o płucach

Podobno gdyby je rozłożyć i spłaszczyć, miałyby powierzchnię kortu tenisowego. Standardowo potrafią pomieścić ponad 5 litrów powietrza. Rocznie 1,3 miliona osób umiera na raka tego narządu. Jeden z głównych narządów pracy wokalistów, publiczności na koncertach i muzycznych entuzjastów siedzących przed komputerem ze słuchawkami na uszach i angażujących się w słyszane dźwięki (czyt. mnie). Czyli po prostu płuca.

Istnieje całe mnóstwo technik śpiewu, ale wszystkie łączy jedno. Kiedy wokalista śpiewa, używa kilkudziesięciu swoich narządów i mięśni. Przede wszystkim, krtani ze znajdującymi się w niej strunami głosowymi, ust, języka i podniebienia, swojej przepony i mięśni brzucha oskrzeli, tchawicy i płuc. Popularnie mówi się, że „śpiewać każdy może”, co jest prawdą – jednak nie każdy umie śpiewać czysto i poprawnie. Niektórzy się rodzą z talentem, niektórzy muszą go sobie wypracować.

Nawet jeśli nie jest się wokalistą, o swoje płuca też dbać należy. Niejednokrotnie mogą nam się przydać. Czyli co robić? Zimą nosić szaliki, pić napoje gorące, unikać wdychania dymu tytoniowego (czyli nie palić również biernie). Czasami swoje własne płuca doprowadzam do granic wytrzymałości, w szczególności na koncertach kiedy to próbuję być głośniejszy od wokalisty. Po tegorocznym koncercie Florence + The Machine na Orange Warsaw Festival myślałem że hiperwentylacji dostanę. Tak samo po koncercie Carrion równo miesiąc temu. Bo tak się kończy wydzieranie się z wokalistami.

fot. Bartek Chęciński
fot. Bartek Chęciński

Wczoraj wpadli do mnie wysłannicy św. Mikołaja, którzy przekonali mnie bym jednak czasami sobie odpuścił i zadbał o te swoje płuca. Bo mogą się przydać komuś jeszcze, nie tylko mnie.
2014-12-06 15.22.24 2014-12-06 15.22.34 2014-12-06 15.23.29

2014-12-06 15.24.06 2014-12-06 15.26.41

Tak jest – wczoraj, przy zachęcie niesamowicie pozytywnych wolontariuszy Dawca.pl, postanowiłem zacząc dbać o siebie tak, by moje płuca, a może też serce, nerki czy wątroba przydałyby się komuś innemu.
Obecnie w samej Polsce ponad półtora tysiąca osób czeka na przeszczep organu niezbędnego do dalszego życia. Kiedy ja pożegnam się z ziemskim padołem (nie mówię że jak najszybciej tego pragnę), nie będę zabierał pod ziemię swoich narządów. Jeśli istnieje jakikolwiek absolut wyższy (nieważne czy jest Bogiem, Allahem czy Buddą) – to mniemam że dobrze wie, że moje sprawy wewnętrzne przydadzą się bardziej tutaj – na Ziemi. Już kilka razy zdarzyło mi się też oddać honorowo krew (moja akurat jest dosyć cenna, bo grupa ORh- nie należy do najczęstszych). Więc tym bardziej z ochotą oddam z siebie cokolwiek jeszcze.

A jeśli ktoś chce wiedzieć cokolwiek więcej o samej transplantacji, to wszystko co trzeba znajdziecie na stronie Dawca.pl. Również wzór oświadczenia woli, który wystarczy podpisać i poinformować rodzinę. Co i ja zrobiłem.
No właśnie. Mamo, tato, braty i siostro – jak będę mógł swoimi płucami uratować komuś życie, to macie nie protestować. Inaczej was dorwę w zaświatach…

2014-12-07 12.22.31

Rysunek autorstwa fantastycznej Glinianej Kury
Rysunek autorstwa fantastycznej Glinianej Kury

(pisane przy słuchaniu „Lungs” Florence + The Machine)

Nudzi mnie moje nazwisko – o pseudonimach i nazwach zespołów

Wchodząc do sklepów muzycznych i patrząc na półkę z kategorią „pop/rock”, możemy zauważyć że wielu wokalistów nie lubi swojego imienia czy nazwiska. Albo uznają je za nieciekawie brzmiące by nadawało się na okładki płyt. Jeśli skręcimy w kategorię „metal”, naszukamy się tony dziwacznych nazw, których etymologii czasem wolelibyśmy nie znać, do tego dziwacznie brzmiących po przetłumaczeniu na polski. A na dziale „eletronika”, to już istny mariaż dziwactw pseudonimów. Skąd artyści biorą swoje sceniczne nazwy i po co im właściwie one są potrzebne?

