Co to jest Record Store Day?

Wielkimi krokami zbliża się jedna z największych imprez branży muzycznej. Odbywająca się corocznie od kilkunastu lat, zaczęła się w USA, a obecnie ma swoje obchody na całym świecie – od jakiegoś czasu również w Polsce. Nie jestem dokładnie pewien od kiedy mamy u siebie to święto na pełną skalę – ale na pewno na tyle krótko, że wciąż jest mnóstwo pytań „co to jest ten Record Store Day”? No to ja wam odpowiem na wszystko.

Winyle na dobre wróciły do łask przemysłu muzycznego – nikt już temu nie zaprzeczy, widząc czarne płyty nawet na półkach w dyskontach. Jednak jeszcze 10 lat temu album na winylu był domeną głównie kolekcjonerów, którzy buszowali po aukcjach internetowych, giełdach i niezależnych sklepach z longplay’ami. A sytuacja tych ostatnich pod koniec pierwszej dekady lat 2000 była niewesoła: postępujący spadek sprzedaży CD, powolny rozwój rynku cyfrowego (Spotify dopiero raczkowało, a iTunes Store wszedł do większości krajów Europy w 2011), szalejące na dobre piractwo internetowe oraz coraz więcej sieciówek przekładały się na coraz mniejszą popularność małych sklepów. Wtedy kilkunastu właścicieli tych sklepów w Stanach Zjednoczonych wpadło na pomysł imprezy pod nazwą Record Store Day.

Na czym polega Record Store Day? Jak nazwa wskazuje – jest to święto sklepów winylowych-nie święto winyli. Właśnie o sklepy chodzi – te małe, niezależne, oferujące sprzedaż stacjonarnie. Nie biorą w tym udziału wszelakie empiki, sieciówki, sklepy wydawców, ani sprzedawcy wyłącznie internetowi. W tym cały urok – musisz przyjść do sklepu, jak za dawnych czasów. A organizatorzy akcji staną na głowie by cię do tego zachęcić.

Obchody Record Store Day 2014 w Londynie (fot. Anoushka Siegler/Fact Magazine)

W Stanach Zjednoczonych od samego początku Record Store Day miało rozmach. Pierwszym ambasadorem została Metallica, która dała darmowy koncert w sklepie płytowym w Kalifornii. Wtedy w akcji wzięło udział ponad 300 sklepów w USA, ukazały się wyjątkowe wydania albumów m.in. Death Cab For Cutie, R.E.M. i Vampire Weekend. Z roku na rok Record Store Day rosło i rosło – coraz więcej państw i sklepów brało udział, ambasadorami zostawali tacy artyści jak St. Vincent, Pearl Jam, Iggy Pop czy Ozzy Osbourne, a liczba wydawnictw i akcji specjalnych stawała się coraz trudniejsza do ogarnięcia. Koncerty, spotkania z artystami, mnóstwo wyjątkowych płyt – wszystko to wyłącznie w niezależnych sklepach z winylami. Record Store Day zdecydowanie przyczyniło się do wyjścia czarnej płyty z cienia i stworzenia jej takiej pozycji jaką ma obecnie – czyli że ich sprzedaż w USA jest w stanie generować większe zyski niż streamingi (kilka razy się to zdarzyło). Aż do 2019 impreza odbywała się w jedną z kwietniowych sobót. Jak łatwo się domyśleć, w 2020 pandemia wpłynęła na przedsięwzięcie – imprezę rozbito na kilka dni w przeciągu roku. Tak samo obecnie – Record Store Day 2021 odbędzie się w dwóch rzutach płyt – 12 czerwca oraz 17 lipca.

Z racji wciąż niestabilnej sytuacji pandemicznej, w poprzednim roku i w obecnym jedynymi atrakcjami będą płyty wydane specjalnie na RSD. Są to wyjątkowe wydania, ściśle limitowane, często też albumów które nie miały swoich edycji na czarnym krążku, lub nawet takie które będą wydane tylko w ten sposób (bez odpowiedników CD czy nawet cyfrowych)! Tegoroczna lista liczy kilkaset pozycji – w tym kilka od polskich artystów, a wśród nich Wojtek Mazolewski (tegoroczny polski ambasador RSD), Fisz, Alibabki i Hey. Całość jest do zobaczenia tutaj.

