Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Kwi 18, 2015 | 1 comment

Nightwish nowe, ale jakby już kiedyś takie było

Nightwish nowe, ale jakby już kiedyś takie było

Najnowszy album Nightwish, otwierający nowy rozdział w rozwoju grupy, sprowokował mnie do zadania sobie jednego pytania. Czy po nagraniu takich płyt jak Oceanborn, Once czy Imaginaerum da się wymyślić jeszcze cokolwiek nowego w kwestii metalu symfonicznego?

Endless Forms Most Beautiful odpowiada, że nie. Mało tego, osłuchani z Nightwish słuchacze bez najmniejszych problemów znajdą tony podobieństw do poprzedniego Imaginaerum (jeszcze z udziałem Annette Olzon, ale o nowym głosie zespołu jeszcze napomknę). Nawet w jego konstrukcji i ułożenia utworów na albumie!

Bo oto najpierw zaczynamy ostrym, ale za to przebojowym i nośnym hitem (Shudder Before The Beautiful), pomału zwalniamy tempo (Élan, Our Decades In The Sun), wplatamy folkowe instrumentarium (My Walden), znowu lekko zwalniamy (Edema Ruh), dorzucamy instrumentalny utwór (The Eyes Of Sharbat Gula) i kończymy ponad 20-minutową rock-operą (The Greatest Show On Earth). Poprzedni krążek był skonstruowany niemal identycznie. Sęk w tym, że tamten był albumem koncepcyjnym.

Od razu odpowiadam, to nie definiuje tego że EFMB jest złą płytą. Tuomas Holopainen jest utalentowanym i bardzo twórczym kompozytorem, w to wątpić nie można. W końcu od lat odpowiada najwięcej za stronę tekstową jak i instrumentalną zespołu. Yours Is An Empty Hope to świetny power-metal, Shudder Before The Beautiful jest bardzo chwytliwe i idealne na singiel (jest nim, ale tylko promo), tak samo utwór tytułowy, instrumentalne The Eyes Of Sharbat Gula (mowa o afgańskiej dziewczynie ze słynnej okładki National Geographic) urzeka mocną delikatnością jak na Nightwish, My Walden jest kolejnym świetnym połączeniem rockowego grania z folkowym sznytem, a Our Decades In The Sun to piękna ballada mogąca być nowym Sleeping Sun. Ale jeśli mam ocenić ten album jako całościowe dzieło, jak to mam zwykle w zwyczaju, to muszę też napomknąć, że zbyt wiele rzeczy na tej płycie już wcześniej u Nightwish słyszałem.

The Greatest Show On Earth. Z tą finałową kompozycją jest problem. Nightwish od odejścia Tarji Turunen na każdym albumie zawarło taką kilkunastominutową rock-operę, więc ich wzajemnie porównywanie jest oczywiste. Jednak o ile The Poet And The Pendulum z Dark Passion Play czy Song Of Myself z Imaginaerum miały logiczną konstrukcję, tak 25-minutowe TGSOE nie ma jej w ogóle. W dodatku ma się wrażenie że ta długość utworu jest strasznie wymuszona chęcią nagrania czegoś tak dużego. Czy ktoś powiedział Tuomasowi, że ilość nie zawsze równa się jakość?

Największym szkopułem tej płyty jest jednak coś, co mogło być nowym motorem napędowym zespołu. Coś, co mogło pomóc zespołowi osiągnąć artystyczny szczyt, porównywalny do genialnego Wishmaster. Mówię oczywiście o Floor Jansen i jej niesamowitym głosie (wiem że z początku na nią psioczyłem, ale powoli się przekonałem po odsłuchaniu koncertu Showtime, Storytime). Wokalistka potrafiąca posługiwać się zarówno operowym sopranem jak i ostrym growlem, na nowym albumie Nightwish śpiewa do bólu przeciętnie. I aż ciężko uwierzyć, że to dzięki jej obecności w zespole, znów grają na żywo takie klasyki jak She Is My Sin czy Stargazers.

Przyznaję, miałem wobec nich wielkie oczekiwania. I wcale nie uznałbym ich za wygórowane. Ja po prostu wiem ile potrafią zrobić Holopainen, Hietala i Floor. Wiele, wiele więcej.

 6/10