 

Prawdziwe nazwisko zbyt proste.

Madonna, Beyonce, Rihanna czy Sia mogą się nazywać szczęściarami, bo do zrobienia kariery mogły bez problemu użyć własnego imienia (przy czym Rihanna używa swojego drugiego, na pierwsze ma Robyn). Podobnie jak właścicielki nieczęstych imion jak Avril Lavigne czy Björk. Niestety, wielu wokalistów uznało że ich rodzice nie byli zbyt pomysłowi i postanowili sobie w tym pomóc.

Był sobie taki gość z Wielkiej Brytanii, który miał głos jak żyleta. Kiedy zaczynał śpiewać, ciarki przechodziły po plecach, a kobiety wzdychały. Ze swoim zespołem mógł spokojnie podbijać świat. Ale był problem z jego nazwiskiem. Jak ktoś nazywa się Gordon Sumner, to z takim nazwiskiem może nadawać się bardziej na nauczyciela angielskiego. Ale co innego, jeśli nazwie się Sting.

Niejaka Alicia Moore miała ambitny plan – podbić świat swoją muzyką. Warunki miała idealne – głos brzmiący bardzo wysoko, teksty własnoręcznie pisane i niebanalne, odrobina wyszczekanego uporu i niezły image. Problem był w tym, że nie mogła robić kariery jako Alicia – zwłaszcza że właśnie świat podbijała inna Alicia, o nazwisku Keys. Ta nowa musiała przyjąć inną tożsamość. Na szczęście, nie było z tym problemu – Alicia spojrzała na swoje włosy i zrobiła światową karierę jako P!nk.

Nie jesteś rodowitym Anglikiem/Amerykaninem i masz naprawdę dziwne nazwisko.

Lupita Nyong’o, tegoroczna laureatka Oscara za rolę w filmie „Zniewolony”, po ceremonii mówiła „Dawniej nikt nie znał mojego nazwiska, a teraz nikt go nie potrafi wymówić”. Idealnie to obrazuje, że dopiero sukces sprawia, że akceptujemy człowieka takiego jakim jest naprawdę. Nawet w tak banalnej kwestii jak imię. Popatrzcie chociażby na Nicole Scherzinger. Czy to jest medialne, łatwe do wymówienia nazwisko?

Jeśli masz zamiar robić wielką karierę muzyczną, – nawet mimo tego, że ojciec uważa cię za nieudacznika i pragnie wyrzucić z domu – melodie na wielkie hity przychodzą ci do głowy podczas jazdy autobusem, twój głos uwodzi przedstawicieli wszystkich płci, a jesteś synem greckiego emigranta i nazywasz się Georgios Kyriacos Panayiotou – koniecznie musisz coś z tym zrobić, bo ciężko to nawet wymówić. Zdecydowanie łatwiej będzie zrobić karierę jako George Michael.

Czy rosysjko-niemiecki DJ z nazwiskiem Antony Zaslavski mógłby zrobić karierę pracując z największymi gwiazdami jak Lady GaGa, Justin Bieber, Hayley Williams i Ellie Goulding i otrzymać Grammy za najlepszy utwór elektro? Prawdopodobnie, bo koleś robi naprawdę dobrą robotę produkcyjną. Jednak kolega postanowił nie robić kłopotów radiowcom i poszedł podbijać świat jako Zedd.

Zespół musi mieć nazwę.