A teraz najważniejsze. Żeby mieć pewność, że jakiś album dostaniecie, musicie wcześniej zapytać bezpośrednio w sklepie w którym planujecie zakupy. Bo to na podstawie pytań i próśb od kupujących sklepy składają u wydawców zamówienia na konkretne pozycje. Dlatego lista tytułów podawana jest do publicznej wiadomości znacznie wcześniej, żeby sklep wiedział w co się zaopatrzyć na Record Store Day i w jakie ilości. I w tym jest też haczyk, bo na RSD obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Płyt wydanych na RSD nie można rezerwować. Właściciel nie może ich odłożyć pod przysłowiową ladę w oczekiwaniu na konkretnego klienta oraz ma absolutny zakaz sprzedaży tych płyt przed Record Store Day. Niektóre sklepy wprowadzają również zasadę sprzedaży jednego egzemplarza danego albumu na osobę. Ceny albumów również są ustalane indywidualnie przez każdego sprzedawcę. Co prawda, sklep ma prawo wystawić je do sprzedaży internetowej – ale dopiero po godzinie 18. O ile oczywiście jakiś album mu zostanie na stanie.

Udział w Record Store Day bierze ponad 30 sklepów w całej Polsce. Wiadomo, że najwięcej jest ich w Warszawie (w tym Asfalt Shop, Winylowa, Tamka czy Black Market) ale znajdziecie je również w Poznaniu (LongPlay), Wrocławiu (Brassel, Duża Czarna) i Gdyni (Winylownia, Vinylmusic), a także w mniejszych miejscowościach jak Leszno (Klub Starej Płyty), Zielona Góra (Muz-Art) i Pabianice (Sklep Muzyczny HIT). Pełną listę sklepów znajdziecie tutaj.

Zaraz pewnie ktoś się odezwie, że jest to kolejne wyciąganie kasy i sztuczne pompowanie rynku winyli. Mógłbym się z tym zgodzić, gdyby nie jeden warunek – że zarabiają na tym nie wielcy monopoliści w rodzaju Amazona, tylko ci, których tego typu gracze chcieliby się pozbyć. Tych mniejszych, bez wielkiego marketingu. Ale z wielką pasją do muzyki i wielką pasją do czarnej płyty. Record Store Day jest właśnie dla nich.

10 wniosków po Eurowizji 2021

W marcu 2020 Europejska Unia Nadawców ogłosiła, że musimy wytrzymać jeden rok bez Konkursu Piosenki Eurowizji, ale jednocześnie zaprosiła nas do Rotterdamu w następnym roku. Mimo wielu zmian i wielu niepewności, udało się – Eurowizja 2021 odbyła się, zwyciężyły Włochy (po raz trzeci w historii konkursu i po raz pierwszy od 1990), Rafał Brzozowski nie zapewnił nam finału (w półfinale zajęliśmy 14. miejsce z 35 punktami), a na widowni zasiedli widzowie, od których wymagano przyniesienia aktualnego negatywnego testu na COVID. Samo zorganizowanie tej imprezy w takim formacie daje nadzieje na rychły powrót wielkich festiwali i koncertów. A ponieważ ten konkurs jest wielkim niejednorodnym szaleństwem, to zawsze wyciągam z niego kilka przemyśleń, którymi nie omieszkam się podzielić.

  1. W pierwszej piątce mamy 4 utwory śpiewane nie po angielsku (włoski, ukraiński i 2 po francusku). Wielka Brytania na samym dole, z absolutnym zerem – zarówno od telewidzów jak i jurorów. Wniosek nasuwa się sam – na Eurowizji nie trzeba rozumieć co kto śpiewa.

2. Islandia udowodniła, że można podbić serca widzów Eurowizji, nawet jeśli twój występ leci „z taśmy” (w delegacji Islandii znalazły się osoby z COVID, więc na konkursie puszczono występ z próby jurorskiej). Bo w sumie tam było wszystko – utwór przylepiający się do głowy, wykonawcy wzbudzający sympatię i wyraźnie wiedzący że na Eurowizji trzeba czasami „spuścić powietrze”. Piąte miejsce w głosowaniu widzów i jury dało im (i im pięknym sweterkom – ozłocę każdego kto mi taki wydzierga) czwarte miejsce. W przyszłym roku zagrają w Warszawie i mam ochotę się wybrać.

3. Niemcy… Matko i córko, trochę brak mi słów, trochę się duszę ze śmiechu. Kiedy w 2019 ten kraj dostał zero punktów od widzów za naprawdę bezpłciowy utwór wykonany przez zupełnie niecharyzmatyczne wokalistki, tym razem postawił na… wiecznie wesołego chłopaczka (nie używam tego określenia by go obrazić, a by zaakcentować jego wygląd i wiek – Jendrik ma 26 lat), który „don’t feel hate”. OK, przesłanie spoko. Ale jeśli to miała być taktyka na wyciągniecie głosów to… Niemcy muszą przemyśleć strategię albo przestać udawać, że im się jeszcze chce i dać sobie spokój z Eurowizją.

