Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Lut 4, 2021 | 0 comments

Albumy mojej 30tki: „Innuendo”.

Albumy mojej 30tki: „Innuendo”.

Rok 1991. W warszawskim Teatrze Dramatycznym po raz pierwszy zostanie wystawione Metro. ZSRR chyli się ku upadkowi. Deep Purple zagra swój pierwszy koncert w Polsce. Ukaże się pierwszy numer Super Expressu. Z taśmy produkcyjnej zjedzie ostatni Fiat 125p, zwany „dużym Fiatem”. Na ekrany kin wejdą Milczenie Owiec, Thelma i Louise oraz druga część Terminatora. W Bułgarii odbędą się pierwsze wolne wybory. Polska zostanie przyłączona do Internetu.
W tym samym roku będą też miały premierę albumy, które za jakiś czas staną się ważnymi wydawnictwami w historii muzyki. Z okazji ich przypadającego w tym roku 30-lecia wspomnę tu o kilku z nich. Czemu akurat o tych? Cóż – jestem ich równolatkiem. Urodziłem się w 1991 roku.


W 1986 roku Queen zagrało swoja ostatnią trasę koncertową „Magic Tour”. Potem zespół przestał już koncertowo promować albumy. Na początku lat 90. Roger Taylor, John Deacon, Brian May i Freddie Mercury coraz rzadziej pokazują się publicznie, a kiedy już to robią – to trudno nie zauważyć pogarszającego się stanu lidera. Prasa i opinia publiczna mają swoje domysły, ale zespół ucina wszystkie nagabywania dziennikarzy. Zespół wciąż był wielki, ale był to kolos na glinianych nogach – w szczególności w USA, gdzie żaden ich album od prawie dekady nie osiągał sukcesów komercyjnych. Miało to się niedługo zmienić już na zawsze.
4.02.1991 ukazuje się Innuendo – czternasty album Queen, którzy okaże się ostatnim albumem tej grupy wydanym za życia Freddie Mercury’ego. Album, który dziś kończy 30 lat.

Gdyby porównać Innuendo do poprzednich dokonań grupy, to jakbyśmy zmiksowali klimat A Night At The Opera z mocą News Of The World. Zaczyna się jak w filmie Hitchcocka – wybucha bomba i dalej rośnie napięcie. Otwierający album utwór tytułowy zaczyna się jak hard-rockowa opera, a potem wchodzi flamenco, by ostatecznie nas rzucić w klimat a’la Led Zeppelin. Zespół nauczony doświadczeniami z czasów Bohemian Rhapsody wydał ten prawie 7-minutowy kawałek na głównego singla. Trafił na pierwsze miejsca list przebojów.

Reszta albumu ani śmie ustępować openerowi. I’m Going Slighly Mad czy The Hitman od pierwszych sekund też jeńców nie biorą swoją żywiołowością i mocą dorównującą niektórym kapelom metalowym (ten drugi brzmi mi jak preludium do metallikowego Enter Sandman). Co prawda, są tu rzeczy trochę kuriozalne jak Delilah, które Freddie napisał dla swojej kotki, ale jest to tak równa i spójna płyta, że wypełniacze i wolniejsze utwory nie wytrącają nas z tempa. Innuendo w swoim hard-rockowym brzmieniu jest trochę jak przeprosiny dla fanów, którzy mogli się obrazić na zespół za takie eksperymenty jak Hot Space czy The Game. Brian May część utworów z tej płyty pisał z myślą o własnej solowej płycie – jak I Can’t Live With You czy Headlong. I właśnie na tych utworach najmocniej słychać jakby się chciał wyżyć za tamte czasy, kiedy się przykrywał syntezatorem.

Podobno zespół, wiedząc jak niewiele czasu mu zostało Freddiemu, pierwsze prace nad Innuendo zaczął jeszcze przed zanim poprzedni The Miracle trafił na półki sklepowe. I teraz mam wrażenie, jakby Freddie naprawdę zdawał sobie sprawę „teraz albo nigdy” i wycisnął swoje płuca jak cytrynę. Mimo, że wcześniej robiła to już choroba. Serio, jak słyszycie chociażby The Show Must Go On, to wierzycie, że to facet u kresu życia? Bo ja do dziś nie dowierzam. Sam Brian May wielokrotnie mówił, że „jego głos był lepszy niż kiedykolwiek”.

Innuendo miało być dla zespołu nowym otwarciem. Płyta w USA została wydana przez należące do Disney’a Hollywood Records, które za prawa do ich muzyki zapłaciło aż 10 milionów dolarów. Albumy zespołu miały zostać zremasterowane i wydane na CD. Plotki o złym stanie Freddiego sprawiły, że kierownictwo Disney’a chciało dodać do umowy zapis na wypadek śmierci lidera. Prezes Hollywood Records miał na to odpowiedzieć, że „nawet jeśli Freddie umrze, to ich płyty i tak się sprzedadzą”. Prorocze słowa.

Dla zespołu Innuendo było swoistym końcem, nawet jeśli później udało się wydać sklecone z pozostałych nagrań Made In Heaven. Wiem, że to kiepski frazes, ale po śmierci Freddiego już nic nie było takie samo. Dla mnie ten album – będący moim równolatkiem – jest czymś w rodzaju „mojego nowego otwarcia”. Za każdym wejściem orkiestry w Show Must Go On i Freddie’m wykrzykującym te słowa nachodziła mnie myśl: „jeśli on dał radę robić takie rzeczy mając HIV… to ja tym bardziej mogę!”. Mówię to szczerze i bez wstydu – muzyka Queen, w tym ta na Innuendo, uratowały moje życie po tym jak dowiedziałem się, że mam HIV. A temu zespołowi dała nieśmiertelność.