Nazwy zespołów to osobna para kaloszy. W Polsce najczęściej chce się brzmieć jak najbardziej obco, jak najbardziej amerykańsko. Jakiś psycholog mógłby to uznać za przejaw polskich kompleksów, że cokolwiek jest anglojęzyczne to na pewno lepsze niż polskie. Przykładów jest całe mnóstwo:
-Doda śpiewała w zespole Dziewica (Virgin)
-hit pokolenia 2000. „Butelki z benzyną i kamienie” pochodzi z repertuaru Fajnych Dzieci Śmierci (Cool Kids Of Death)
-zespół Adama Darskiego nazwę swoją wziął od stworzenia z bibilijnej Księgi Hioba – Behemoth
-hejterzy Piotra Roguckiego mają ubaw z jego zespołu, że sama nazwa każe słuchaczom zapadać w Śpiączkę (Coma)
-równie podobnie te osoby śmieją się z repertuaru zespołu Szczęśliwysmutny (happysad),
-zespół Dawida Podsiadło to Kręcone Głowy (Curly Heads), co ma uzasadnienie w fryzurach członków.
Równie śmiesznie bywa, kiedy tłumaczymy na polski nazwy zespołów zagranicznych. Dzięki temu dowiadujemy się że słuchamy np. Śmietnika (Garbage), Małpich Gówien (Guano Apes), Dzięwięciocalowych Gwoździ (Nine Inch Nails),  Panny Młodej w Czarnym Welonie (Black Veil Brides), Toczących Się Kamieni (The Rolling Stones) czy Martwej Pogody (The Dead Weather).
Mnie osobiście też bardzo cieszy polska kreatywność pisana po polsku. Dzięki temu mamy takie nazwy jak Kapela Ze Wsi Warszawa, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach, Kim Nowak, Sistars, Defekt Muzgó, Dzieci Kapitana Klossa, Zabili Mi Żółwia, Pidżama Porno, Maanam, Sztywny Pal Azji, Luxtorpeda, Budka Suflera i mój absolutny faworyt wszechczasów – Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni. W przypadku każdego z tych zespołów o genezę nazw trzeba pytać każdego z osobna. I dzięki temu nie jest nudno.

 A na koniec – łamigłówka

Pomysłowość wielu muzyków jest często zaskakująca – również tych polskich. Spróbujcie bez zaglądania do Google i Wikipedii dopasować poniższe pseudonimy do prawdziwych nazwisk ich nosicieli. Have fun! PS. Jedno nazwisko jest zmyślone!

1) Snoop Dogg
2) Skubas
3) Nicki Minaj
4) Lorde
5) Elton John
6) Fisz
7) Kayah
8) Kora
9) Marilyn Manson
10) Slash

a) Reginald Dwight
b) Katarzyna Szczot
c) Calvin Cordozar Broadus Junior
d) Bartosz Waglewski
e) Onika Tanya Maraj
f) Saul Hudson
g) Radosław Skubaja
h) Andrzej Kostek
i) Ella Yelich-O’Connor
j) Olga Jackowska
k) Brian Hugh Warner

Nie musisz śpiewać po angielsku!

Drogi wokalisto! Naprawdę nie musisz!

Oczywiście, jeśli angielski jest twoim językiem ojczystym, wyniesionym z domu, wpojonym w krew i język przez rodzicieli, to oczywiście – wtedy go używaj. I owszem, język angielski jest jednym z najpopularniejszych na kuli ziemskiej, jego uczy się najwięcej dzieci/młodzieży/dorosłych w szkołach. Ale nie daj sobie wbić do głowy bzdury, że śpiewając wyłącznie w tym języku odniesiesz międzynarodowy sukces. Nic bardziej błędnego. Paru moich ulubieńców światowej sławy ci to udowadnia.

Celine Dion

Po czym poznać że Celine Dion woli śpiewać po francusku niżli angielsku? Po wysokości śpiewania. Jasne, głos Celine jest wspaniały, ale słuchanie to jak go czasami eksponuje potrafi potwornie zmęczyć. Robienie popu to nie opera. A co ciekawe, Celine najgłośniej „wydziera się” na albumach anglojęzyznych. Niektórzy krytycy o albumie „Taking Chances” z 2007 roku pisali, że jest „cudowną muzyką spieprzoną przez wokalne popisy”. O najnowszym „Loved Me Back To Life” można powiedzieć dokładnie to samo. A albumy francuskojęzyczne – nie dość że znacznie oszczędniejsze w brzmieniach – to Celine śpiewa na nich znacznie swobodniej. Bez zdzierania gardła.