4. Chyba każdy z nas ma takich wykonawców lub utwory, które zyskują w wykonaniach na żywo, nie tylko na Eurowizji. Ja słuchając piosenek przed konkursem miałem swoich ulubieńców, którzy na żywo… totalnie mnie rozczarowali. Czechy, Łotwa i Rumunia miały naprawdę świetne piosenki, które w półfinałach zabrzmiały wręcz przeźroczyście. Zaskoczenia miałem też w drugą stronę – jak chociażby Francją, która na scenie pokazała wielką pasję. Wielu moich znajomych psioczyło, ale ja ostatecznie nie narzekałbym na zwycięstwo Barbary Pravi.

5. Hooverphonic na Eurowizji. Serio, nie wiem czy kiedykolwiek przestanie mnie to dziwić. Kiedy Geike Arnaert śpiewała frazę „you’re in the wrong place”, zastanawiałem się czy to nie była autoironia. Co prawda, zespół miał pojechać na konkurs już rok temu, ale wtedy z inną wokalistką. Geike, która wróciła do kapeli po kilkunastu latach, naprawdę sprawiała wrażenie, jakby nie miała ochoty brać udział w tym przedsięwzięciu. Popularność Hooverphonics w Europie średnio się przełożyła na wynik Belgii – zajęli w finale 19. miejsce, a awansowali do niego fartem.

6. Najwyższa pora skończyć z myśleniem, że coś „nie nadaje się na Eurowizję”. Sam złapałem się na tym w tym roku aż za wiele razy. To naprawdę jest festiwal, gdzie nadaje się wszystko i na każdą stylistykę muzyczną jest tu miejsce. I każdy w jakiś sposób zostanie doceniony. Nieważne czy jest to fiński nu-metal, włoski glam-rock, rosyjski rap czy szwajcarska piosenka autorska. Możesz profesjonalizmem zaplusować u jurorów lub podbić serca głodnych zabawy telewidzów.

7. Ostatnie cztery miejsca tabeli zajęły kraje, które weszły do finału z automatu – Wielka Brytania, Hiszpania, Niemcy (jako kraje płacące najwięcej na organizację) oraz Holandia (jako gospodarz). I wszystkie dostały od publiczności okrągłe zero punktów. Jeszcze nie wiem jaki z tego morał.

8. Polskie jury w 2019 przyznało maksymalne 12 punktów Australii, w tym roku przyznało je krajowi, który ściągnął amerykańskiego rapera (San Marino). Wygląda na to, że nasz kraj nie przepuści żadnej okazji, by pokazać wszystkim w Europie że ich nie lubi… albo po prostu było to podziękowanie, że reprezentantka San Marino jako jedyna przyjęła zaproszenie Rafała Brzozowskiego do Jaka to melodia.

9. Obecność Rosji na Eurowizji to rzecz do przemyślenia, bynajmniej ze względu na reprezentantkę. Bo Manizha była naprawdę intrygująca, z dużymi szansami na zwycięstwo. Ale w trakcie jej występu zacząłem się zastanawiać – czy ktokolwiek sobie wyobraża Eurowizję w Rosji? Z całym jej dobrodziejstwem i wszechobecnym queerem? Czy tamtejsi włodarze by stanęli na głowie, by zrobić ten festiwal pełen tęczy bardziej po myśli putinowskiej Rosji… czy wprost przeciwnie i byłaby eksplozja „pinkwashingu” (odsyłam do Wiki) w kraju, gdzie kultura queer jest na cenzurowanym? I czy w ogóle Rosja chce ten konkurs obecnie wygrać? To temat na naprawdę długą debatę i czekam, aż ktoś to podejmie.

10. W głosowaniu widzów wygrały Włochy i Ukraina – czyli przebojowy glamrock oraz naładowany elementami tamtejszego folkloru rave. U jurorów królowały Francja i Szwajcaria – profesjonalizm, pasja wykonania oraz dobra jakość. Czyli Europejczykom po roku lockdownu chce się po prostu dobrej imprezy.

Będę szczery – tęskniłem za Eurowizją. Za tym multikulturowym tyglem, za tym miksem patosu z dyskoteką, nu-metalem obok piosenki autorskiej i festiwalem europejskiej różnorodności. Będę ją oglądał co roku i nigdy nie dam sobie wcisnąć, że to obciach i wstyd.

6 godzin wkurzania się, czyli nominacje do Fryderyków 2021

Czasy, kiedy ogłoszenie nominacji do Fryderyków spotykają się z wielką ekscytacją i oczekiwaniem, chyba nieprędko nadejdą. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy kiedykolwiek one istniały. Impreza, która od dekady szuka co rok nowego pomysłu na siebie i na przyciągnięcie do siebie uwagi słuchaczy (i czasem też mediów) dzisiaj znowu próbowała to zrobić. Z efektem takim, że Fryderyki tylko podniosły mi ostro ciśnienie.

Pomysł na stopniowe i pojedyncze ogłaszanie nominacji na papierze brzmiał całkiem spoko. Jasne, że krótka konferencja prasowa z wyczytaniem nazwisk lub wysłanie noty prasowej do mediów załatwiłyby sprawę szybciej. Tym razem spróbowano podkręcać i stopniować zainteresowanie. A skończyło się tak, że po pięciu godzinach ciągłego odświeżania Facebboka i Instagrama Fryderyków cała branża – bo tylko ci najbardziej wytrwali siedzieli nad tym cały dzień – była już mocno zniecierpliwiona. Niemal godzinne przerwy pomiędzy ogłaszaniem kolejnych kategorii prezentowanych na głuchych slajdach, bez żadnych odpowiedzi i dodatkowych słów od organizatorów. Łącznie sześć godzin siedzenia by poznać 22 kategorie. To już całe Grammy, gdzie wręcza się 80 statuetek trwało znacznie krócej. Drogi ZPAVie, nie róbcie tego w ten sposób nigdy więcej.
Dobra, to dosyć nerwów, przejdźmy do tego, co tak całej polskiej branży muzycznej wyjęło niemal cały dzień z życia.

5 nominacji dla Sanah ani trochę nie zaskakuje, w końcu to ona w 2020 rządziła mainstreamowym popem i radiowymi playlistami. I szło to w parze z dobrą jakością tej muzyki. Rok temu miała już trzy nominacje, ale wtedy miała pecha stanąć w szranki z Hanią Rani i Darią Zawiałow. Więc dopiero musiał „polać się szampan”, by w tym roku mogła sięgnąć po więcej. I chyba może jej tu zagrozić tylko drugi rekordzista w nominacjach – Krzysztof Zalewski mający tyle samo i rywalizujący z Zuzą w trzech kategoriach. Cztery nominacje dla Lanberry mogą niektórych zdziwić, ale osoby ciut bardziej obeznane w polskim mainstreamie wiedzą, że ta wokalistka ma doświadczenie w pisaniu popowych hitów nie tylko dla siebie. Co prawda, jej ostatni album Co gryzie Panią L.? przeszedł bez większego echa, ale uznanie krytyków wystarczyło by dostać kilka nominacji – głównie tych songwriterskich.

Podział na pop i pop alternatywny dla wszystkich obserwujących Fryderyki z boku brzmi jak fikołek logiczny, ale jest w nim drobna metoda. Wszystko przez to, że polscy twórcy w końcu przestali się przejmować tym, że trzeba ich wcisnąć w jakąś szufladkę i po prostu grają co chcą. Stąd efekt taki, że zarówno Sanah jak i Rojka nazwiemy popem – ale stawianie ich obok siebie byłoby już kuriozalne. Tych z kategorii „zwykłego” pop szybciej usłyszymy w radiach komercyjnych. Bo mamy tam Zuzę Jabłońską, Lanberry, Marię Sadowską, Sanah i Natalię Kukulską (która – bądźmy szczerzy – z projektem interpretującym Chopina powinna trafić do działu Muzyki Poważnej) W popie alternatywnym mamy też same uznane nazwiska jak Rojek, Kasia Lins, Zalewski i Hania Rani. Ale to tylko te, które puści najwyżej Radio 357 czy Czwórka. Dlatego – póki co – ten podział jeszcze musi mieć rację bytu. Przynajmniej dopóki nie dorobimy się w Fryderykach kategorii „pop i dance”. Może by się kiedyś takowa przydała?