Shakira

W przypadku Shakiry łatwo można posłuchać jak bardzo męczy się z angielskim. Wokalistka od czasów „Whenever, Whenever” wszystkie swoje największe hity i single nagrywa w dwóch wersjach językowych (pierwsze 4 albumy Shakiry były tylko hiszpańskojęzyczne). Jej utwory tworzone są najpierw po hiszpańsku, później dopiero tłumaczone. Najprostszy przykład to ostatni hit nagrany z Rihanną – „Can’t Remember To Forget You„. Kiedy posłuchamy wersji hiszpańskojęzycznej, słychać że Shaki śpiewa słowa utworu znacznie lżej i swobodniej. Jedynym argumentem, który przemawia na jej niekorzyść jest to, że hity zrobiła jednak śpiewając u nas po angielsku. Ale ja nawet „Waka Waka” i „La La La” wolę słyszeć po hiszpańsku. Kij z tym, że ani jednego słowa nie czaję.

Rammstein

OK, w przypadku niemieckiego bandu swoje zrobiła nie tylko świetna muzyka, ale także liczne kontrowersje w image’u i teledyskach.Ale pamiętajmy, że wszystkie swoje hity zespół wyśpiewał po niemiecku (nie licząc okazjonalnych angielskich wtrętów w „Amerika” czy „Pussy„). W dodatku zespół w tekstach nawiązuje do tematów, o których głośno się nie mówi, a już na pewno nie śpiewa, jak np. klonowanie człowieka („Mutter„), pedofilia („Mein Herz Brennt„), kanibalizm („Mein Teil„) czy seks w przeróżnych aspektach – od obrzydliwych po pięknych. A co najlepsze, takie utwory stawały się wielkimi hitami Rammstein. Na deser poczytajcie jak Stanley z Filmów Które Ryją Banię Zbyt Mocno zrobił zestawienie pięciu najbardziej zrytych teledysków Rammsteina.

Tokio Hotel

Zostajemy jeszcze w Niemczech. Walory artystyczne muzyki Tokio Hotel, które niemal dziesięć lat temu zawładnęło sercami europejskich nastolatków, są tematem mocno dyskusyjnym. Jednak wielkiego sukcesu zespołu nie da się kwestionować. Złote i Platynowe Płyty w całej Europie, mnóstwo wyprzedanych koncertów, wielki szum w mediach – to niewątpliwie był sukces obudowany niemieckojęzycznymi utworami o nastoletnich miłościach i problemach, chociaż TH nie stroniło od ciekawszych tematów jak osierocone dzieci (Vergessen Kinder), narkotyki (Stich Ins Gluck), samobójstwa (Spring Nicht) czy rozwody widziane oczami dzieci (Gegen Meinen Willen). Tak czy siak – po niemiecku wyśpiewali sobie ponad 9 milionów sprzedanych płyt na całym świecie. Co jest naprawdę niezłym wynikiem, jak na debiutantów w erze szalejącego piractwa muzycznego.

t.A.T.u.

Jeśli pamiętacie początki wspólnej kariery Leny i Julii, to zauważyliście może jak bardzo szał na dziewczyny opadł, kiedy wytwórnia zaczęła w Europie lansować ich single w wersjach tylko anglojęzycznych? No właśnie – Europa najpierw pokochała je po rosyjsku, jako te najbardziej naturalne. Polakom do Rosjan daleko nie jest kulturowo, nie mieliśmy nic przeciwko śpiewającym Rosjankom (odstawmy na bok kwestie udawanego homoseksualizmu, OK?). Dla dowodów – pierwszy album sprzedał się liczbie ponad ośmiu milionów. Następny, już anglojęzyczny – ten który dostaliśmy po „All About Us” – ledwo dobił do miliona. Postawmy sprawę jasno – t.A.T.u zrobiły karierę śpiewając po rosyjsku. Angielski je zdecydowanie zgubił.

 

 

Chciałem tu przytoczyć tu jakiś przykład made in Polska, ale niestety – żadnego nie umiałem znaleźć. Są polscy artyści/zespoły z sukcesami międzynarodowymi (np. Riverside, Behemoth, Blindead, Blog 27, Julia Marcell), ale wszystkie śpiewające po angielsku. Może jestem w błędzie i znacie jakiegoś Polaka który śpiewając po polsku podbił zagraniczne serca? („My Słowianie” się nie liczą.)