Kiedy się patrzy w tym roku na kategorie rock i metal, to cytat Grabaża z Twojej Generacji sam ciśnie się na usta. Edyta Bartosiewicz i Majka Jeżowska obok Luxtorpedy, tribute album Acid Drinkers oraz tylko 3 nominacje w kategorii metalowej. Aż struny opadają. I wcale nie to, że twórców ciężkiego grania brakuje w Polsce. Skądże znowu. Oni po prostu najczęściej się nie zgłaszają, a Akademia musi wybierać z tego co ma. Co kończy się wyglądem tegorocznej stawki, a także zeszłorocznym zwycięstwem Nocnego Kochanka w kategorii metal. Rock umarł, rock jest martwy, stary.

W zeszłym roku kategoria debiut była głównie pop-kobietą, w tym roku jest głównie raperem. Miły ATZ, Zdechły Osa, Mata (stawiam wszystkie pieniądze, że wygra), Sobel, a obok nich z zupełnie innej bajki Ptakova. I dobrze, bo hip-hop w Polsce to rynek, który jest potęgą, ale duże wytwórnie i rozgłośnie czasami zachowują się, jakby nie traktowały go poważnie. Może jak coraz więcej raperów zacznie zgarniać duże wyróżnienia, to coś się z tym zmieni. A ci na Fryderykach mogli zwykle liczyć tylko na statuetkę w kategorii Album Hip-Hop, czasami jeszcze za Teledysk. A skoro już przy rapie jesteśmy, to rzut okiem na tę kategorię i chyba wszyscy wiemy, że wygra Quebonafide. Chociażby za to, że za Bubbletea nie dostało się raperowi nic (a wiemy, że było zgłaszane np. do Utworu Roku). I nie oszukujmy się – ten album słyszeli w tym kraju wszyscy, a to ułatwia Akademii głosowanie.

Nie rozumiałem w 2019 wprowadzenia kategorii Najlepsze Nowe Wykonanie i nie rozumiem jej do teraz. Bo jaki jest sens nagradzania za odtwarzanie czyjejś pracy? Jasne, że do coverowania można podejść fascynująco i dobrym efektem. Ale obecnie jest to jakby kategoria do dawania Fryderyków dla Męskiego Grania i innych albumów kompilacyjnych. O których zwykle zapomina się po miesiącu czy dwóch.

Czy udało się kogoś umieścić w nieodopowiedniej kategorii? Oczywiście, że tak. Ale wystarczyły takie słowa klucz jak „alternatywa” czy „muzyka poetycka”. Coals, które prędzej pasowało do elektroniki czy nawet pop, Kwiatostan zespołu Błoto (który – według wytwórni – zgłaszał się w nominacjach jazzowych) czy Pink Freud, Igor Herbut, Voo Voo- trudno się pozbyć wrażenia, że te albumy są nie tam gdzie powinny gatunkowo. W szczególności Siksa w kategorii „muzyka poetycka”. Przecież zawsze można wymyślić nowy podział z mniejszą ilością twórców. Tak jak to się stało w przypadku kategorii Album Soul/R&B/Gospel. Tam trafiły się płyty o których można dużo mówić w tych gatunkach właśnie. Paulina Przybysz, Rosalie. i Bartek Królik dostali własną pasującą im półkę, bez potrzeby wciskania ich na siłę gdzie indziej. Ewentualnie możemy całkiem zrezygnować z gatunkowości i mieć nadzieję, że znowu wszystkiego nie zgarnie Podsiadło (to nie żart – sprawdźcie jak wyglądali nominowani i nagrodzeni w 2014).

Kategorie techniczne (Producent, Autor, Kompozytor) dają do myślenia, jak w Polsce podchodzi się do zawodu prodcenta/songwritera… albo jak ten fach wyglądał w 2020. O ile na Zachodzie takie nagrody przyznaje się ludziom pracującym dla wielkich nazwisk, tak w PL wciąż najczęściej „każdy sobie rzepkę skrobie”. Bo czy nominowani Zalewski, Hania Rani czy Sanah oddali swoje talenty songwriterskie czy producenckie komuś innemu? Pytanie retoryczne. Nie licząc Atutowego czy duetu Kumór/Buczkowski-Wojtaszek, tak w 2020 Akademia wyróżniła w tych kategoriach Zosie-Samosie. W sumie, to całkiem niezłe podsumowanie roku gdzie dominował dystans społeczny.

Na razie nie wiadomo kiedy i gdzie tegoroczne Fryderyki zostaną wręczone. Nie dziwi mnie to, zwłaszcza kiedy mamy lockdown za rogiem, a zeszłoroczna wielka gala musiała po pół roku czekania zamienić się w zwykłą konferencję transmitowaną on-line. Zostało nam tylko czekać i typować faworytów. I lobbować za rozdaniem latem na świeżym powietrzu.